Wcale nie jesteś zwycięzcą!

jesteś zwycięzcą

Ten tekst chciałem zadedykować wszystkim „wygranym” ostatniego maratonu. Ale również innych biegów. W ostatnim czasie hasło „jesteś zwycięzcą” przewija się tak często po wszystkich zawodach, że dziwi mnie tylko ciągle spadający poziom sportowy biegania…

Nie kieruję tego tekstu do ludzi bawiących się bieganiem. Tych, którzy chcieli ukończyć. Spełnić jakieś marzenie i zwyczajnie zostać maratończykiem. Natomiast celuje prosto w tych, którzy snują kosmiczne plany. Zakładają życiówki. Codziennie wrzucają swoje treningi na facebooka, magiczne posiłki regeneracyjne i inne cuda. Później biegnę i klapa. Do wymarzonego wyniku zabrakło, przeważnie bardzo dużo zabrakło. Ale co z tego. Jesteś zwycięzcą! A dlaczego? Dlatego, że pokonałem słabości, cierpienie, wszystkie przeciwności losu, podbiegi, wiatr, słońce i cholera wie co jeszcze. Wygrałeś, dobiegłeś!

Otóż nie, nie jesteście żadnymi zwycięzcami. Uświadomcie to sobie. Ja wiem, że takie puste hasła o walce do mety wzbudzają publiczny podziw i zaraz wszyscy przytulają w komentarzach i głaszczą po głowach. Tylko czy o to wam chodzi? Bo jak chcecie osiągnąć zakładane czasy i po nieudanych biegach uważacie się za wygranych, to sorry, nic nigdy nie osiągniecie.

jesteś zwycięzcą

Dość mam czytania, że ktoś walczył pomimo skurczu. Bolącego brzucha, spoconego czoła czy obdartego sutka. Komuś zszedł paznokieć, ktoś inny zrobił sobie odcisk. I tylko dlatego nie wyszło, ale walka była. MOC!!! Do końca! Przecież to śmieszne. Każdy z tych elementów jest częścią maratonu. Skurcze, brak siły na podbiegach, gotujący się organizm na słońcu. Nie wytrenowałeś to cierpisz. Na co liczyłeś? Nie jesteś zwycięzcą bo pomimo skurczu dobiegłeś jakoś na ostatnich nogach do mety. Poniosłeś porażkę, bo zawaliłeś w jakiś sposób trening, przez co teraz cierpiałeś.

Ale zostawmy „zwycięzców”. Myślicie, że ktoś kto dobiega do mety w założonym czasie nie zmaga się z trudnościami? U mnie tylko maraton w którym łamałem 3h poszedł gładko. Łukasz w tym roku wygrywając wśród Polaków zmagał się z kolkę, bardzo mocną kolką. Łapią nas kurcze. Padają stawy. Stopy palą. Kończy nam się paliwo, jedziemy na oparach, czasem już praktycznie siłą woli. Tylko pamiętamy, że to część maratonu. Nie bez powodu ten bieg tak elektryzuje i maratończycy są tak podziwiani. Bo zmagają się z problemami, zawsze!

boston_po_biegu

Myślę też o swoim przykładzie i nie potrafię sobie wyobrazić jak np. po maratonie w Bostonie albo w Warszawie w tym roku mógłbym się nazwać zwycięzcą. W USA mega kryzys, można powiedzieć, że doczołgałem się do mety. Sorry, Boston wygrał. Ja byłem przegrany. W tym roku Warszawa. Problemy, przerwany bieg. Pewnie jakbym opisał to pięknie na Facebooku to byłbym bohaterem ludu. No bo kto spędza w połowie biegu prawie 2 minuty w kiblu i jeszcze łamie na mecie 2:30. Ale dla mnie to drugi maraton, gdzie je jestem przegranym, maraton zwycięzcą. Bo to ja zawaliłem coś w jedzeniu, nic nie zdarza się bez przyczyny. Jakby nie to, może bym walczył z Łukaszem i Darkiem o wyższą pozycję, o lepszy czas. Wtedy byłbym zwycięzcą.

A dlaczego to wszystko piszę. Bo prawdę mówiąc mam trochę dość sytuacji, kiedy wystarczy doczołgać się do mety maratonu, żeby być bohaterem. A jak już się tego dokona, to może jakiś triatlon albo ultra spacerkiem, bo to bardziej działa na wyobraźnię. Jeżeli chcecie być lepsi, to przyjmijcie porażkę na klatę. Zastanówcie się skąd taki wynik, skąd problemy i zróbcie wszystko, żeby je wyeliminować przed następnym startem. Jeżeli chcecie zawsze „być zwycięzcami” i potrzebujecie po każdym biegu setek komentarzy, jakimi to „twardzielami” jesteście, żeby podbudować swoje ego, to proszę bardzo. Nic mi do tego. Ale dla mnie, i pewnie tak naprawdę również dla samych siebie, zawsze będziecie przegranymi. I możecie to zmienić podejmując w końcu walkę. Ale to już od Was zależy, którą drogą pójdziecie.


Komentarz do tekstu. Jeżeli uważasz, że coś Cię obraża w powyższym artykule, to najpierw przeczytaj.


marzenia się spełniają

  • Leszek Domżał

    Bardzo trafnie, to jest właśnie motywacja, a nie jakieś bzdury napisane na orbazku ze wschodem słońca.

    No ale MOC!!!

    :-)

    Ps. – popraw, proszę – „Do wymarzonego wyniku zabrakło, przeważnie bardzo dużo zabrakło.”

  • bartus75

    Ja czuję się przegrany, w tym roku debiutowałem na dystansie maratonu we Wrocławiu, zakładałem ostrożnie, wiadomo debiut, 3:45 na mecie byłbym zwycięzcą. Do połowy spokojnie biegłem sobie z zajączkiem na zakładany czas, żadnego zmęczenia luz totalny no bo przecież tempo spacerowe wręcz, przyspieszyłem i 5km biegłem tempem już bardziej mnie zadowalającym, dopadła mnie ściana i to totalna, siadła mi psychika i postanowiłem pospacerować do mety, oczywiście czasami podbiegałem ale mijały mnie kolejne baloniki i masa ludzi a ja szedłem, chyba pomyliły mi się zawody ze spacerkiem po mieście, sam nie wiem nie mogłem biec i już. Do tego stopnia byłem już wyluzowany, że na rynku przysiadłem w kafejce i rozsznurowałem buciki pomasowałem stopy. Postanowiłem jednak przekroczyć metę w jakimś rozsądnym czasie, żeby nie było że nie ukończyłem i jestem mięczakiem jakimś. Na ostatniej prostej około 200m pobiegłem już na maksa przecież byłem totalnie wypoczęty już. Mój czas debiutu to 4:11 coś tam dla jednego to fajny czas, dla mnie totalna porażka. Śmiało miałem mierzyć w 3:30 i byłbym w siódmym niebie a tak znalazłem się na dnie.

  • Bartek P

    Prawda, tylko weź wytłumacz znajomym, że debiut w 3:38 jest dla Ciebie porażką.

  • http://marcinsikorski.blogspot.com/ Marcin Sikorski

    Swięte słowa – każdy zaczynał kiedyś bieganie od 0 i niejeden przy tym zerze pozostał. Kilka wpisów typu och i ach….. Bohater co skończył maraton. Tez analizowałem swoje początkowe starty. 3 lata temu, widze ze z czasem z mojej tegorocznej „połówki” kiedyś przy 800 zawodnikach bylbym powyżej setki a teraz przy prawie 2000 jestem 80. Idąc w kierunku reklamy, zaczynamy uprawiac „bieganing” – od łomzingu ;)

  • Damian Orzechowski

    Nie ma co się rozpisywać, trafione w punkt.

  • Sigmus Sigmusoida

    nie
    rozumiem tego tekstu…każdy potrzebuje innej motywacji, jeden
    potrzebuje „głaskania po głowie” inny kopa w dupę. Każdy potrzebuje
    innej nagrody za wysiłek , jeden medalu drugi musi zobaczyć napis na
    mecie który będzie pamiętać do końca życia. To jest takie gadanie co
    słyszałem rok temu jak zaczynałem biegać ” teraz poziom biegania obniża
    się bo startuje tylu ludzi że nie idzie wykręcać czasów” – to jest jakiś
    bełkot zmanierowanego biegacza wyjadacza. Zamiast cieszyć się że
    społeczeństwo biega, raduje się każdą chwilą to najlepiej wytknąć im że
    mają radość i czują się wielcy bo dobiegli do mety. Często dobiec do
    mety to są wyrzeczenia, rodzina, praca i do tego ciężkie treningi.
    Dlatego nie powinno się zabierać człowiekowi tego czego potrzebuje do
    realizacji celu, w tym przypadku wsparcie bliskich na fejsie lub napis
    na mecie i poczucie się kimś innym i lepszym niż człowiek który nic nie
    robi tylko siedzi przed TV i takiego tekstu na mecie nigdy nie
    przeczyta. Więc wydaje mi się że ta krytyka w tym tekście jest nie na
    miejscu.

    • Henkel

      Krytyka owszem jest na miejscu, ale nie w takiej formie… Od ukonczenia maratonu w Wawie widze, ze Bartek niemalze sie biczuje bo nie udalo mu sie osiagnac celu… a teraz przeszedl do biczowania innych ktorym plan nie wyszedl na 100%.

      Idac ta droga powinienem sie zalamac bo nie udalo mi sie zrobic zakladanego wyniku choc pobilem zyciowke o 15 minut… a ja sie ciesze jak dziecko, ze jednak cos mi sie udalo – nie wszystko, ale przynajmniej fragment tego co zakladalem.

      Kolejny fragment uda sie nastepnym razem, a do tego czasu odbede znowu mnostwo treningow ktore dadza mi satysfakcje…

      Ale kazdemu wedlug potrzeb – moze niektorym wkurw da energie. Mi nie daje.

    • Mariusz

      A jak trafnie oceniłeś szanse realizacji planu? Bartek jest na takim poziomie, że jest w stanie poprawnie oszacować ile może. I wtedy rozminięcie się z celem pomimo ciężkiej pracy, ale wykonywanej zgodnie z planem, boli. A maraton to niestety pół roku orki i tylko 2,5 – 3h „przyjemności”. Nie można za tydzień wykonać kolejnego podejścia. Jak się biegnie na zawodowy wynik, to same dobiegnięcie do mety nie jest tym zwycięstwem, w które celujemy.
      No ale każdy ma swoje cele i własną radość.

    • milionka

      Zgadzam sie w 100% ! Lepiej bym tego nie ujęła

  • jansz_pl

    BINGO! Mam czasami wrażenie, że zdecydowanie przesadzamy z tym zagłaskiwaniem się w społecznościach biegowych i tri. Kiepski czas to kiepski czas, niezrealizowane założenie to niezrealizowane założenie. Zamiast szukać ukojenia na fejsie, won na trening:)

    @ Sigmus – autor na wstępie zaznacza, że tekst nie jest adresowany do początkujących biegaczy i do tych bawiących się bieganiem, tylko do tych osób które mają konkretne cele startowe.

    • Henkel

      Tylko, ze kazdy powinien sie tym bawic… chyba, ze staje sie zawodowcem, zyje z tego i MUSI startowac :)

    • http://wnogi.blog.pl/ Kuba wnogi.blog.pl

      Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym, że każdy powinien się tym bawić. Jeśli ktoś nie jest zawodowcem, ale biega dlatego, że ma jakieś swoje własne cele, chce walczyć z własnymi słabościami i robić życiówki, musi się niestety pomęczyć. Bawić może wynik na mecie, ale jeśli należysz do grona walczących o życiówki, to sam bieg jest już zdecydowanie mniejszą zabawą… (Ten komentarz, jak tekst Bartka nie dotyczy osób właśnie stawiających na zabawę bieganiem)

  • Kasia

    Amen. Zrobienie czasu o 5min gorszego na połówce, niż zakładany „wytrenowany” nie jest popisem. Jest porażką. Nie ma nic do chwalenia. Trzeba podkulić ogon i ciężej i mocniej pracować.

  • mist

    Nie znam Cie Bartek, ale tekst ten brzmi jak odreagowanie tego, że nie poszło Ci tym razem tak jak zakładałeś. Nie ma radości, czujesz się przegrany i jedziesz po tych, którzy czują się wygrani. I niestety brzmi to jak jakiś gimnazjalny hejt.

    W wielkim skrócie nie masz prawa oceniać czyjegoś wysiłku, bo zarówno Ty jak i ktokolwiek z zewnątrz nie masz najmniejszego pojęcia o tym co dla kogo jest jak trudne.

    Obserwuję Twoją historię sportową z ciekawością i szacunkiem, jednak Ty widzę nie masz tego samego wobec innych. Nie dociera być może do Ciebie, że dla kogoś walka o 4h może być trudniejsza niż dla Ciebie kolejny raz ściganie poniżej 2:30. Szacun za taki czas, brak szacunu za podejście. Bo walki z samym sobą, ani wysiłku w to włożonego nie można zmierzyć i to wie tylko sam walczący. Nie Ty i nie nikt inny.

    Aha i to, że babcia Kowalska kończy maraton w 5:45 nie świadczy źle o babci Kowalskiej, to zawsze będzie wyczyn i zawsze będzie godzien szacunku. Po prostu babcia Kowalska jest twarda i jest zwycięzcą, a stada przegranych robią gówno w tym temacie.

    Do tego te pogardliwe wypowiedzi o ultra dystansach czy triathlonach. Najlepiej sobie pogadać z pozycji teoretyka, mimo że i zawodowcy którzy kozaczyli klękali przed tymi wyzwaniami i odszczekiwali swoje słowa. Ale spoko, w końcu wszyscy którzy nie wpasowują się w schemat są przegranymi… Chyba jednak żyjemy w innych światach

    • http://www.biecdalej.pl/ Krasus

      Ale w jednym się z Tobą Mist nie mogę zgodzić. Zauważ, że Bartek w żadnym miejscu nie mówi, że zwycięstwem jest tak lub inny czas. Ów czas powinno się odnosić nie do rekordu świata, pierwszego na mecie czy kolegów, ale swoich oczekiwań, celów i poziomu przygotowania. Jeśli X od pół roku szykował się na 4:00 i rozpowiadał to wszem i wobec, ale ukończył w 4:30, to jest porażka. Ale jeśli Y zapisał się na maraton, chciał się na nim dobrze bawić i zrobił to, to jest zwycięzcą.

    • mist

      Krasus zdaję sobie sprawę, więc i ja się na tym wątku nie zawiesiłem. To, że szykujesz się na jakiś czas przez cały nawet sezon, nie zmienia faktu, że czynniki które mogą wpłynąć na taki, a nie inny wynik są różne. Na część masz wpływ, na część nie i Twoja ocena powinna być wypadkową oceny tych czynników. Tylko, że tego realnie nie oceni nikt z zewnątrz. I można się czuć zwycięzcą mimo niezrealizowania tego czasu. Jak to mówią, kto biegającemu zabroni? :P

    • http://www.biecdalej.pl/ Krasus

      No, zabronić to nie można niczego nikomu, to fakt;)

    • http://wnogi.blog.pl/ Kuba wnogi.blog.pl

      „Tylko, że tego realnie nie oceni nikt z zewnątrz.” – właśnie tym zdaniem potwierdziłeś cały tekst Bartka – możesz sam ocenić, czy jesteś zwycięzcą, czy nie. Ale jeśli jesteś typem, który celuje w życiówki, albo stawia sobie ambitne cele, zakładałeś, że pobiegniesz poniżej 4h, a pobiegłeś w 4:30 i sam jesteś niezadowolony z wyniku, bo popełniłeś jakieś błędy, a każdy wokół mówi, że „super walczyłeś”, albo „i tak jesteś zwycięzcą”, to i tak w gruncie rzeczy wiesz, że nie jesteś zwycięzcą, bo nie osiągnąłeś celu. No chyba, że wewnętrznie czujesz, że dałeś z siebie wszystko i jednak ten wynik Cię satysfakcjonuje. Ale wtedy już raczej nie kwalifikujesz się do adresatów tego tekstu, czyli osób, które robią wszystko, żeby osiągać jakieś wymarzone wyniki, więc tekst jak najbardziej na miejscu.

    • Piotr Gołdak

      Tym kimś X, jestem ja. Wzeszłym roku na po około roku od założenia butów zachciało mi się coś sobie udowodnić. Pobiegłem w WM z czasem 4:25. Byłem szczęśliwy, zmieniło to mój pogląd na wiele spraw,na wielu ludzi spojrzałem inaczej. Mogę powiedzieć, że bieganie zmieniło moje życie. Przez okres zimowy inne sprawy, były moim priorytetem więc „prawdziwe” bieganie rozpoczęło się na 100 dni przed MW. Założyłem 4 godziny, czas jaki wybiegałem to 3:59:36, byłem jednocześnie szczęśliwy (zrealizowałem czas) i zły na siebie że kiepsko się czułem od 35km (to była moja PORAŻKA). Mam wrażenie, że autor bloga bardziej pije do tych co wszystko wywalają o sobie do netu i nawet „przegraną” opiszą jako sukces. Po drugim starcie mam wrażenie, że to nie sztuka przebiec maraton, sztuka to przebiec go szybko i w dobrej formie. Ale, nie każdy musi mieć ochotę i potrzebę biegania maratonów. W zeszłym roku 5 dni po maratonie miałem problem z zejściem ze schodów, dziś w środę zrobiłem krótkie wybieganie i to jest dla mnie sukces. pozdrawiam wszystkich biegających, tri i ultra

  • http://www.biecdalej.pl/ Krasus

    Dobrze napisane. O zwycięstwie nie decyduje czas nominalny, tylko odniesienie czasu do założeń i możliwości. Gdybym wystartował w maratonie z założeniem, że sobie go przetruchtam i będę się dobrze bawił – to taki jest cel i jego realizacja będzie zwycięstwem. Ale jeśli pół roku trenuję by zrobić określony wynik, a potem mi nie wychodzi i to z zapasem, to jest to porażka. Ale porażka ta może mieć dwa imiona: albo zła realizacja startu (zdarzają się rzeczy niezależne od nas jak wyjątkowy wiatr, zatrucie itd – wtedy podtrzymujemy formę i atakujemy kolejny maraton za kilka tygodni) albo przesadzone założenia. Jeśli ktoś nie jest dość wytrenowany to już samo celowanie w dany wynik będzie porażką.

  • Henkel

    Widzisz, a ja nie widze powodu po zrobieniu gorszego czasu niz zakladany albo spedzenia paru minut w kiblu do mowienia sobie ciagle, ze wszystko nie wyszlo, przygtowania sa zmarnowane i caly ten wysilek okazal sie porazka. Wpadasz w skrajnosc przeciwna niz ta o ktorej piszesz…

    Dla niektorych to, ze nie zlamali zyciowki i nie dobiegli na zakladany czas, ale przebiegli jest sukcesem, bo pokonali trudnosci ktorych sie nie spodziewali… Im wyszlo! Moze nie do konca tak jakby chcieli, ale na mecie poczuli ze im sie udalo, ze wygrali z soba i dla samych siebie sa zwyciezcami.

    Nikt nie twierdzi, ze czolowki nic nie boli i ze na mecie pierwszy na mecie jest swiezy jak przed startem, a biegajacy na 2:30 nawet sie nie poci

    Daj sie ludziom cieszyc z tego z czego chca sie cieszyc… a czy potem przesuna swoja granice i uznaja, ze to co zrobili to jednak nie byl tak do konca sukces i wezma sie za ostrzejszy trening to juz ich sprawa

    Bo to ma byc zabawa – przynajmniej dla mnie i dla wiekszosci… a nie powod do frustracji.

  • Michał Federczyk

    Ja się akurat zgadzam, sam biegam od 9 miesięcy. Ważyłem 96kg i wymyśliłem sobie że „przebiegnę „maraton . Później ustaliłem, że będzie dobrze jak zrobię to w mniej niż 4h. Nawet jeśli będzie to 3:59:59. I biegałem, sam na treningach, sam obmyślam sobie co mam robić, dieta, siłownia i regeneracja, i tak w kółko przez cały czas. We wrześniu, kiedy zszedłem z wagą do 79kg, i przebiegłem połówkę w 1:35:09, powiedziałem że nie mogę teraz, przeczłapać w 3:59. Postanowiłem wystartować na maxa-choć tak do końca nie wiedziałem ile jestem w stanie zrobić. , wiedziałem że może skoczyć się źle, przecież to jest mój pierwszy maraton. Pomyślałem, że nie po to trenowałem tak ciężko, żeby podejść do PZU Maratonu w sposób „…aaaa przebiegnę na spokojnie w 4 godz i będzie dobrze „.
    Zadebiutowałem w 3:27:02 , ale nie do końca jestem zadowolony, pomimo tego że ostatnie 5km zrobiłem jak na, moja średnia, bardzo dobrze, finiszowałem 600m w tempie 3:50/km. To wiem ,że pomiędzy 30-35km biegłem zbyt asekuracyjnie, mogłem urwać trochę czasu, ale nie zaryzykowałem i stąd, niedosyt. Wszyscy mi mówią, że bardzo dobrze itp ,ale ja wiem swoje i wiem, że trzeba ciężko pracować i walczyć, następne cele mam obrane i czasy też. Wiem gdzie szukać minut i co źle zrobiłem na samym biegu. Teraz poukładam to co robiłem do tej pory w sensowne treningi i jadę dalej. Popracuję nad technika biegu, i innymi sprawami, o których nie miałem pojęcia i powoli będę podwyższał poprzeczkę. Po drodze, będę niepowodzenia, to jest pewne, ale będzie trzeba szukać rozwiązań, na przyszłość.
    Pozdrawiam Michał.

  • Uysy

    Jak to zwykle bywa w internecie, wiele osób niestety nie potrafi czytać, albo „niechcący” pomija pierwszy akapit.
    Świetnie napisane. Motywacja to nie tylko pochwały. Zawsze trzeba wziąć pod uwagę założenia i oczekiwania, czasem motywacyjny kop z półobrotu w kostkę jest niezbędny.
    Ja się nie dziwię wcale, że zostałeś wyróżniony jako biegowy dziennikarz. Piszesz jak zwykle prawdę i wprost, a nie głaskanie po główce, masełko itp. Tak trzymaj.
    Aha, i do roboty!

    • Tomasz Luks

      To racja :)

  • Paweł

    „Nie kieruję tego tekstu do ludzi bawiących się bieganiem. Tych, którzy chcieli ukończyć. Spełnić jakieś marzenie i zwyczajnie zostać maratończykiem. Natomiast celuje prosto w tych, którzy snują kosmiczne plany”. Kochani – czytajmy ze zrozumieniem. Bartek powinieneś chyba każdy akapit zaczynać tym sformułowaniem, bo większość krytykujących pamięta chyba ostatnie przeczytane przez siebie zdanie.

  • Mariusz

    Ja cię rozumiem, wiem co to znaczy biec po rezultat a nie dla samego biegu. Wtedy każdy rezultat gorszy od planu jest rozczarowaniem bez względu na to jakie po drodze wyniknęły perturacje. Tak jest, jak się jest ambitnym. Musimy się jednak ogarnąć, wyciągnąć wnioski i ponownie zaatakować żeby być zwycięzcą.
    Musimy jednak pamiętać, że nie jesteśmy nieomylni, niezniszczalni- pomyłki lub problemy mogą się czasem pojawić. Potem należy ich nie powtarzać. Dasz radę!

  • Daniel

    widze zdania sa podzielone
    ale wydaje mi se ze hejty ida od tych co zazdroszcza ( bo nie wiedza ile to ciezkiej pracy trzeba zeby takie wyniki osiagnac i mysla ze Bartek to ma z niczego)
    a poparcieod tych ktorzy chcieli bys nasladowac go (niekoniecznie wyniki bo to nie dla kazdego jest mozliewe ale nastawienie i dazenie do celu)

    ja jestem w grupie ktora popiera ten tekst i zgadzam sie z nim
    bo dla mnie cieszenie sie bieganiem to nei jest wyjscie i potruchtanie tylko wynik na mecie zawodow. po to robie te ciezkie treningi zeby widziec na zegarze to co chce widziec a nie suzkac glupich usprawiedliwien czemu sie nei udalo

    a hejterzy wczytajcie sie w tekst dokladnie bo tu nei ma zadnej pogardy dla slabszych/wolniejszych tylko do tych co chca wyniki a nie wkladaja w to pracy i pozniej czekaja na to ze ludzie im ego podbuduja

    Bartek trzymaj tak dalej :) i pamietaj ze ludzie biora z Ciebie przyklad

  • Nell

    HEJT drogi Autorze, nie jest na miejscu. „Siedzą przed telewizorami..tyją” – źle, „biegają” – źle.
    Każdy z nas ma prawo do zadowalania swojego ego w sposób na jaki ma ochotę, chce przebiec 5km i pokazać znajomym na FB, ok. Jeśli motywuje go to do dalszych działań – dlaczego nie?! Super! Niech biega, ćwiczy, jest to dobre!
    Jeśli ma na tyle wiary w siebie i wytrenowania, aby wystartować w maratonie, również jest to jego wybór, jego odpowiedzialność, jego porażka lub wygrana.
    Zostawmy ludziom wolną wolę i nie wchodźmy z butami w ich życie, cele treningowe i to co chcą robić.
    Każdy z nas zwycięża w swojej głowie – codziennie, i powiem Ci jeszcze, że to nie Ty Bartku, jesteś tu od oceny ludzkich poczynań.

  • k.

    tak to jest, jak komuś się wydaje, że jest zawodowcem ;) litości…

  • http://kajmac3.blogspot.com/ Kajka

    A ja zwyciężyłam ze swoim lenistwem i ruszyłam się z kanapy ;) Może lepiej napisać, że każdy ma takie zwycięstwo, na jakie sobie zapracował.

  • Bartek

    Bartek ma racje w 100%, zgadzam sie z Nim

  • http://jakub-abramczuk.pl/ Jakub Abramczuk

    Zwycięzcy to są na podium. Natomiast przebiegnięcie maratonu (jak i każdego innego dystansu) zgodnie z przedstartowymi założeniami powinno dawać satysfakcję. I tyle

  • Marta Tittenbrun

    Brawo Bartek. Popieram. Chociaż będziesz się musiał zmierzyć z tym, że czytelnicy nie zrozumieją przesłania Twojego tekstu. Historia zna takie przypadki ;-)

  • Marek

    Wydaje mi się, że część czytelników nie zrozumiała tekstu.
    Nie chodzi o to, żeby odreagowywać i kopać wszystkich dookoła. Chodzi o wszechobecną mode na „głaskanie” ludzi, którzy przebiegli jakiś dystans (im większy, tym lepiej) i chodzą dumni jak paw – nieważne od wyniku. A im więcej amatorów na drodze spotkają, tym bardziej są dumni. Rozmawiasz z kimś i mówisz, że przebiegłeś maraton w 3h – no to słabo ci poszło, to aż godzina więcej od rekordu świata. Ale przebiegnij 100m w 15sek – no rewelacja, 6 sekund szybciej i byłby rekord!

    Limity na maratony i ultra są tak kosmiczne, że pewnie niejeden żwawższy uczestnik pieszej pielgrzymki byłby w stanie je ukończyć bez większego problemu nie męcząc się nawet za bardzo. Drugi ktoś – trenuje lata i w końcu biegnie te upragnione 5 km w 16 minut. Kto jest większym zwycięzcą?

    Trzeba mieć choć trochę poczucia „miejsca w szeregu”. Ktoś, kto z ułańską fantazją (Ja półmaratonu nie zrobię? JA?? Weź no mi tylko piwo potrzymaj!!) „przebiegł” półmaraton w 2.50 nie powinien obnosić się z tym, jakby tyle co rekord świata pobił – a tak niestety jest. Niejednokrotnie osobnik taki później przez pół roku fejsbukuje i przedstawia się „cześć, jestem romek i przebiegłem półmaraton”

    Weźmy ostatnie ME w maratonie i faceta, który do 30-tego kilometra wszystkich zamiatał. Czy on jest zwycięzcą, bo gdyby nie kolka to by wygrał i wszystkich zmasakrował? Biedny – wszystko przez tą wredną kolkę… OTÓŻ NIE. To nie jest zwycięzca – pobiegł za szybko do warunków i własnego przygotowania. I on ten maraton bez sensu przegrał. Na niejednym forum dot. biegania ludzie bardziej doświadczeni po 15 km pisali, że max 30-35km i schodzi z trasy – bo biegnie za szybko. Zwykła porażka, a nie żaden hart i pech. Brutalna prawda.

    Od tego się nie ucieknie – ale im wiecej będzie „głosów rozsądku” – tym lepiej.

    Pozdrawiam

    • Beny kuleczka

      Tak jak napisał autor zwycięzcą jesteś jeśli zrealizowałeś cel, który sobie postawiłeś i pod który przygotowywałeś formę ciężkim treningiem! Co z tego że poprawiłeś rekord życiowy w maratonie o 30 minut, skoro planowałeś wynik na mecie o 30 minut lepszy. Ok, może na początku powiesz sobie że przecież się poprawiłeś, ale w gruncie rzeczy wiesz, że to nie to… nie po to trenowałeś, żeby tylko poprawić rekord. Trenowałeś po to, żeby pobiec te swoje 2.xx, 3.xx lub 4.xx…
      Przychodzi refleksja i wtedy sam stwierdzasz, że trzeba pracować mocniej i poprawić wiele w przygotowaniach, a cała reszta, kolka, skurcze, czy pogoda to wymówki i usprawiedliwienia!
      Bartek fantastycznie, że piszesz wprost! Wszystkim zadowolonym ze swoich wyników gratuluję, a tym co czują podobnie jak Bartek i Ja osobiście życzę wytrwałości w realizacji kolejnych planów treningowych i osiągania na końcu założonych rezultatów.

  • gtriderxc

    Bardzo podoba mi się język jakim to napisałeś, bo sam często się nim posługuję: walę wprost, bez rozwagi na to co pomyślą inni. Z drugiej strony nie podoba mi się zdecydowanie to, że szukasz… że skupiasz się na innych. Robisz swoje? Rób swoje. Nie każdy ma Twoje predyspozycje, warunki, możliwości. Ja mógłbym biegać 2:40 ale pewnie nigdy do tego nie dojdzie, bo bieganie nie jest priorytetem mojego życia ale tylko/aż bardzo ważną jego częścią. „Złamanie 3” to dla mnie śmieszne hasło. Zgrzewa mnie to, czy moja prędkość wynosi 4:07 na km czy 3:59/km. Sam zakładam swoje progi, cele i sam je realizuję. Bez patrzenia na to co powiedzą inni. A Ty?
    Teraz mój punkt widzenia. Jeśli chrzanisz bieg z powodu toalety czy jedzenia tudzież choroby/kontuzji, jesteś wiecznym amatorem. I wszystko jedno, czy robisz maraton o pół godziny szybciej ode mnie. To, że określasz bieg jako porażkę z góry definiuje jakim jesteś człowiekiem. W wojsku nazywali to „cyfronem”. Biegasz dla cyfr. Twój wybór. Pomyśl jednak, że może możesz biegać dzięki mnie? Jak to? Tak dzięki mnie! Bo to ja codziennie wstaję w środku nocy, bo dowieźć do sklepu Twoje śniadanie. Wracam z pracy późnym popołudniem (tudzież śpię w ciężarówce) i cieszę się, gdy zostaje mi czas na sen, o gotowaniu sobie czegokolwiek do jedenia nie wspomnę. I? I robię maraton co roku coraz szybciej i pewniej. Na ostatnim Maratonie Wrocławskim Tomasz Sobczyk (nazwisko powinieneś znać) zszedł z trasy. Przegrał ze mną. Przegrał z każdy innym zawodnikiem, również tym, który dobiegł na 6 godzin. Wiesz drogi Cyfronie, w maratonie startuje kilka tysięcy osób. Miejsca na podium sa tylko trzy. Jeśli wszyscy wychodziliby w życiu z takiego założenia jakim kierujesz się Ty, na każdej linii startu stawałoby tylko 3 zawodników. Dążę do tego, że maraton dla wielu ludzi, czego jak widzę nie rozumiesz, jest próbą udowodnienia sobie czegoś. Ja pokazuję, że można być niezłym, mając wbite w prawo jazdy kategorie CE i D. Kto inny startuje, mając 5-dzieci, na które pracuje po 10-12 godzin dziennie w podwrocłwskiej fabryce telewizorów. Jeszcze inna osoba walczy z chorobą: jest ktoś taki jak Pan Niżyński, który zabiegał raka. Piotr Borochowski, który „robił” Tomasza Sobczyka jak chciał, postanowił poświęcić się sklepowi po to, byś mógł kupić sobie buty. Jesteś cyfronem? Badź nim! Realizuj własne cele ale nie oceniaj innych. Problemy na trasie nie muszą być jak piszesz wynikiem braku przygotowania: czuję się jakbyś zabraniał mi biegać, tylko dlatego, że moje życie wygląda jak wygląda, że wykluczasz mnie z grona życiowych zwycięzców, bo zrywam paznokcie, bo jako kierowca, obecnie ciężarówki biegam „tylko” w okolicach 3 godzin, trenując raz, dwa razy w tygodniu. Jestem lepszy. Od Ciebie, od Tomka Sobczyka i każdej kolejnej osoby z Twoim światopoglądem. Nie choruję, nie mam kontuzji, ZAWSZE kończę bieg.

    „gdzie je jestem przegranym, maraton zwycięzcą”-pogląd cyfrona- człowieka sterowanego wyświetlaczem rezonatora kwarcowego Twojego zegarka. Maraton jest zwycięzcą tylko w jednym przypadku: gdy schodzisz z trasy. Idę o zakład, że Twoja kariera nie potrwa już długo. Wypalisz się i gdy tylko zaczniesz odnosić słabsze wyniki, znikniesz ze sceny, zaczynając grać w szachy. Ja nigdy nie zszedłem z trasy. Nigdy nie zawaliłem startu z powodu jedzenia czy kontuzji.

    Trochę się rozpisałem ale pointa będzie krótka:
    „Bo prawdę mówiąc mam trochę dość sytuacji, kiedy wystarczy doczołgać się do mety maratonu, żeby być bohaterem”. Załóż rodzinę, utrzymaj ją, biegaj dalej na 2:30. Być może Ci się uda i tego Ci życzę. Być może będziesz miał w życiu mniej szczęścia, jak ja i miliony mi podobnych, którzy są bohaterami i twardzielami: bo docierają do mety. Na 3,4,5 i 6 godzin. Bo są biegaczami z pasji, nie zawodnikami patrzącymi na zegarek. Kto teraz jest prawdziwym bohaterem pozostawiam ocenie wszystkim, którzy dobrnęli do końca tego komentarza…

    • aaa

      Mocne ale wyjąłeś mi te słowa z głowy. Pozostaje mi się jedynie pod tym podpisać jeśli pozwolisz. Niektórzy oprócz biegania mają inne pasje – książki, podróże, rodzinę, gry planszowe, rodzinę, cokolwiek… Już kiedyś Warszawski Biegacz pastwił się nad tym typem ludzi, że nie powinni nazywać się biegaczami skoro nie poświęcają się treningowi na 100%… Z całym szacunkiem do Bartosza za jego wyniki bo 90% ludzi biegających może o takich pomarzyć ale czy nie jest on jedynie mistrzem własnego podwórka? Niestety tak już jest z Cyfronami, że gdy inni się cieszą, że ukończyli oni się wkurzają, że zajęli 4 miejsce i nie są na podium. Gdzieś znika ta magiczna otoczka przebierania nogami. Cieszę się, że są jednak tacy ludzie jak gtriderxc, którzy uzyskują doskonałe wyniki a potrafią docenić również tych maluczkich, którym czasem nie pójdzie.

    • gtriderxc

      To, czy wynik jest doskonały, jest tylko punktem widzenia. Dla autora tego artykułu moje 3 godziny to śmieszny wynik. Dla każdego innego szarego człowieka, potworna prędkość. 6 godzin to również doskonały wynik, patrząc z punktu widzenia tłustego biznesmena pod krawatem, który nigdy nie zhańbił się założeniem innych niż czarnych, skórzanych butów. Na szczęście prawo do biegania ma każdy. Również Piotr Horała, który w wieku 30 lat zbliża się do liczby 200 ukończonych maratonów (o setkach i ultra już nie wspomnę, choć jego średni wynik to okolica 4h, a życiówka 3:30), również starsza pani, która założyła sobie za cel bieganie maratonów do końca, niekoniecznie depcząc po piętach Kenijczykom.
      Wynik jest tak „doskonały” panie aaa jak sami jesteśmy z niego zadowoleni.

    • Anna

      Dobrze powiedziane a raczej napisane.

    • Rafał Perkowski

      Mega dobry komentarz !! Człowieku wylałes mysli miliony :) Myśle ze Bartek zrozumie ten jakze prosty i dogłebny przekaz :) BRAWO !!

    • pchela

      Świetna odpowiedź!

    • WarszawskiBiegacz

      Raczej unikałem wypowiadana się w tym temacie, bo następnego dnia napisałem cały komentarz do tego tekstu. Z całym szacunkiem, ale gtriderxc, naprawdę nie zrozumiałeś mojego przekazu. Czytałeś pierwsze zdanie: „Nie kieruję tego tekstu do ludzi bawiących się bieganiem. Tych, którzy chcieli ukończyć. Spełnić jakieś marzenie i zwyczajnie zostać maratończykiem.”?

      Mówisz, że nie szanuję ludzi, którzy biegają wolniej odemnie? To kompletna bzdura i z tym będę walczył, bo wkładanie tego w moje usta jest dla mnie wręcz obraźliwe. Na co dzień trenuję dziesiątki jak nie setki biegaczy w różnych grupach treningowych. Biegają oni czasem w 4h, czasem ponad 5h a czasem zwyczajnie w ogóle nie są w stanie jeszcze podejść do maratonu. I wszystkim im pomagam, szanuję i cieszę się każdym ich sukcesem, nawet tym najmniejszym. Pomagam jak coś nie wyjdzie, staram się doradzić, żeby w przyszłości było lepiej.

      Natomiast jeżeli ktoś szykuje się na złamanie tych 3 godzin (to przykład, bo w tekście w ogóle nie chodzi o poziom sportowy biegacza), codziennie wrzuca treningi, mówi o tym biegu, pokazuje, jak ciężko trenuje. Dieta, poświecenie, itd. I w końcu biegnie, klapa, zupełnie mu nie wychodzi. Powiedzmy, że nabiegał 3:10. Ja nie mówię, żeby się chłostać. Ale czytam „była walka, dotarłem do mety, walczyłem i pokonałem własne słabości, jestem zwycięzcą”. No przecież to trochę śmieszne. W takim wypadku okaże się, że niedługo każdy będzie zwycięzcą i bohaterem. Takie podejście osobiście mi się nie podoba i tyle. Trzeba umieć cieszyć się z sukcesów. Trzeba umieć napisać, że coś się zawaliło i starać się poprawić.

    • gtriderxc

      Przeczytałem Twój artykuł raz jeszcze i teraz na świeżo Twój komentarz. Zacznijmy od początku. Napisałeś do kogo „nie kierujesz” i chyba kazdy to zrozumiał. Może masz rację, że JA czegoś nie zrozumiałem, ale rzuć okiem na komentarze, a to i tak nie wszystkie, bo link do tego postu został udostępniony i skomentowany na setkach Facebooków, budząc niemałe poruszenie. Bo? Bo nikt nie rozumie co masz tak naprawdę na myśli. Po pierwsze podzielmy „maratończyków” na dwie grupy: tych co biegają i tych co przebiegają, wieszają numer na ścianie, zdjecie na Facebooku i są z siebie dumni. I niech będą, nie widzę powodu, by to kumus odbierać lub ranić, a to chcący tudzież niechcący robi Twój artykuł. Ale lećmy dalej: dlaczego to robi? Bo nikt nie rozumie do końca o czym piszesz i domyśla sobie resztę, która na domiar zego daje się domyślić bardzo łatwo: stawiasz w nieciekawym świetle pewną grupę społeczną, po czym wyrażasz to publicznie, zamiast zachować dla siebie. Pewien bardzo mądry człowiek powiedział kiedyś, że najwyższym stopniem ludzkiej inteligencji jest umiejętność obserwacji bez wystawiania ocen.
      Ale wrócmy do tego co mi odpisujesz. Nie kierujesz tego tekstu do ludzi bawiących się bieganiem. Spróbujmy zdefiniować jak przeciętny czytelnik może to odebrać. Czym jest zabawa bieganiem? Może pójdźmy do podstaw: czym jest zabawa? Pewnie czymś, co sprawia przyjemność. Załóżmy więc, że kierujesz ten artykuł do ludzi, którzy się NIE bawią, i codziennie wbrew sobie, wyprówają sobie żyły biegając, choć tego nie nawidzą. Znasz takich? Bo ja widzę tylko w fitness studiach, a na ulicy tylko takich co chcą schudnąć, a od zrzucania kilogramów do przebiegnięcia chociażby półmaratonu >psychicznie>>>Pomagam jak coś nie wyjdzie<<<< Pisaniem takich artykułów też? Może Ty nie do końca w takim razie rozumiesz co napisałeś? Kilkanaście osób poniżej próbuje to wytłumaczyć, w zamian za co Kasia zostaje atakowana jakimiś statystykami rodzin wielodzietnych. Tak nawiasem mówiąc, znam ludzi mającyh 4 dzieci, świetnie dających sobie radę, a znam takich, co ledwo dają sobie radę z wychowaniem jednego, ze względu na status społeczny.
      Kto nie jest w takim razie tym zwycięzcą? Jakiś przykład? Jeśli będę wstawiał na facebooka zdjęcia z podium swoich tegorocznych biegów i napiszę, że zrobię we Wrześniu we Wrocławiu 2:40. a zrobię 2:40:01 to już nie jestem fajny? Czym jest sekunda? A czym jest ich setka? Człowiek nie jest urządzeniem jak samochód. W sekundach można mierzyć wydajność przedmiotów, nie ludzi. Bo każdy może zachorować, skręcić nogę, mieć zły dzień, cokolwiek. Ludzi nie mierzy się w sekundach. Człowiek nie jest urządzeniem i nie działa cyfrowo. Czasem pobiegnie pół sekundy lepiej, czasem pól sekundy gorzej. Nie widzę różnicy między czasem 3:01:01, a 2:59:58. NIE MA RÓŻNICY! To nie jest bieg na 100m i to nie są mistrzostwa świata, a nawet jeśli są, żaden mistrz świata nie jest najszybszym człowiekiem na świecie. Jeśli porównasz jakiś model Ferrari z Porsche, możesz podać wyniki w sekundach i powiedzieć, że coś jest lepsze od drugiego, ale to że dzisiaj udalo się "złamac trójkę", a jutro ledwo dojdę do pracy, lub jeszcze lepiej zadzwonię, że nie przyjdę biorąc chorobowe? Na żadnych mistrzostwach świata ani olimpiadzie nie stoją nigdy najlepsi. Tam stoją Ci, którzy mieli szczęście w życiu. Małyszów są na ulicach tysiące, tylko nigdy nie będzie dane im się o tym dowiedzieć. To, że nosisz medal i zrobiłes cos szybciej, nie jest wyznacznikiem "lepszości" człowieka. Reasumując bohaterstwo w bieganiu jest miarą psychiki i jej przełamywania, gdy stawia opór, dla niektórych jak ja, jest to zabawa, dla innych droga przez mękę, by "PRZEbiec"(nie biegać) maraton lub zobaczyć na wyświetlaczu chińskiego zegarka cyferkę. Nic nie znaczącą cyferkę. Wiesz co jest moim celem? Nie by zejść poniżej jakiejś wartości raz, ale zostać na danym poziomie. W ten weekend przebiegłem dwa maratony. Dla jednych jestem superczłowiekiem, dla ultrasa to nic niezwyklego, bo on potrafi zrobić wiecej w jeden dzień. I jako, że biegam ultra, tę grupę ludzi szanuję najbardziej. Bo skupiają się (w większości) na pokonaniu dystansu, nie czasie. Po biegu potrafią zadawać sobie inne pytania niż "jak ci poszło", "który byłeś" i "ile miałeś". Ważne, że do końca. Ważne, by osiągnąć cel, a celem jest nie zawsze linia mety, ale Twoje zadowolenie. Każdy ma swoją psychikę, swoje facebooki i swoje pobudki do robienia w życiu tego, co daje mu sens. I nie Tobie jest to oceniać, a jeśli już, zachowaj swoje oceny dla siebie, a nie będziesz atakowany. W ludzkiej naturze nie jest wychodzenie z domu i bezcelowe przebieganie 42 kilometrów. Więc jeśli ktoś to zrobi w czasie krótszym lub dłuzszym, pozwól mu publikowac to na Facebooku i nazywać się zwyciezcą. Nie umiesz? A spróbuj wyobrazić sobie świat bez zegarków? Bo kiedyś ich nie było i w wielu miejscach na ziemi nadal nie ma. Czy ludzie nie patrzący na zegarek są gorsi od tych mierzących sobie każdą sekundę i przyznających się do "porażki"? Pozwól ludziom osobiscie decydować co jest dla nich porażką, a co zwycięstwem, zamiast mierzyc tego wg Twojej skali. Moim zwycięstwem jest to, że po dwóch maratonach w weekend poszedłem bez bólu do pracy w poniedziałek i na dobrą sprawę po południu trochę osłabiony dałbym radę zrobić jeszcze na pewno z połówkę. To jest mój sukces i moje zwycięstwo, nawet jeśli potrafię biegać poniżej trójki, przez co właśnie na zakończenie dołączam siebie uroczyście do grupy, z której szydzisz w swoim artykule. Jeśli chcesz, wrzucę foty i zrzuty z Endomondo na Facebooka. Mi to wisi, ale znajomi pewnie będą zachwyceni! Na bohaterstwo każdy ma własną miarę i nie Tobie dane jest ją regulować.

      Pozdrawiam

    • WarszawskiBiegacz

      Żeby nie było nawet wszystko przeczytałem. Dalej nie chce brnąć w tą rozmowę. Może nie wszyscy zrozumieli ten tekst. No cóż, jakoś sobie z tym poradzę.

      Nie rozumiem tylko dlaczego jak mam jakieś zdanie to mam je trzymać tylko dla siebie? Po to jest taki blog, żeby je własnie wyrażać. I tyle z mojej strony. Pozdrawiam!

    • gtriderxc

      Taka jak napisałem Tobie w całkiem pierwszym zdaniu mojego pierwszego komentarza, ja też często wyrażam swoje zdanie i powiem Tobie, nie zawsze to wychodzi na dobre, bo czasem może ktoś Cię źle zrozumieć i dopóki jesteś anonimowy, jest to obojętne, lecz gdy zaczynasz się pod czymś podpisywać swoim nazwiskiem, ktoś może przestać Cię lubić. Jedna z moich koleżanek nie lubi mnie już, bo zmieszałem kiedyś z błotem jej porady żywieniowe na facebookowym profilu :-) Kto inny obrazi się na Ciebie, bo napiszesz, że głosowałeś na Dudę. Dziwni ludzie chodzą po tym świecie i trzeba brać na to poprawkę, żeby komuś nie zrobić krzywdy. I o ile my dwoje sobie tylko pogadamy i pobiegniemy dalej, to są często tacy, co się od razu obrażają, zwijają w kulkę z urażonym ego i teraz tylko Twoja kwestia czy Cię to jakkolwiek interesuje, czy też spływa:-) Taki tekst na blogu może spowodować, że odbierzesz komuś sens życia ;-)))))

    • eM

      griterdix , dla mnie i tysiecy amatorow ktorzy biegaja, jezdza,plywaja,skacza,kopia – siła spokoju!

    • Marcin Leja

      do gtriderxc – mam wrażenie, że nie zrozumiałeś tego wpisu. Podam Ci dwa przykłady o co chodziło Bartoszowi.

      1. Po kilku tygodniach biegania wystartowałem w biegu przełajowym na 15 km. Założyłem sobie czas na ten dzień w pierwotnej wersji 1:08:xx, czym bliżej końca i braku świeżości oraz paskudnej pogody zwiększyłem ten czas na 1:10:00. Wynik? 1:11:xx. Czy jestem zwycięzcą tego biegu? NIE! Jestem o ponad minutę od ustalonego czasu i nie ma znaczenia, że wyprzedziłem dużą ilość zawodników.
      2. Nie tak dawno biegłem półmaraton po niecałych 5 miesiącach biegania chciałem złamać 1:40:00, było okropnie gorąco i z nieba lał się żar. Na mecie ku mojemu zdziwieniu uzyskałem 1:34:xx – tu jestem zwycięzcą.

      Dla Bartosza i jego znajomych takie wyniki nie robią żadnego znaczenia, ale kiedyś i oni biegali wolniej, tak samo jak Kenijczycy :)
      W którym przypadku jestem zwycięzcą a w którym czułem się wkur** na siebie? Zostawiam Cię z tym pytaniem.

    • gtriderxc

      Kroplą wody na gorący kamień jest to co napisałeś. Całość tekstu odbiera się tak jak zrobiła to reszta osób, które napisały komentarze pod artykułem. Rzuciłeś okiem, czy przeczytałeś tylko mój? Jest ich w tej chwili ponad 100.

  • Wojciech Wojciechowski

    „… nie kieruję tego tekstu do ludzi bawiących się bieganiem…” koniec cytatu. Przebiegłem 650 km w ciągu 2 miesięcy, zrobiłem mnóstwo przebieżek, interwałów i wszystkich innych zabiegów i… nie zrealizowałem celu, którym było złamanie jakiejś bariery czasowej. Mam chyba prawo mówić o porażce. Podzielam zdanie autora tekstu.

  • Maciek

    Byłem na maratonie jako obserwator bo sam w życiu nie przebiegł bym tego dystansu. Wszystkich uważam za zwycięzców i podziwiam….W związku z faktem, iż stałem na mecie widziałem zachowanie szanownego autora, który czekał na swoich kolegów. Ale nie zauważyłem żeby do nich krzyczał że są beznadziejni i za wolo biegną……myślę w sumie że patrząc na wynik zwycięzcy, ów autor również jest beznadziejny!!!
    Pozdrawiam wszystkich biorących udział i wielki szacun!

  • greten

    Tak czy owak tym wpisem na blogu autor wywołał, jak widać, potrzebną dyskusję. Bo faktycznie niekiedy się człowiek czuje jak przedszkolak, biorąc udział w imprezach sportowych, które w gruncie rzeczy odbywają się pod hasłem ‚medal dla każdego’.

    Skoro staję na starcie, żeby się ścigać, to muszę liczyć się z tym, że zwycięzca jest jeden. Mogę to być ja. Ale też niekoniecznie przegrana musi mi odbierać motywację do startów.

  • Lukasz

    Jak dla mnie super artykuł. Dość mam papki artykułów o bieganiu, w których przewijają się non-stop te same hasła albo schematy. Nie czuję się ani atakowany przez Bartka, ani bezpośrednio krytykowany, pomimo, że wśród moich biegów mogę odnaleźć takie, które się wpisują w ten artykuł. Myślę, że wszechogarniające hasła o byciu zwycięzcą i radości z biegania, nawet przy osiąganiu „tragicznych” czasów spowodowały, że część z nas, biegaczy, pławi się w byciu bohaterami i zatracaniu celów, które mogą (i chcą podświadomie) osiągnąć, ale przecież już są takimi superbohaterami, że niepotrzebne jest podnoszenie sobie poprzeczki. Czy muszą? Nie, ale myślę, że część z nich by chciała.

    Nie rozumiem też ludzi, którzy ostro krytykują autora i artykuł. To chyba ludzie, którzy oczekują kolejnych artykułów, które są jednocześnie o wszystkim, dla wszystkich, i to wyłącznie w pozytywnym tonie.

    Artykuł Bartka jest dla mnie po prostu rzeczowy i nie wpisuje się na pewno w malkontenctwo i martyrologię narodu polskiego.

  • Kasia

    Zgadzam się w pełni z przedmówcami, że ten „artykuł” to nieudolna próba odreagowania własnych porażek i niechęci do samego siebie, bo każdy wie że nie każdy mądrala to człowiek pewny siebie, a mądrowanie i krytycyzm nie ustanawiają kogoś autorytetem. Jednak skoro autor jest taki dosłowny to niech poprawi pewną nieścisłość w charakterystyce własnej osoby pod tekstem. Mianowicie: „łączy (rzekomo) pasję biegania i życie prywatne”. ŻYCIE PRYWATNE?! Życie prywatne ma matka trójki dzieci znajdująca czas na bieganie, a autor jakie przepraszam ma życie prywatne??? Spotkanie ze znajomymi lub posprzątanie mieszkanie? Błagam! Czy musi sobie organizować opiekę do dzieci żeby wyjechać na zawody? A może biega miedzy powrotem z pracy odebraniem dziecka przedszkola i wywiadówką w szkole??? Proszę zgodnie z tym co pan napisał w artykule nie nadużywać pewnych słów.

    • Ad@m

      Ha, to dobre, ktoś kto nie ma żony i minimum trójki dzieci, ten nie posiada życia prywatnego. Pani Katarzyno, toż to absurd roku.

    • Tomasz Luks

      Radzę przeczytać pierwszy akapit, jak napisał „Uysy” i jak widzę dużo osób poniżej i odnieść się do tej kwestii ponownie :)

    • Adam

      Błagam, szanowna Pani Kasiu. Nie, znowu ten argument dzielący ludzi na tych megazapracowanych na ziemię padających RODZICÓW oraz tych obijających się NIE-RODZICÓW, co to ‚prawdziwych problemów nie znają’? Tego już nie da się słuchać. I dopowiadam, tak – jestem tatą dwoch córek i nigdy nie zapomnę pewnie z 10 lat wysłuchiwania takich argumentów: aj ty zobaczysz zobaczysz co to będzie, a ty ciesz się życiem póki możesz, a ty wydawaj wydawaj bo jak dzieci bedziesz miał to juz nie powydajesz. A jeszcze Pani Kasiu doda Pani Bartkowi jaki to porod jest straszny i co to on tak naprawde wie o bólu, młokos jeden. Obibok i młokos. Bezdzietny a sie wypowiada. Będzie miał dzieci to go posłuchamy.
      PS Zna Pani statystyki ile mamy w Polsce rodzin wielodzietnych jak sądzę. Nie jest to wielkości zbyt częste ani imponujace wiec ten przykład matki z trójką dzieci trąci troche manipulacją. Może warto bylo zbudowac silniejszy argument opierając go o samotną matke z czwórką dzieci w małej popegeerowskiej wsi na Suwalszczyźnie?

  • Kasia

    Niestety z całym szacunkiem, ale nie zgodzę się z tym tekstem. Umówmy się, że to nie są profesjonalne zawody, a to że startują w nich zawodowcy jest kwestią nagród finansowych w innym przypadku wątpię, aby profesjonaliści chcieli dla zabawy przebiec 42km ulicami Warszawy czy innego miasta / państwa. Każdy kto zdecydował się na bieg, zapłacił za niego i ma prawo w nim pobiec. Jeśli jest słabo przygotowany bierze to na swoją własną odpowiedzialność. Jesteśmy dorośli. A to, że ktoś biegnie wolniej cóż, może ma zły dzień, jest kiepska pogoda, nie zrobił dostatecznego treningu, ale biegnie. A po co są limity 6 godzin, dla kogo? Właśnie dla takich osób. A co z babcią 80 letnią, która wolno bo wolno, ale walczy o metę? Nie popadajmy w skrajności. Raz mówimy, że to jest zabawa, a autor w tekście złości się, że ci „wolni” cieszą się z medalu. A niech się cieszą, takie ich prawo! Pobiegli, dotarli, mają medal! To ich Facebook, „ich cyrk, ich małpy” i skoro chcą się pochwalić znajomym to niech się chwalą. Dla mnie bieganie to są moje zmagania ze sobą, trasą, codziennością… Żyjmy i dajmy żyć innym. Mam się porównywać i nie wiem zazdrościć, że ja przebiegłam maraton w 3:20 a chciałam w 3:00, do tego miałam kolkę, siku, a ktoś przebiegł w 5:00 i jara się bardziej ode mnie? Bez przesady… Nie wariujmy. Chcemy być profesjonalistami? To chyba powinniśmy biegać w profesjonalnych zawodach w reprezentacji kraju… Bieganie zrobiło się modne, ludzie biegają, cieszą się to niech to robią. Idąc dalej tym tropem zaraz możemy poruszyć temat dlaczego jest tak wiele biegów? Bo jest bardzo dobry biznes. I tu zaczniemy przyczepiać się do organizatorów? Jednak nikt nikogo nie zmusza do udziału w biegach i duże limity czasu są właśnie po to, aby dużo ludzi mogło jeśli chce spróbować swoich sił. Poza tym jeśli ktoś biega szybciej tak jak np autor tekstu to i tak nie ściga się z tymi na 5:00 godzin, a równymi sobie więc w czym problem. Po co zaglądamy do czyjegoś ogródka? Jeśli komuś sprawia radość bieganie 10tego maratonu z czasem 5:00 godzin i dalej się tym cieszy na mecie to jego sprawa. Według mnie najważniejsze jest to, że w ogóle coś robi dla siebie. Zajmijmy się sobą. Bo wychodzi z nas to co zwykle, zamiast się cieszyć i wspierać to zaczynamy się kopać. („Ja biegam szybciej, lepiej trenuję, a Ty nie zasługujesz na miano biegacza”) Myślę, że to jest nasz główny problem, że prędzej czy później zaczynamy oglądać się na innych, zamiast skupić się na sobie i jarać się własnym życiem.

    • Michał

      „Nie kieruję tego tekstu do ludzi bawiących się bieganiem. Tych, którzy chcieli ukończyć. Spełnić jakieś marzenie i zwyczajnie zostać maratończykiem. Natomiast celuje prosto w tych, którzy snują kosmiczne plany”. Kasiu jak sama widzisz ten tekst nie jest skierowany do 80 letniej babci która walczy o metę, Przeczytaj uważnie pierwszy akapit jeszcze raz

    • Ania biega

      Na trasie nie było żadnej 80-letniej babci. W kategorii K-70 nie było całego podium. Nie przesadzajcie i nie zasłaniajcie się babciami.

    • Kasia

      Pani Aniu, sama Pani popełniła podobny tekst tylko pytanie po co… Zdanie o 80-letniej babci było jedynie PRZYKŁADEM nie analizowałam listy startowej i nie musi się odnosić to jedynie do Maratonu Warszawskiego, może być wrocławski, krakowski lub zupełnie inny. Nie w tym rzecz. Pisze Pani żeby nie zasłaniać się babciami, a Pani niech nie czepia się pobocznych szczegółów. Niech każdy biegacz czy nie biegacz zajmuje się swoim życiem, a nie wciąż zaglądamy komuś do „ogródka”. Błagam, nie bądźmy tacy smutni…Zamiast się cieszyć, perfekcyjnie umiemy marudzić… Szkoda….

    • k.

      to jak się to ma do tekstu, że autor ma dość sytuacji, że wystarczy się doczołgać do mety, żeby być bohaterem?

  • Magda

    ja powiem tak: rozumiem intencję tego tekstu, ale uważam, że jest… niepotrzebny. Ktoś kto ma takie podejście jak autor będzie myślał tak samo – o porażce – i nie trzeba mu tego przypominać. A kogoś kto ma podejście „wiecznego zwycięzcy” albo jest mu z grubsza wszystko jedno na jaki czas biegnie i tak ten tekst do niczego nie przekona :)

    • Maciek

      Brawo :)

  • Marcin

    Tak rozumując to nikt nie jest wygranym. Czy jest nim ten kto wygrał MW? Nie pobił swojej życiówki, nie poprawił rekordu trasy, rekordu Polski itd. A czy jest nim ten kto pobił rekord świata w maratonie? Też nie bo miał idealne warunki, ostro trenował, dużo poświęceń, a nie zrobił poniżej 2:00. Błędne koło. Wiadomo, że mistrzami zostają tylko Ci co ostro pracują i nie zadawalają się tym co mają tylko chcą łamać kolejne bariery, ale z drugiej strony co się dzieje z psychiką takich ludzi, jakie to muszą być depresyjne i załamane osoby. Jak my biegacze amatorzy biegamy amatorsko to miejmy z tego przyjemność, a nie ciągły stres, frustracje, załamania itd.

  • M

    Krótko i na temat. 100% Racji.
    W dobie facebooka też mam dość tego pochwalania każdej aktywności fizycznej i traktowania jej jako nie wiem co.
    Dużo więcej trzeba się nagimnastykować aby utrzymać rodzinę, a nie przebiec maraton, lub przemaszerować maraton.

    • Biegam i tyle

      A ile się trzeba nagimnastykować, żeby zrobić jedno i drugie! ;-)

  • n.

    Czyli cały wpis o tym, że źle że ludzie na FB chwalą się, marudzą i są poklepywani po ramieniu przez znajomych i rodzinę. A wszystko dzieje się pod wpływem kipiących endorfin. Gratuluje osądu!

  • Robert

    Myślę, że tytuł artykułu powinien być „Wcale nie jestem zwycięzcą” Rozprawiaj się sam ze sobą i nie mów innym jak mają traktować bieganie, nawet jeśli to poziom semi-profesjonalny. Jeśli adresowany atykuł jest do semi-profesjonalistów, to nie bardzo rozumiem wstawki w stylu dosyć mam obtartego sutka, bolącego paznokcia. Za chwilę sam piszesz, że nawet wy zmagacie się z bólem. Czym różni się Twój ból, palące stopy od bolącego sutka, czy zdartego paznokcia – niczym. To jest ból i to jest ból. Dla kogoś bolący paznokieć to koniec świata, a Ty nawet go nie odczujesz. Dlaczego odbierasz radość ludziom, z tego, że pokonali swoje ograniczenia? Twoje ograniczenia, to Twoje ograniczenia i są zupełnie inne niż ograniczenia innych. Twoje zmagania, to Twoje zmagania. Dla mnie jedynym wyznacznikiem, tego czy ktoś jest bohaterem, zwycięzcą czy nie, to ile włożył w pokonanie siebie. Moi synowie są zwycięzcami, bo jeden biegł na 1500 m bez przygotowania i dał z siebie absolutnie wszystko. Radość z tego była bezcenna. Może, będzie kiedyś biegał. Drugi na 400 m, został przewrócony na samym początku, ale też biegł i dobiegł. Co z tego, że daleko. Ważne, że mimo bólu dał radę. Dlaczego mam go nie nazywać zwycięzcą? Może powinienem i jednego i drugiego opieprzyć, no bo jeden bez przygotowania, a drugi się przewrócił. Frajerzy i niedorajdy z nich, a nie bohaterowie. Ciekawe, czy jeszcze kiedyś chcieliby pojechać ze mną na jakikolwiek bieg. Napisałem Ci w mailu, moim zdaniem, prawdziwego fightera poznaje się wtedy, kiedy mimo przeciwności, porażek staje się jeszcze mocniejszy i mobilizuje go to do dalszej, jeszcze cięższej, efektywniejszej pracy. Też mi się nie udało zrobić tego co zakładałem, a poświęciłem dużo, bardzo dużo, by zrealizować zakładany czas. Jestem przegrany, tak jestem, ale nie winię całego świata za to, że nie wyszło. Mimo bólu ćwiczę więcej i kombinuję co zmienić. Mało kto wie jakie mam czasy, chyba, że sprawdzi, nie publikuje tego na żadnych portalach, robię to dla siebie i sam analizuję i zastanawiam się co można zrobić lepiej. Wsparcie rodziny i dzieci mam i to najważniejsze. Oni się cieszą z każdego ukończonego biegu. Jedynie dla mnie wynik, ma znaczenie i tylko dla mnie. Pokory trochę chyba potrzeba Tobie, pokory. Jak to mówią zapomniał wół jak cielęciem był. Przypomnij sobie swoje biegi wcześniejsze, jak byłeś na poziomie średnim i z czym się wtedy zmagałeś

  • józef klapek

    Tekst jest wyjątkowo chaotyczny i źle zreferowany- chyba jedyny taki na Twoim blogu. Także mam silną presję na wynik, bo osiągane rezultaty dają satysfakcję i zgadzam się z założeniami artykułu, jednak zostały one przedstawione w taki sposób (pewnie pod wpływem nieudanego biegu), że może faktycznie po wyważonym początku przypomina to jakiś gimnazjalny hejt z rodzynkiem na koniec: „Ale DLA MNIE, i pewnie tak naprawdę dla samych siebie, zawsze będziecie przegranymi”. Naświetlasz kwestię chwalenia się na fejsbuniu i innych portalach wynikami i z tym także się zgadzam, też mnie to śmieszy i tego nie praktykuję. Ale sorry- to nie ja prowadzę stronę internetową i blog, w którym przedstawiam swoje wyśrubowane jak na amatora wyniki…

    Ale
    dla mnie, i pewnie tak naprawdę również dla samych siebie, zawsze
    będziecie przegranymi – See more at:
    http://warszawskibiegacz.pl/wcale-jestes-zwyciezca/#sthash.LQFvFjNg.dpuf
    Ale
    dla mnie, i pewnie tak naprawdę również dla samych siebie, zawsze
    będziecie przegranymi – See more at:
    http://warszawskibiegacz.pl/wcale-jestes-zwyciezca/#sthash.LQFvFjNg.dpuf
    Ale
    dla mnie, i pewnie tak naprawdę również dla samych siebie, zawsze
    będziecie przegranymi – See more at:
    http://warszawskibiegacz.pl/wcale-jestes-zwyciezca/#sthash.LQFvFjNg.dpuf

  • Robert

    @n. Coś podobnego chciałem napisać. Bartek zrób bloga zamkniętego, zmień maila. Nie będziesz miał pytań od pseudobiegaczy, dreptaczy, ludzi, którzy ledwo co biegają, a mają nie wiadomo jakie oczekiwania. Rozumiem Twój ból, rozczarowanie. Lepiej jednak było nie popełniać tego wpisu niż go popełnić. Zastanów się również, czy ten blog jest dla innych czy dla Ciebie? Czy przez niego chcesz innym pomagać i pokazać, że można treningiem dojść do ciekawych wyników? Czy bardziej traktujesz, jak budowanie Twojego ego, tylko zamiast fejsa, tweetera, endo etc.. robisz to poprzez Twojego bloga. No bo, że Twoje wyniki wzbudzają szacunek to rzecz niepodważalna. Emocje mijają, ale to co zostało zrobione w emocjach zostaje.

    • Adam

      Robercie, to ważny wpis w tej dyskusji.

    • Ad@m

      A mi ten wpis dużo pomógł – uświadomił mi, ze skoro walczę o jakiś wynik to mam ten wynik osiągnąć, a nie jak w pewnej reklamie, osiągnąć go „prawie”. Nie chce być prawie zwycięzcą, chcę być zwycięzcą.

  • Rafał

    Nie sposób się z tobą zgodzić, pod warunkiem, że jesteś typem sportowca amatora nastawionego na wynik. Są jednak biegacze, którzy starty w biegach masowych traktują jako swoistą rozrywkę podobną tej jaką daje chodzenie na koncerty. Ja bym nie generalizował ;)

    • Rafał

      kurde miało być „Nie sposób się z tobą nie zgodzić” fak… sorry

  • Ania

    Powinieneś zmienić bieganie na inny sport. Jeśli coś nie daje Ci satysfakcji a przy tym zarzucasz innym, że nie mają się z czego cieszysz to jesteś sfrustrowany. Pamiętaj, że z takim nastawieniem niedługo czujesz się zerem i zamiast cieszyć się każdą chwilą biegania staniesz się zrzędą.

  • Sebastian

    Mam wrażenie, że Bartek został trochę źle zrozumiany przez niektórych. Tekst kierowany byłby do mnie, gdybym faktycznie odtrąbił swój udział w MW jako sukces. Tzn. trenowałem i do 34km biegłem na <3:30, w tym miejscu mnie ścięło i skończyło się fatalnym jak dla mnie niespełna 3:45. Gdybym uważał samo ukończenie za to myślę że byłbym gościem do którego Bartek kieruje swój tekst. Wcale jednak tak nie uważam, jest to porażka, którą przyjmuję z pokorą i jako bodziec do przemyśleń.

    Myślę, że ci co się cieszą nie są gorsi i zakłamani, każdy inaczej odbiera porażki i inne motywacje z nich wyciąga. Ocenić sens tworzenia atmosfery sukcesu mimo niezrealizowania celu można raczej po kilku wynikach, jeśli ktoś będzie np. przez kolejne 5 maratonów walczył z 3:20 i za każdym razem przegrywał, a potem po każdym cieszył się, że dobiegł, no to faktycznie nieco idiotycznie to wygląda :)

  • Michał Laskowski

    Bartek nikogo w mym odczuciu nie biczuje (a siebie „ukamienował” wcześniejszym wpisem). Wyraźnie określił odbiorcę tego tekstu! Napisał m.in. do mnie, który wprawdzie cieszy się ze skromnej życiówki (3.24.43), ale jednocześnie wie, że gdyby realizował swój plan w 100%, to wynik byłby o niebo lepszy. To samo pisze Jurek Skarżyński – nie realizujesz mego planu w 99%, zapomnij o zakładanym wyniku! Zdaję sobie sprawę, że są tacy (mam takich znajomych), których zadowala 5h. Chwała im za to! Mnie mój zadowala średnio. Nie będę jednak wklejał zdjęć na FB, że ukończyłem Koronę. Nie będę się chwalił wynikiem, bo nie mam czym. Wiem, co muszę robić. Chcę złamać 3h? To muszę zapieprzać!
    ps. Pozdrawiam wszystkich biegaczy – miło widzieć taką masę mających świra na punkcie biegania w każdym zakątku kraju:-)
    ps2. Bartku, dzięki, że jesteś! Twoje wpisy dają powera.

  • Michał Laskowski

    Bartek nikogo w mym odczuciu nie biczuje (a siebie „ukamienował” wcześniejszym wpisem). Wyraźnie określił odbiorcę tego tekstu! Napisał m.in. do mnie, który wprawdzie cieszy się ze skromnej życiówki (3.24.43), ale jednocześnie wie, że gdyby realizował swój plan w 100%, to wynik byłby o niebo lepszy. To samo pisze Jurek Skarżyński – nie realizujesz mego planu w 99%, zapomnij o zakładanym wyniku! Zdaję sobie sprawę, że są tacy (mam takich znajomych), których zadowala 5h. Chwała im za to! Mnie mój zadowala średnio. Nie będę jednak wklejał zdjęć na FB, że ukończyłem Koronę. Nie będę się chwalił wynikiem, bo nie mam czym. Wiem, co muszę robić. Chcę złamać 3h? To muszę zapieprzać!
    ps. Pozdrawiam wszystkich biegaczy – miło widzieć taką masę mających świra na punkcie biegania w każdym zakątku kraju:-)
    ps2. Bartku, dzięki, że jesteś! Twoje wpisy dają powera.

  • Szymon_Kolarz

    Mnie ten tekst bardzo się podoba, a wszystkim piszącym komentarze w stylu ,,fajnie że jesteś taki mocny, ale ja mam rodzinę pracę obowiązki i 100 różnych spraw na głowie i nieważna jak kiepsko bym nie biegał jestem zwycięzcą, bo nie obchodzi mnie wynik tylko pasja do biegania” chciałbym przekazać, że nie o zajebistości autora jest ten tekst. Celem autora było zdemaskowanie pozerstwa i fałszu, kreowania się na super-sportowca udawania że wszystko jest ok, mimo że przebiegliśmy coś znacznie poniżej naszych oczekiwań. Jeśli naszym celem sportowym jest osiągnięcie jakiegoś wyniku, to jeśli nam się to nie uda, to po prostu tym razem przegraliśmy. I wypada się do tego przyznać, przede wszystkim przed samym sobą. Bo dzięki temu poprawimy swoje błędy i bedziemy jeszcze mocniejsi. Pozdrawiam ;)

  • akademik

    Hejka! Bartek, jest Twoim fanem i trzymam kciuki za Ciebie!
    Biegam maraton w tempie 2:40, wiem jaka to praca i koszt wyrzeczen!!!
    Twoje 2:26, w bieganiu amatorskim, wyobrażam sobie ile to całorocznej orki żeby już nie tyle co bić rekordy, ale nawet utrzymać poziom….
    domyślam się też, jak smakuje gorycz porażki i niepowdzenia…..
    ale troszkę nonszalancki artykuł
    Dzięki tym ludziom którzy biegaja 4h, 5h a nawet 6h jest frekwencja i atmosfera
    Dzieki frekwencji jest cała ta otoczka, medialność biegu, no i w końcu SPONSORZY
    Ci ostatni sprawiają, że maraton jest z w wpisowym 100 a nie 300 pln itd
    można mnożyć tutaj argumenty……
    poza tym daj spokoj tym ludkom, niech się cieszą i realizują
    chodzi o oderwanie i FUN, przecież bieg >2:15 w maratonie to walka o ZŁOTE KALASONY!!!
    oki może za nagrodę np 500 pln, które wydajesz średnio w 1 miesiąc na asortyment…
    pozdrawiam, i troszkę więcej luzu i dystansu do tej przygody życia!

  • bohater narodowego

    a mnie się nie nie podoba ten komentarz, jak ktoś biega zawodowo, trenuje, żyje z tego to może i faktycznie nie ma czym się chwalić, że połowę dystansu umierał, ale ja jestem amatorem, całe życie siędzę za biurkiem, w niedzielę przebiegłem swój drugi maraton w życiu po kilku miesiącach przygotowań w czasie trochę ponad 4h, w dodatku z kontuzją, która pojawiła się na tydzień przed biegiem, dla siebie i swoich przyjaciół jestem bohaterem i nikt nie ma prawa mi tego tytułu odbierać

  • Guest

    przepraszam co to za cenzura i usuwanie nieprzychylnych komentarzy??? napisze jeszcze raz, nie podoba mi się ten artykuł i komentarz, owszem dla kogoś kto regularnie trenuje profesjonalnie, zyje z tego to moze żaden żaden to powod do chwaly ze umieral polowe dystansu, ale ja cale zycie siedze za biurkiem, przebieglem w niedziele swoj drugi maraton w czasie troche ponad 4h, po pol roku przygotowan w dodatku z kontuzja , ktora przypaletala sie na tydzien przed biegiem, poprawilem zyciowke z debiutu o 15 mnut, choc chcialem o 20, dla siebie i moich przyjaciol jestem zwyciezca i nikt nie ma prawa mi tego tytułu odbierać

  • Waldek

    Kurde, moim zdaniem nie
    ma co z tym przesłaniem dyskutować , tyko rady te zastosować jak najszybciej, bo pisze to człowiek, który
    startując od zera zrobił przez 4 lata 2:26 (i to tyle wg.mnie).

    Ja muszę powiedzieć, że
    jestem z wyniku MW zadowolony (może nie w 100%, ale ogólnie zrobiłem co
    chciałem 2:58:10 – nowa życiówka poniżej 3h). Gdyby nie kolka na trasie mogłem
    jeszcze coś z tego urwać , ale wiem, że kolka to może być nie wyćwiczone
    Vo2max, więc trzeba to poprawić.

    Powiem jeszcze, że wynik
    w 80% zawdzięczam Bartkowi, gdyż chodziłem na treningi Reeboka prowadzone przez
    niego w ramach BMW Półmaratonu Praskiego i skorzystałem tam, z wielu rad które
    zastosowałem jedynie w 50%, a i tak progres był duży. Jeszcze raz wielkie
    dzięki Bartek!!!

    Powiem jeszcze tylko, że
    jak się złamie 3h to apetyt na kolejne życiówki wzrasta co najmniej 2 razy. I
    już teraz planuje kolejne starty i łamanie barier, ale póki co na razie trochę
    odpoczynku tzn. trening utrzymaniowy.

  • baba z wozu

    Trenuję, nie biegam. Mam wsparcie w postaci tenera. Biegam „po czas”. Na treningach wylewam pot i łzy by na mecie móc się cieszyć. Ostatnio dałam z siebie wszystko ale nie wyszło. O kilka minut. Boleśnie to przeżyłam. Kiedy się okazało, że nie pobiegnę na zakładany czas stałam nawet na chodniku chcąc zejść z trasy co by nie tracić sił, bo po co? Ale mam ducha walki i nie lubię się poddawać. Dobrnęłam do mety bez nowej życiówki. Bo to nie był bieg – to była walka. Nie zgrało się kilka czynników część ode mnie nie zależnych. I TY! Ty mi mówisz, że jestem przegraną? Bujaj się człowieku.

  • Adam

    Bartku – tak! to wszystko prawda, podzielam Twoje opinie i odczucia. Musze Cie jednak rozczarować – takie cele i aspiracje jaka rzeczywistość, w której żyjemy. Maraton sie nam zdemokratyzował, maraton, ze tak powiem zagośćił w każdym domu i zagrodzie. Rzecze ludzi zapragnęło choćby liznąć tego smaku facebookowej glorii. Ja o moich maratonach nie rozpowiadam, zdjęć nie publikuje tymczasem komentarz mego kolegi z pracy: zdjęcia z biegu pani N. juz widziałem a twoje? Ona biega 6 miesięcy i wystartowała dwa razy, ja biegam od prawie 15 lat.

    Podsumowujac, zeby byc dobrze zrozumianym: mysle, że ani Bartek ani ja nie uderzamy w tony elitaryzmu i nie patrzymy z wysoka na tych, którzy biegaja wolniej. Nie, nie o to chodzi. Strasznie sie ciesze, ze tyle ludzi biega. Super! Idzie o cos innego, oczekujmy wiecej od siebie, stawiajmy sobie wyzsze cele! NIe szukajmy prostych sposobow na zaistnienie poprzez powieszenie numeru startowego z maratonu na pol przechodzonego aby kolezanka z korporacji powzdychala przy lunchu. Tylko tyle i az tyle.

    W podobnym tonie jest artykuł o ‚cieniasach ultramaratonczykach na portalu bieganie. Mozna sie spierac co do formy czy tytulu lecz przyznajmy: jest cos na rzeczy. Fajnie, ze taka dyskusja sie toczy – mam nadzieje, ze bedzie to mialo jakas moc oczyszcającą to srodowisko. Może pozwoli to spuscic troche powietrza z tego balonu bo czesc z kolezanek biegaczek i kolegow biegaczy cos za mocno go pompuje.

    W ostatnim wydaniu magazynu Bieganie jest artykul o maratonczykach rekordzistach w ilosci przebiegniętych biegow. Jeden z nich mowi otwarcie: jak nie mozesz rywalizowac predkoscia (czytaj: jakościa biegania) to rywalizujesz na ilosc biegow czy na ilosc kilometrow pokonanych.

    Zatem wiecej dystansu do siebie, wiecej dystansu pokonanego na treningach, mniej porażających auto-kreacji na blogach, facebookach i bedzie dobrze! Zyczę wszystkim nowych życiówek w nowym sezonie!

    Aha, na ostatnim Maratonie Warszawskim skurcz trafim mnie na Moście Poniatowskiego – to 41 kilometr! No to po biegu, mysle sobie. Ale przystanąłem i POMIMO CIERPIENIA pobiegłem dalej! Ja rozbiegałem skurcz! Jakoś dociągnąłem do mety i pomimo wszystko udało mi się pobić zyciówke o 15 sekund – zrobiłęm 3:08! Choć miało być 3:05. Nie udało się ale walczyłem i zwyciężyłem. Ach gdybym mógł jescze parę fotek podesłac…..

  • Jurek

    Ja rozumiem,że apetyt rośnie w miarę jedzenia ale czy to oznacza, że jeżeli nie uda mi się osiągnąć zakładanego planu to mam rzucić na mecie medalem o ziemię i wpaść w depresję. Jak wielu Twoich czytelników bardzo szanuję Twoje osiągnięcia i Twoją wiedzę ale wydaje mi się że chyba zacząłeś mylić Świat amatorskiego biegania ze Światem zawodowców. Być może pora na przejście na zawodowstwo ? Wtedy takie dylematy o złym przygotowaniu i „złych zawodach” będą miały bardziej wymierny skutek czy konsekwencje.
    “Bieganie dało mi odwagę by zaczynać, determinację aby wciąż próbować i duszę dziecka, aby mieć z tego wszystkiego zabawę po drodze. Biegaj często i biegaj daleko, ale nigdy nie „zabiegaj” swojej radości z uprawiania tego sportu.” Julie Isphording

    „Biegacz to nie ten, kto szybko biega. To ten, który nie ustaje w walce.” Marc Buhl

    Na koniec mojego komentarza napiszę tylko tyle , że życzę Tobie Bartku abyś zawsze czuł się zwycięzcą !

  • Biegam i tyle

    Przyznaję, że musiałem przeczytać ten tekst kilka razy, żeby docenić jego wartość :-) Pierwsza myśl była „Kurcze, facet pisze o mnie – wrzucam treningi na Endo, a zdjęcia z zawodów na FB, a ostatni półmaraton zrobiłem w blisko 2 min. gorszym czasie, niż zakładałem przed biegiem” ;-) Ale po chwili, gdy poczytałem komentarze, zadałem sobie trud ponownego przeczytania wpisu i już mi emocje opadły. Wg mnie to tekst o tym, że porażka, o ile sami przed sobą umiemy się do niej przyznać, może nas wiele nauczyć i pchać do potrzebnych zmian, a więc do rozwoju. To także przestroga przed zbyt dokonywaniem hurraoptymistycznych założeń przed zawodami oraz o mierzeniu sił na zamiary. Obawiam się jednak, że wiele osób odbierze go zbyt personalnie, tak jak ja w pierwszym momencie. Także ci, którzy „bawią się” bieganiem (jak dla mnie to zdecydowana większość uczestników zawodów, takich jak MW). Pozdrowienia dla biegających – bez wyjątku i bez podziału na pro i amatorów, na tych z dziećmi i tych bez dzieci, na biegających dla siebie i tych dzielących się każdym kawałkiem swojego biegania ze światem :-)

  • Ava

    Nie do końca się zgadzam, również biegłam w tym maratonie ale patrzę na to trochę inaczej – myślę że w tekście jest dużo frustracji wynikającej z Twojego wyniku i to przenosisz na innych. Zgodzę się że jesli porwiesz się z motyką na słońce, będziesz byle jak i za mało trenować, to wcale nie będziesz zwycięzcą jesli jakos tam w bólach doczołgasz się mety. Ale na rany koguta, nie jesteśmy automatami tylko ludźmi. Czy mogłeś wytrenować żołądek żeby nie wykręcił Ci takiego numeru na maratonie? Chyba nie. Czy zrobiłeś na treningach wszystko żeby dobrze przygotować się do maratonu? Sądzę że tak. Co do tego, że wiesz co jeść przed takimi biegami nie mam wątpliwości (czytałam na blogu), więc chyba jednak nie ty zawaliłeś tu sprawę :)

  • Pingback: warszawskibiegacz.pl Komentarz do tekstu: Wcale nie jesteś zwycięzcą! - warszawskibiegacz.pl()

  • Pingback: warszawskibiegacz.pl Komentarz do tekstu: - warszawskibiegacz.pl()

  • Pingback: warszawskibiegacz.pl Komentarz do tekstu "Wcale nie jesteś zwycięzcą!" - warszawskibiegacz.pl()

  • Tomasz

    Medale tylko dla pierwszej 100-tki i odpadną amatorzy łatwych łupów…

    • aaa

      Widzę, że Tomasz nie odróżnia medali za zajęcie miejsca od medali pamiątkowych…

  • luzik

    no patrzcie Państwo, wystarczy mała sraka, by zakompleksiony człek się wyrzygał:)

    • Adam

      Ogranicz ‚luzik’ swoje popisy oratorskie do portali typu WP, wszyscy na tym skorzystamy. To nie miejsce dla ciebie. Rynsztokowe myslenie i język tu nie pasuje. Rozumiem, przes pomylke tu zawitales ale tu za czysto jak na twoj poziom. Czmychaj z powrotem do swojej norki.

  • Franko

    W zasadzie nie wiadomo do kogo ten tekst. Z jednej strony teoretycznie nie do biegajacych dla zabawy (bo to do nich adresowany jest tekst ‚jesteś zwyciezca’), z drugiej wiadomo ze jezeli ktos w podeszlym wieku zaczyna biegac ustawiajac sobie jakies cele to jesli ich nie zrealizuje wiadomo, ze nie czuje sie szczesliwy z tego powodu. Normalka. Wiafomo rowniez ze nie ma co sie porownywac z profesjonalistami biegajacymi od dziecka, bo tak jest w kazdym sporcie. Prawdy oczywiste wiec nie wiem o co chodzi

  • Yaro

    Zawsze można pobiec samemu tylko ze swoim Garminem i łamać życiówki – bez brania udziału w komercyjnych, rozleklamowanych imprezach biegowych pełnych bohaterów z obtartymi sutkami.

  • klewiusz

    a ja uważam, że większość sama sobie wyznacza plany i sama wie czy jest zadowolona z wyniku czy nie. Osobiście sie cieszę z każdego ukończonego biegu bez kontuzji. Kiedyś sobie wyznaczyłem pewne minimum które chciałem osiagnać na poszczególnych dystansach i mimo ze pobiłem te wyniki znacznie to nadal są one moimi wyznacznikami spełnienia zadania. Lubie sobie wypić browara i żrec nie zdrowo nie zakładam regularnych treningów bo nie lubię mieć zaplanowanych rzeczy. Biegam kiedy chce, na dystansach na jakie mam w danym momencie ochotę. Nie stwarzam sobie żadnych wytycznych bo jestem sobie panem, Nie wkładam w trening tyle co inni i zdaje sobie sprawę że będę cierpiał wiecej niż inni, ale to mój wybór i moja sprawa. Co dla mnie jest zwyciestwem a co za porażką to wiem tylko ja. Zresztą każdy strat to moje prywatne zwyciestwo i nic nikomu do tego co opisuje na jakiś tam stronach czy portalach:D
    Przypuszczam że gdyby autor tego tekstu pobiegł maraton na kacu to by miał inne krytria sukcesu. Ale jak ktoś życie podporządkowuje bieganiu, a nie odwrotnie to ma potem wyrzuty sumienia ze nie spełnił czegoś co zaplanował. Ja do takich ludzi nie należę, a limit km wybieganych przed maratonem w ciągu tygodnia czasem wynosi 40 km a czasem 0. Wynik jest adekwatny do treningów ale z tym mi dobrze, nie będe sie zarzynał zeby poniec 2:26:00 bo mam to najzwyczajniej w dupie i wolę moje 4:00 na kacu niż lepszy wynik pod 100% kontrolą dietetyczną:D
    Powodzenia na startach

  • Prawdziwy Mistrz Maratonu

    Wpis „Zbalansowanie biegania z normalnym życiem” z bloga „Prawdziwego Mistrza Maratonu”

    Pamiętajcie – jeżeli nie biegacie po to, żeby kiedyś wygrać (no dobrze być na podium ;) NYC Marathon), żeby nie biegać więcej niż 2500 km rocznie. Pozwoli wam to utrzymać odpowiednią kondycję, zmusi do przestrzegania zdrowych nawyków żywieniowych i dawania odpowiedniego przykładu dzieciom i rodzinie. Ustalcie sobie jakąś dolna granicę czasu i starajcie się co roku nie biegać wolniej niż ona. Dla każdego będzie ona inna. Dla jednego 4 godziny. Dla drugiego 3.30. Nie jest ważne, czy akurat dystans 42km195m przebiegniecie o 5 minut szybciej. Przecież i tak nigdy nie będziecie biegać tak jak ja biegam na jednej nodze albo przez sen. Potrzebujecie więcej wysiłku. Przebiegnijcie jakiś ultra (Spartathlon ;) ) albo dla odmiany zróbcie w lecie połówkę IM. Zabierzcie dzieciaki na wyprawę w góry.

    Dlaczego to piszę? Bo śmieszy mnie, że ktoś cały rok nic nie robi, biega po 200km tygodniowo i potem jest „bohaterem” bo urwał 30 sekund z życiówki i pobiegł 2.31 zamiast 2.30 i nawet o tym pisze i się chwali. Ja przy tym czasie to mogę zjeść po drodze spaghetti samym widelcem i zrobić trzy k (no dobra wysikać się trzy razy ;) ). Trenując ponad 100 km tygodniowo powinni biegać maratony <2.10 inaczej są łajzy. W takim wypadku zastanówcie się skąd wasz problem i dlaczego trenujecie bez sensu. Zróbcie wszystko by wyeliminować błędy biegać. Wtedy dopiero będziecie bohaterami.

    Wpis "Komentarz do wpisu Zbalansowanie biegania z normalnym życiem" z bloga "Prawdziwego Mistrza Maratonu".

    Przede wszystkim dziwi mnie, że mój poprzedni wpis nie został zrozumiany. Przecież jest jasne o co mi chodzi i smuci mnie, że jest złośliwie nadinterpretowany.

    Oczywiście nikogo nie chciałem obrazić. Nigdy nikogo nie obraziłem i mam szacunek nie tylko do wolnych biegaczy, ale też do tych biegających 2.15. Bardzo doceniam tych "bohaterów", którzy ciężko pracują i osiągają coraz lepsze wyniki. To tylko dzięki wam nie spada co roku aż tak bardzo poziom biegania.

    Mój wpis był skierowany do wąskiej grupy biegaczy – najczęściej tych, którym udało się złamać 2h48min30s w maratonie (często nawet obierając przy tym banany) – i zaczynają pisać w internecie rady jak biegać. A potem nawet jak żyć. Do tych, którzy wrzucają wszystkie swoje treningi do sieci, żeby inni je analizowali. I brali z nich przykład? Po takim treningu 2.15? Naprawdę? Którzy piszą jakie buty nosić, jak się odżywiać i kiedy sikać, a nie potrafią biegać szybciej niż 2.10. Którzy patrzą w sufit i w 3 punktach piszą jak osiągnąć sukces w sporcie (choć im się nie udało) podczas gdy moi profesorowie od lat przeprowadzają na mnie i moich kolegach takie badania. Piszą na ten temat książki i spierają się. Dla których ktoś kto przebiegł raz 42km195 i stwierdził, że przyspieszanie na tym dystansie będzie celem jego życia jest co najwyżej godnym prychnięcia triatlonistą albo ultrasem.

    Do tych, którzy pół roku nic nie robią poza pracą, bieganiem, czytaniem i pisaniem o bieganiu, a potem urywają 30sekund z życiówki mając czas 2.17.04 I uważają się za "bohaterów". Którzy walczą o zwycięstwa w Koziej Wólce w mistrzostwach remizy, gdzie nie ma prawdziwych biegaczy albo o 113 miejsce w prawdziwych zawodach.

    A dlaczego to piszę? Bo mam dość sytuacji, gdy wystarczy doczołgać się do mety w 2.15, żeby potem dawać innym rady i dać upust własnemu ego.

    Pamiętajcie to od Was zależy, czy będzie czytać moje rady, czy takich "mistrzów" i "bohaterów". I pamiętajcie, że ta zawsze wszystkich szanuję.

    • yupi

      i tu się dołączam:)

  • Mike

    świetnie napisany tekst. Coraz częściej i chętniej zaglądam na twój blog i z radością stwierdzam że mądre słowa powiedziałeś. Ludzie myślą że wylewasz jakieś swoje sportowe żale ale to nie to ;) powiedzenie jak sobie pościelisz tak się wyśpisz to doskonały opis tego tekstu. Ostatnio na treningu spotkałem innego nieznajomego biegacza i pytał co i jak z maratonami… ja na to że trenuje ostro do połówek a może pod koniec sezonu pobiegnę sobie czterdzieche… odpowiedź: „jak przebiegłeś połowę to i cały dasz radę”… spacerkiem? a potem ultra? Jak nie dam czadu tak jak chcę to nigdy nie jestem bohaterem… połowa tego co zamierzyłem nigdy mnie nie będzie satysfakcjonować, 100 pro albo jestem zerem tyle w temacie. I tak jak powiedziałeś Bartek, trzeba sobie zdać sprawę że jak dasz dup* to nie jest wina plam na słońcu ale twojego przygotowania, niedotrenowania, niedociągnięć których nie naprawiłeś przed startem. Nie jestem pr0 biegaczem ani nie aspiruje ale jako totalny amator mam świadomość że zwycięzca jest jeden może kilku tych gości na podium.. ja sobie biegam i tyle. Dobra wygrałem ze sobą na jakimśtam półmaratonie, nigdy nie biegałem wcześniej, zaliczyłem swój pierwszy prawdziwy sezon biegowy i katuje się ostro żeby pobiegać fajnie w drugim ale nie uważam się za jakiegoś bossa jak przebiegnę 10 połówek i maraton. Bieganie stało się trendy i to jest przyczyna powstawania zwycięzców, kultura umasowienia zawsze zepsuje wszystko :(

    • WarszawskiBiegacz

      O kurcze, że ten tekst jeszcze żyje :) Dzięki i pozdrawiam!

  • Agnieszka Gabryś

    Ja zauważam jeszcze jedną kwestię- nie mam pieniędzy na karnet na siłownię, ani trenera a tym bardziej na profesjonalną regenerację.Bieganie lubię najbardziej, do tego biegam ze swoimi psami, które dzięki temu mają świetną okazję do treningu i długiego spaceru.
    Boję się ścigać na maratonie, bo nie będzie mnie stać na leczenie kontuzji i nie będę mogła potem długo biegać. Wolę spokojnie przebiec dystans na pewnych nogach niż ryzykować. Nie zawsze bieganie jest dla kogoś jedynym celem :)

    • WarszawskiBiegacz

      Aga, oczywiście, w ogóle tego nie podważam. Każdy ma swój cel i odnajduje swoje pasje w bieganiu. I fajnie, że Ty odnalazłaś swoją (i Twoja psy :D ).

  • Maciek

    Dodałeś mi energii. Dziękuję. Bo dupy na Orlenie dałem po całości. I jestem niezadowolony i nie cieszy mnie poklepywanie po plecach z tekstem „Ciesz się, że ukończyłeś. Wszak niewielu w ogóle ma odwagę wystartować”. A plan był bardzo mało ambitny. Pół roku przygotowań poszło, cały misterny plan… tak. W pizdu. Moja wina, ale i moje wyzwanie na przyszłość. Pozdrawiam.

    • WarszawskiBiegacz

      Maciek, aja tylko jedno powiem. Pół oku nie poszło na marne i ja się tego nauczyłem. Co zrobiłeś, cała praca, to Twoje. Nie wystrzeliłeś teraz ale to zostaje i buduj na tym dalej formę.

  • Piotrek

    a ja zgadzam się z artykułem i twierdzę, że albo Wy nie zrozumieliście artykułu, albo ja :) Wg mnie autorowi chodzi o to, że jak trenujesz żeby przebiec maraton, a połowę spacerujesz, to ponosisz porażkę. Twoim celem było przebiegnięcie. Tak samo jak trenujesz żeby ukończyć. Jeżeli nie ukończyłeś, jest to Twoją porażką, dzięki której możesz znaleźć motywacje do treningów. I nie ma tłumaczeń że pogoda, że wiatr, że kolano. Jeżeli nie realizujesz celu (nieważne czy celem jest ukończenie, przebiegnięcie, czy 2:30 w maratonie- cel powinien być adekwatny do aktualnych możliwości). Nie osiągnięcie celu jest porażką.

    a co do chwalenia się na facebookach.. Co kto lubi :)

    • WarszawskiBiegacz

      Zrozumiałeś ;)