Walencja po życiówkę – tydzień 4/13

Co to był za tydzień! Szalone 7 dni. Cieszę się, że już mam je za sobą. To był czas przeładowany mocnym treningiem, ale też takie było założenie. Te 8 dni da sobie spory wycisk (łącznie z zawodami) aby później spokojnie już luzować trening i odpocząć do zawodów na 5 km. Wszystko się udało, chociaż kilka razy mentalnie naprawdę musiałem ze sobą mocno walczyć. 

Zanim zacznę, przypomnę tylko, że w nogach imałem zawody na 10 km Nice To Fit You Warszawska Dycha. Więc zaczynam tydzień na dość zmęczonej nodze. To ważne, bo trochę pokazuje, jak czasem trenuje się do maratonu. Tutaj taki stan wprowadzenia organizmu w zmęczenie, niski poziom glikogenu i praca na tym często jest pożądana. Oczywiście nie ciągiem tydzień po tygodniu, stąd kolejny tydzień będzie już dużo lżejszy.

Poniedziałek

O Panie! Zacząłem tak, że trening skończyłem w autobusie. Ale od początku. Stwierdziłem, że zrobię jakieś 25 kilometrów, z czego 18-20 takiego klasycznego steady. Ruszyłem, fajnie się biegło. Było gorąco, ale nie jakoś strasznie. Już w nie taki upał się tego roku biegało. 

Pobiegłem do Kampinosu. Tempo naprawdę super, kilometry wpadały po 3:45 min/km, nawet w lesie. Bez jakiegoś zajeżdżania. Równa praca, pod kontrolą. Jednak coś poszło nie tak. Jeden zakręt i zamiast w Laskach wylądowałem w Łomiankach. Zmyliła mnie trochę ulica Sierakowska (myślałem, że to w Sierakowie :D ). W każdym razie jak zobaczyłem trasę na Modlin to płakać mi się chciało. Wiedziałem, że to będzie ponad 30 km łącznie. 

Od 20 kilometra już było ciężej. Jeszcze dobiegłem na obrzeża Bemowa ale potem już 2 razy stanąłem. Problemem nie było nawet jakieś zmęczenie straszne nóg, brak sił, ale mocne odwodnienie. No nie wyliczyłem tego na tyle, było cieplej i cieplej. Dobiegłem do 30 kilometra, zatrzymałem się koło WAT i wróciłem autobusem ostatnie 2 kilometry. Co ciekawe jechałem je ok 25 minut, pewnie szybciej bym doszedł. Ale już nie miałem sił iść ;)

Te spadki to postoje. Pierwsze dwa to weryfikacja „Gdzie ja do cholery jestem”. Kolejne dwa to „Mamo, chcę już do domu…” :)

Ale to był dobry trening. Jakoś się pozbierałem, wiem już, że z Kampinosem nie ma żartów i lepiej dobrze planować trasę :D Całość 30 kilometrów po 3:48. Dobra maratońska robota. Aha, uratowały mnie też żele. Wziąłem 3, zjadłem 3.

Wtorek

Rano 15 km spokojnie, wieczorem 13 km, bardzo luźno. Zwykłe rozbiegania, bez historii.

Środa

Rano 15 kilometrów, jakieś 4:24 min/km. Wieczorem 3 km z New Balance Run Club. Spokojny dzień, dalej bez ekscesów. Leczyłem mnogi :D

Czwartek

Trochę szybkości na Agrykoli. Chciałem zrobić 12×400/200. Zrobiłem tak jak planowałem, ale nie było tu lekkości. Wpadło 5 po 73-74 sek, 5 po 71-72 sek i ostatnie w 69 i 67 sek. Nie było „sprężynki”, trochę przepychałem te kilometry. Tutaj możecie zobaczyć, jak to wyglądało. Śmietan robił dobre nagrywki, więc nie wypadało tego nie skończyć. Długa rozgrzewka, długie schłodzenie. Łącznie ok 20 km. 

Wykres lepszy nawet niż trening

No i nagrywaliśmy z Kasią skipy. Ogólnie różne warianty marszu dynamicznego. Zakwasy na łydkach trzymały mnie do niedzieli… :D Ale wyszło spoko: 3 ciekawe warianty marszu dynamicznego.

Ostatnie 400, ostatni łuk

Piątek

Rano 20 spokojnych kilometrów na Suwalszczyźnie. Wieczorem 9, po ciemku, ale ostatnio wyremontowali drogi :D Nie ma dziur, można biegać ;)

Sobota

Spokojne 18 km, ale dorzuciłem 10 podbiegów po 30 sek. Taka lekka siła dzień przed najtrudniejszym treningiem.

Niedziela

Nie mogłem się do tego zebrać. Wiedziałem, że ma być długo. Chciałem też pobiegać sporo kilometrów na intensywności maratońskiej. Celowo mówię intensywności bo ukształtowanie terenu i wiatr mocno uniemożliwiał wejście w prędkości startowe. Zwyczajnie Maraton Pace to byłby wysiłek jak półmaraton. 

Tak to wyglądało w całości. Było co robić, ale lubię tą pętlę.

Do końca nie byłem zdecydowany co biegać. Miałem kilka wariantów w głowie i ruszyłem na dość trudną pętlę asfaltową. Zrobiłem 7 km w zakładanym czasie i było spoko. Zjadłem żel i postanowiłem biec z marszu drugą. Było już trudniej, ale też nie starałem się cisnąć za wszelką cenę a mimo wszystko zachować trochę luzu. Trochę wolniej ale to dalej dawało prawie 14 km po 3:27/km. Już stwierdziłem, że nie robię przerwy. Dam radę jeszcze jedną pętlę. Na początku 3 km pod górę, ale wbiegłem bez jakiegoś kryzysu. Na zbiegu się rozluźniłem. Ostatnie 2 km i zerwał się jakiś cholerny wiatr i deszcz, prosto w twarz. Pobiegłem kilometr i ostatni skręciłem biegnąc 1300 metrów po szutrowej ścieżce, byle nie pod wiatr :)

Kibice na trasie

Całość 20 kilometrów po 3:28 min/km pracy, 28 kilometrów w nogach z rozgrzewką i schłodzeniem. Cały tydzień super, wszystko zrobione. Może nie było jakiejś lekkości, ale za każdym razem było jak trzeba, czas się zgadza, kilometry się zgadzają. Oby tak dalej. 

Ale to było dobre! Dworek Hołny, knedle, polecam!

Podsumowanie

To był super tydzień jednak nie polecam powtarzać. To była olbrzymia dawka mocnego treningu, duże zmęczenie. Nawet jak jesteście zaawansowani to takie tygodnie nie powinny zdarzać się za często i trzeba po nich odpocząć. Ja zaraz po longu skoczyłem na knedle na Suwalszczyźnie. Trzeba uzupełnić paliwo, żeby w poniedziałek już dobrze się biegało ;) 

Jak kawa w Suwałkach to White Bear Coffee
Jak ciastka, tylko SUGAR!!!
I naleśniki w Lemon, mają też Gluten Free!

More from Bartosz Olszewski
Mila jest dla cieniasów. Serio?
W świecie amatorskiego biegania największą renomą cieszą się biegi długie. Powoli żyjemy...
Read More