Spełnionym być. Leipzig Marathon, relacja część 2.

Leipzig Marathon

Wczoraj skończyliśmy na 21 kilometrze 39. Leipzig Marathon. Nie ma co się oszukiwać. NUDA! Tak wygląda maraton. Do połowy nic się nie powinno dziać, nie powinno się pamiętać tego odcinka. Jeżeli tutaj masz problemy, to naprawdę tylko cud może Cię uratować. Jak już mówiłem, na półmetku miałem czas 1:11:57. Podobnie jak podczas maratonu w Rzeszowie. Tam taka szarża skończyła się bardzo źle. Ale tam też już w połowie byłem jednak mocno zmęczony. Tutaj zapowiadał się świetny bieg.

Kolejne dwa kilometry 3:21 i 3:28 min/km, nic nie zwalniałem. Skręciłem w prawo na długą, 5 kilometrową prostą, która prowadziła lekko pod górę. Niestety zerwał się wiatr. Naprawdę warunki mocno się pogorszyły, ja biegłem sam. Szybko zjadłem drugą połowę żelu, którą cały czas trzymałem w ręku. Popiłem wodą i liczyłem tylko na to, że to chwilowe podmuchy, a nie stały, frontalny wiatr. Dwa kilometry zrobiłem po 3:35 min/km. Słabłem, puls spadł mi niemal do 161, nie byłem w stanie wykrzesać z siebie mocy. Z perspektywy czasu wiem, ze tutaj do głosu zaczynała dochodzić psychika. Brakowało mi kogoś, z kim mógłbym pobiec. Kogoś, żeby się przytrzymać i odpocząć trochę. Wiedziałem, że do mety jeszcze prawie 20 km, a ja słabnę. Kolejny kilometr 3:33 i następny 3:39! W tym momencie już zacząłem mocno wątpić w końcowy wynik. Ale z drugiej strony wiedziałem, że jeszcze tylko kawałek, na 28 kilometrze jest nawrót i wiatr zacznie sprzyjać. W dodatku lekki zbieg. Dobiegłem do końca prostej, złapałem głęboki oddech, obejrzałem się za siebie. Nikogo nie było, więc nie tylko ja tak męczyłem ten odcinek.

Zrobiłem nawrót i jak to bywa na maratonie, przeprowadziłem szybki dialog z samym sobą. Do mety pozostało 14 kilometrów. 2/3 biegu mam za sobą. Przekonałem swój uparty mózg, że pobiegnę teraz 5 km w szybkim tempie. Warunki ponownie sprzyjały. U mnie tak to działa, że oszukuje sam siebie. Bo obiecuję sobie jeszcze 5 km ekstremalnego wysiłku i wiem, że jak ten odcinek się skończy to ponownie obiecam sobie kolejny odcinek i kolejny i tak do mety. Co ciekawe, mózg daje się oszukiwać :) Kolejny kilometry biegłem szybko, bardzo szybko. 3:20 i 3:19 min/km. Całe te 5 km pobiegłem w 16:58, co było najszybszym odcinkiem biegu. Byłem na 33 kilometrze, do mety 9. Na 29 kilometrze zjadłem pół żelu z kofeiną. Energetycznie było dobrze. Za mną nie widziałem nikogo i nie zamierzałem zderzać się z żadną ścianą. Miejsce w sumie miałem już zaklepane (chociaż i tak oglądam się nawet na ostatniej prostej). Pozostała walka o życiówkę.

A tymczasem na mecie... :)
A tymczasem na mecie… :)

Ale właśnie nastał ten moment, kiedy w maratonie zaczynają dziać się nieprzewidziane rzeczy. Dalej biegłem dość szybko. Utrzymywałem tempo w okolicach 3:27 min/km, wiedziałem, że to wystarczy. Zresztą szybciej nie mogłem, właśnie zaczął się dla mnie prawdziwy maraton. I zaczęły się problemy z lewą nogą. Na początku zaczęła mnie mocno boleć łydka, potem biodro. Po kilometrze biodro bolało mnie już tak, że zacząłem się mocno krzywić i trochę inaczej stawiać nogę. Co oczywiście jeszcze bardziej odbiło się na łydce, która sprawiała wrażenie, jakby miała zaraz wybuchnąć. Jak coś boli na maratonie, podczas biegu gdzie jest taka adrenalina, to już naprawdę nie jest dobrze. Przynajmniej ja tak mam. Ale nie było to ból, który uniemożliwiłby mi bieg w szybkim tempie. Mijały kolejne kilometry. Minąłem spore grupy kibiców, zjadłem żel. Był 37 kilometr. Zostało 5 kilometrów.

Z moich śmiesznych wyliczeń wynikało, że tempo 3:30 starczy bez problemu na życiówkę. Śmiesznych, bo normalnie policzyłbym to w ułamku sekundy i wyliczył tempo co do sekundy. Tutaj chyba 500 metrów męczyłem się, motałem, dodawałem, odejmowałem i cholera wie co jeszcze. Ale w końcu przekonałem sam siebie, że muszę biec 3:30 do mety. Mocno się już pochylałem do przodu. Zaczął boleć mnie żołądek. Nawet nie chce przytaczać tutaj słów, jakie wypowiadałem na myśl, że zaraz może mi rozwalić bebechy i będę musiał się zatrzymać. Na szczęście skończyło się na kilku beknięciach. Już do końca postanowiłem nie pić. Biodro bolało jak cholera, ale stabilnie :) Łydka z każdym kilometrem gorzej, ale nie zapowiadało się na żadne skurcze, ani inne katastrofy. Do mety były 3 kilometry. Zerknąłem na zegarek. Wiedziałem, że się uda!

LM-2015-17

I tutaj naprawdę dopadł mnie już maratoński kryzys. Minąłem mały podbieg, który zupełnie wybił mnie z rytmu. Na zbiegu już tylko się wyprostowałem i złapałem kilka głębszych oddechów. Ostatnie dwa kilometry były pod wiatr. Biegłem po kolei 3:34, 3:32, 3:36. Już wolniej, ale chyba głowa też odpuściła. Chyba już nie udało mi się oszukać samego siebie i zmusić do większego wysiłku. Byłem wykończony. Miałem drugie miejsce. Miałem życiówkę. Chciałem to już skończyć. Miałem zwyczajnie dość.

IMG_6517

Skręciłem na ostatnia prostą. Wiatr w plecy. Bardzo dużo kibiców. Chciałem przybić piątki ale spojrzałem na zegar, było 2:25:00. Byłem przekonany, że jest o jakieś 30 sekund wolniej. Znowu postanowiłem powalczyć o sekundy. Włączyłem finisz. Wpadłem na metę z czasem 2:25:16. Jak tylko się zatrzymałem, zacząłem się rozglądać i szukać Kasi. Wepchała się między fotoreporterów. Dopiero jak ją złapałem i przytuliłem, niemal zupełnie straciłem władzę w nogach. Tak jakby ktoś raptem wyłączył jakąś magiczną barierę przeciwbólową. … [ Siedzę tak nad tym akapitem od 20 minut i zastanawiam się, jak opisać to co wtedy czułem. Nie da się tego opisać, albo ja zwyczajnie nie potrafię. Bez kitu, w tym momencie nawet zapomniałem o biegu, o życiówce, o drugim miejscu. Najbardziej cieszyłem się z faktu, że mogę tą radość dzielić z kimś jeszcze. Dobra koniec, bo wyjdzie Saga Zmierzch z maratończykami w roli głównej :) ].

leipzig_meta_z_kasia

Chwilę się razem cieszyliśmy. Zdjęcia, wywiady, błysk fleszy, te sprawy :) Ale konie tego, Kasia za 15 minut miała biec półmaraton. Pogoniłem ją na rozgrzewkę a sam poszedłem usiąść, napić się i zjeść. Jakoś doczłapałem do samochodu, ogarnąłem się, i wróciłem akurat na dekorację.

To zawsze jest niesamowita chwila. W ogóle organizatorzy byli bardzo mili. Wycałowali nas, uściskali, szczerze gratulowali biegu. Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane. A na pudle zawodnik z Etiopii, Kuba i ja. Stałem tam naprawdę dumny i cały czas szczęśliwy z nowej życiówki. Mówiłem to wiele razy, nie lubię biegać na rekordy życiowe. Jednak radość po tym, jak granice swoich możliwości zostały przesunięte o kolejne sekundy, jest niesamowita. I właśnie po to warto raz na jakiś czas zmierzyć się z tym rekordem.

IMG_6548
Ta lewa noga nie bez powodu cały czas w górze :)

Ale trzeba było zakończyć to triumfowanie, bo niedługo swój bieg miała kończyć Kasia. Też wcisnąłem się przed samą linię mety. Akurat swój bieg ukończyła druga zawodniczka wśród kobiet w półmaratonie. W tej chwili już finiszowali wszyscy razem. Zawodnicy startujący w maratonie, półmaratonie i biegu na 10 kilometrów. Dalej nie widziałem trzeciej kobiety i w końcu widzę Kasię. Wbiegła jakby kończyła trening (w sumie takie miała założenia). Wydawało mi się, że jest trzecia, ale spiker nic nie mówił. Chwilę porozmawialiśmy, przeszliśmy przez strefę bufetu i usiedliśmy koło podium chwilę odpocząć. Ja poszedłem do samochodu po ubrania. Raptem dzwoni mama i każe pogratulować Kasi trzeciego miejsca. Aż nie mogę w to uwierzyć. Nie dość, że ja zająłem drugie miejsce to Kasia była trzecia w półmaratonie. Ona chyba też do końca w to nie wierzy. I pomyśleć, że całą trasę przybijała piątki z dziećmi :)

IMG_6607

Tak skończyła się nasza przygoda z biegami w Lipsku. Jechałem tam po miejsce na podium. Skończyłem z drugim miejscem i nowym rekordem życiowym. Kasia jechała mi towarzyszyć. Na start zdecydowała się praktycznie w biurze zawodów. Wróciła z trzecim miejscem w półmaratonie. Chciałbym, żeby wszystkie naszego biegi tak wspaniale się kończyły.

IMG_6616
Tylko alkoholfrei :)

No i standardowo na koniec podziękowania. Bo to co działo się w Polsce, jak ja biegłem w Lipsku, było naprawdę niewiarygodne. Jak wróciłem do domu, to zobaczyłem, ile osób śledziło moje międzyczasy online. Ile mi kibicowało i trzymało za mnie kciuki. Zresztą, to zdjęcie mówi wszystko:

facebook_like_leipzig

Nie podziękowałem każdemu na facebooku, nie odpisałem na wszystkie maile i wiadomości. Zwyczajnie, nie byłem w stanie. Dlatego wszystkim Wam chciałem tutaj gorąco podziękować za wsparcie, jesteście wielcy! Oczywiście jak zawsze podziękowania należą się rodzinie. Obawiam się, że jeszcze kilka takich startów i moja mama będzie często odwiedzała kardiologa, bardziej się denerwuje niż ja :)

Dziękuję też firmie Adgar i grupie AdgarFit, której mam przyjemność prowadzić treningi (i na które Was serdecznie zapraszam). Za wsparcie, pomoc w realizacji marzeń i przede wszystkim za wiarę w moje bieganie, jaką mnie obdarzyli.

I już ostatni akapit, ale chyba najważniejszy. Dziękuję Kasi, że jest przy mnie, wspiera mnie i pozwala mi uwierzyć, że to co robię ma sens. Moja znajoma, Monika Coś, napisała mi na facebooku, że to chyba nie Red Bull dodaje mi skrzydeł tej wiosny. Monika, lepiej nie mogłaś tego ująć!

IMG_6686

More from Bartosz Olszewski

Postanowienia noworoczne najlepszych biegaczy

Wczoraj napisałem tekst o postanowieniach noworocznych, a dziś natrafiłem na artykuł przedstawiający...
Read More