Walencja po życiówkę – tydzień 6/13

Jeżeli szukacie pięknych wpisów, relacji z ekstra treningów i pisania jak wspaniale mi się biegało, nie czytajcie dalej tego wpisu. Bo to był tydzień ciężki. Bardzo ciężki. Pod każdym względem. Miałem kilka dni o których chciałbym zapomnieć. Pozytyw tego wszystkiego jest taki, że trochę nauczony doświadczeniem, znajomością organizmu, jakoś z tego się wygrzebałem.

Poniedziałek

Spokojne 20 kilometrów. Bez problemu, tempo 4:19 min/km. Ot, takie zwyczajnie rozbieganie bez historii.

Wtorek

Umówiłem się z Bartkiem. On latał długie odcinki na intensywności półmaratonu, ja podłączałem się na kilometry. No i to był kolejny super trening. Średnio po jakieś 3:12 min/km. Przerwy robiłem do 60 sekund. Dokładnie było to 3x(4x1km p. 57” w truchcie) p. 4′.

Co ważne, to nie było jakieś niszczące. Pełna kontrola prędkości. Męczące, ale zrobiłbym kolejną serię czterech kilometrów.

Żeby nie było wątpliwości co do tempa biegu ;)

Środa

20 kilometrów biegane rano. No ciężko było. Tempo ok, ale ciężko mi się oddychało. Nie mogłem wziąć pełnego oddechu. Męczyłem i pociłem się nienaturalnie do wysiłku. Od kilku dni mocno smarkałem, wiele osób teraz choruje. Myślałem, że może jakaś infekcja mocniejsza się zbliża. Ale nie. Zwyczajnie było potwornie ciężko jak na takie rozbieganie.

Czwartek

15 km rozbiegania. Ponownie szybko, dużo lepiej niż dzień wcześniej, ale to nie były moje nogi. Jakbym nie miał nad nimi kontroli. Ciężko to opisać, nie był to naturalny bieg.

Piątek

Mieliśmy kilka stresowych dni. Dużo podróżowania, mało wypoczynku. To też na pewno się nałożyło i miało wpływ na dalszą część tygodnia.

W piątek poszedłem biegać 2x(4+3+2+1)km na intensywności maratonu. Na początku było super. Biegałem w Lasku na Kole, 4 km po 3:25 i luz. 3 km też elegancko. 2 km już męczyłem ostatnie 500 metrów. 1 km i organizm się wyłączył. Wszystko biegałem tym samym tempem. Nie wiem czy biegaliście taki trening, ale ogólnie jak zrobicie 4 i 3 i jest luz, to dalej zwyczajnie się odhacza. Mnie zabił kilometr w 3:25… Ruszyłem jeszcze kolejne 4 km po 5 minutach przerwy. Skończyłem po 3 minutach jakoś.

Po treningu przynajmniej sobie z Kasią potruchtaliśmy :)

Nie byłem zmęczony fizycznie. Zwyczajnie organizm nie pracował…

Wieczorem poszedłem potruchtać, szkoda gadać.

Sobota

16 km. Kolejny ciężki dzień. Dużo spałem, dużo jadłem. Przygotowałem się do rozbiegania jak do akcentu. Ale ponownie ciężko. 3 razy się zatrzymywałem myśląc, po co mi to. Tak też bywa, takie dni też się zdarzają. Pewnie wróciłbym autobusem, ale żadnego nie było ;)

Najeść się :)

Do końca dni odpoczywałem. Byliśmy z ZOO, zjadłem pewnie ze 2 bochenki chleba ( Kuba, Zosia, ten bochenek to jednak nie taka zła dieta :D ). Wyspałem się i w niedzielę było być albo nie być.

Niedziela

Zaplanowałem trening który najbardziej lubię, Bieg z Narastającą Prędkością. 30 kilometrów. Zaczynałem wolno i zwiększałem tempo o 10 sek/km co 5 kilometrów. Jakby to nie poszło, w tej chwili zrobiłbym 3-4 dni wolnego. Pokręcić trochę lekko na rowerze i odpoczywał.

Nie ma to jak zdjęcia, kiedy ciumkasz żele :) Weszły trzy Trec Endurance.

Pierwsze 5 km po 4:15 (miałem zacząć 4:20). Potem jakieś 4:08. Spotkałem jeszcze Mateusza z piekielnych, wtedy też jakoś lepiej zaczęło mi się biec. Wziąłem ze sobą trzy żele i bidon izo, żeby regularnie jeść i pić. Kolejne 5 km po 3:58. Tutaj już byłem zadowolony. Szło lekko, 15 km, zero objawów przemęczenia. Kolejne 5 km po 3:48 już było cieżko, ale dalej jednak to była pełna kontrola. Jak ruszyłem 3:38 min/km to chwilami myślałem, że na tym skończę. No męczyłem mocno. Spotkałem Mateusza Chajęckiego, dr. Łokcia. Poprosiłbym o masaż na miejscu, ale on też robił longa. Którego sam mu wpisałem w plan :D

Doleciałem do 25 kilometrów. Przeleciałem przez las i byłem na Grotach. Jak ruszyłem po 3:28 min/km myślałem, że po kilometrze skończę. Ale organizm jakoś wszedł na to tempo i nawet nie było to umieranie. Skończyłem pełne 30 km, 3:52 min/km średnie. Powinno być lżej, ale mimo wszystko to było światełko w tunelu, i kolejny tydzień (przynajmniej początek) pokazuje, że wszystko chyba wróciło do normy.

Po treningu relaks. W tym tygodniu ułożyliśmy dwa takie po 1000 elementów. I muszę zrobić przerwę, bo ja nie potrafię po trochu :)

Podsumowanie

Bywa ciężko. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Dawno nie miałem tak, żeby organizm fizycznie dawał radę, a układ nerwowy czy cokolwiek innego nawalał. Na szczęście kilka lżejszych rozbiegań + sen + dużo jedzenia + odpoczynek i udało się z tego wyjść. Ale takie dni trzeba traktować poważnie, bo to już tylko krok od przetrenowania.

More from Bartosz Olszewski
KONKURS adidas Climaheat – 3 bluzy do wygrania
Mamy dziś Wigilię, więc chciałem Wam wszystkim życzyć wesołych i rodzinnych świąt....
Read More