Tydzień 22 za mną. Siedem dni wzlotów i upadków. Ale już dziś spokojnie mogę napisać, że to był jednak kolejny udany tydzień. A naprawdę było blisko kompletnej klapy. Nie wiem jak, ale mój organizm w ostatniej chwili się ogarnął i zrobiłem wszystko co planowałem.
W poniedziałek biegałem około 20 km lekkiego rozbiegania. We wtorek rano wyszedłem przed pracą na 15 kilometrów z bratem. Ale pierwszym sprawdzianem i zarazem mocnym treningiem w tygodniu miał być wieczorny On The Run. Szczerze powiem, że w dzień byłem wrakiem. Ledwo powłóczyłem nogami i zasypiałem na każdym rogu. W dodatku cały dzień lało. Jak napiszę, że mi się kompletnie nie chciało to i tak nic nie napiszę. Co do samego biegu to opisałem go już w oddzielnym poście podsumowującym te zawody.
Wyszedł bardzo mocny i udany trening. 5 kilometrów ze średnim pulsem 182 i maksymalnym 189. Biegnąc samemu w życiu bym się do czegoś takiego nie zmusił. Przypuszczam, że jakieś 191 – 192 to mój maks. Po zawodach jeszcze potruchtałem 3 kilometry. W domu byłem późno w nocy. Spałem chyba cztery godziny bo z samego rana musiałem jechać do pracy. I zaczęły się problemy.

O środzie to chciałbym zapomnieć. Zacząłem biec i skończyłem po kilometrze. Ostatnio przerwałem trening może z rok temu, więc możecie sobie wyobrazić jak się czułem. Chwilę posiedziałem, ogarnąłem się i zrobiłem z grupę FMW runners kilka podbiegów. Czwartek to dalej ciężkie nogi, ale rano udało mi się zrobić długie wybieganie w pierwszym zakresie. Wieczorem jeszcze trening z AdgarFit. W piątek wyszedłem z bratem na 20 km. Biegłem bardzo lekko cały czas myśląc o tym, żeby starczyło mi sił na sobotę rano. Planowałem tam zrobić mocny trening na Agrykoli. Musiałem do niego dobrze wypocząć i mieć „luźną” nogę.

No i nie wiem jakim cudem, ale udało się. W sobotę o 8:15 biegłem z Hubertem 10×400 + 8×400 na przerwie 200 metrów (70 sekund). Pierwsze 16 odcinków po 72 sekundy, ostatnie dwa po 70 sekund. Poszło całkiem dobrze. Dopiero ostatnie dwa trochę rzeźbiłem :) Kolejny trening szybkości zrobiony, a ja coraz bardziej zaprzyjaźniam się z bieżnią. Powoli stają się to moje ulubione treningi. Nie znoszę ich biegać sam. W parze sprawiają bardzo dużo przyjemności.
Wieczorem byłem już w Krasnopolu. Zrobiłem z Kasią jeszcze rozbieganie i kilka podbiegów o których pewnie przeczytacie w jej relacji. Siedzi obok i coś tam skrobie na laptopie :D A w niedzielę kolejne rozbieganie. Myślałem nawet nad akcentem, ale byłem zbyt zmęczony. Przełożyłem to na poniedziałek, będę chciał zrobić bieg ciągły. A teraz czas odpocząć i się zregenerować, to nie był łatwy tydzień.
Jeszcze w poniedziałek i czwartek robiłem dużo ćwiczeń stabilizujących. Czyli grzbiet, brzuch, biodra, pośladki. Na pośladkach do dziś mam zakwasy :) Zamierzam kontynuować tę tradycję i przynajmniej dwa razy w tygodniu trochę czasu spędzić na karimacie.
Z wniosków po tym tygodniu mogę jeszcze powiedzieć, że po zawodach musicie dobrze wypocząć, nawet jak nie czujecie zmęczenia. Zawody uwalniają w nas dodatkowe pokłady energii. Mamy więcej sił, inny próg bólu i zmęczenia. Dlatego często po biegu lekceważymy go trochę i zamiast dobrze odpocząć to zaraz zaczynamy następne treningi. Jednak to się zawsze źle odbija na naszym organizmie, jak pokazały u mnie kolejne dni po On The Run.
To tyle na dziś. Pozdrawiam, miłego wieczoru. A ja zmykam na saunę i wskakuję do lodowatego jeziora. Trzeba zadbać o nogi. W końcu jutro progowy :)




