Walencja po życiówkę – tydzień 3/13

To był naprawdę szalony tydzień. Szalony to mało powiedziane. Zaczął się spokojnie, ale ostatnie dni były tak intensywne, że pisząc ten tekst zamykają mi się oczy. Ale wiem, że muszę go napisać, bo inaczej poczeka kolejne dwa dni. A to już grozi tym, że ciąg relacji z przygotowań zostanie przerwany :)

To był typowy tydzień gdzie na końcu mamy zawody z pełnego treningu. Jest to bardzo dobra formy budowania dyspozycji. Do tego zbieramy doświadczenie, orientujemy się w jakiej jesteśmy formie. No i zawsze możemy robić to co lubimy. Czyli się ścigać. Bo ja lubię :)

Poniedziałek

Rano 16 kilometrów, wieczorem 10. Bez historii, rozbiegania po ok 4:30 min/km. Spokojnie. Regeneracja po niedzieli. I tak było dobrze, bo jak rano wstawałem z łóżka to obawiałem się, że będzie dzień wolny. Jednak dwie kawy i spacer do przedszkola zrobiły swoje. Organizm się obudził i całkiem przyjemnie się truchtało.

Wtorek

15 kilometrów w tym 10×20/40 sekund. Biegane z Bartkiem Falkowskim. Fajne te rytmy, szybkie, ale takie, że spokojnie łapaliśmy oddech na przerwie i noga luźno kręciła. 

Przed treningiem wpadłem do Kanału Sportowego. Fajnie było!

Środa

Moje ulubione kilometrówki na stadionie. Dość późno przyjechaliśmy na Agrykolę z Kasią. Było naprawdę gorąco. Ale to nie był chyba problem. Zwyczajnie ja nie znoszę biegać sam kilometrów. Zawsze tak miałem i to się nie zmienia. Więc urządziłem sobie festiwal cierpienia na bieżni.

W planie miałem 8×1000/200. Tysiaki 3:10, przerwa w ok 60-75 sek. Rozgrzewka super, noga lekka. Przebieżka też fajna. Ruszam odcinek, patrzę na 400 metrów, 76 sek. Czyli idealnie, ale lekko nie jest. A w tym momencie powinno być. Kończę w jakieś 3:09, ciężko. Drugi podobny czas, ale już muszę nadganiać ostatnie 100 metrów. 

Już myślę, zrobię 5-6 i jakieś 400 metrów. Ale z drugiej strony analizując. Jest ciężko, ale przyspieszyć mogłem bez problemu, Robię 3 i 4 powtórzenie. Wchodzi piąte. Wszystko w czasie. Każde męczy podobnie. Przerwa też w miarę równa. To dobry znak, bo jak jest umieranie to raz, że przerwa jest co raz dłuższa. A dwa, zawsze muszę mocno gonić. A tutaj wszystko raczej równo. 

Robię 7 i 8. Koniec, wszystko równo, ostatni w 3:08, ale nie cisnąłem na maksa. Od razu truchtam 200 odpoczynku. Dobry trening. Od stanu „nie ma opcji, nie zrobię” do „jest ciężko, boli, ale pod kontrolą”. 

Piłem izo ale zjadłem tylko 1 żel. Przy tych prędkościach więcej nie dałem rady.

Wieczorem był trening NBRC. I to jest zagadka której nie rozwiążę. Zwyczajnie biegało mi się rewelacyjnie. Prowadziłem odcinki 3 km po 3:50 i kilometrówki po 3:35, 3:25 i to był piekielny luz. Oby tak zawsze.

Czwartek

15 km rano, 10 km wieczorem. Bez historii, jak poniedziałek. Tempo też niemal identyczne, ok 4:30 min/km.

Piątek

15 kilometrów rozbiegania. Ponownie wiele nie napiszę. Tylko tyle, że jak możesz wyjść rano, to idź rano a nie w samo południ ;)

Sobota

Urodzinki :)

Zaczął się weekend maratoński w Warszawie. Mieliśmy z tej okazji bardzo dużo obowiązków i w sumie już od piątku mocno nad tym siedzieliśmy. W sobotę prowadziliśmy razem z New Balance Run Club, Shake Out Run. Przyszło naprawdę dużo (serio dużo bo było nas niemal 100) biegaczy. Super atmosfera, ekstra trasa, parę przebieżek po Placu Piłsudskiego, Park Saski, Marszałkowska. Razem z nami ponownie biegła super ekipa Swords Athletics! Później strefa New Balance, z Kasią mieliśmy prelekcje, obowiązki zawodowe na różnych stoiskach :)

Shake Out Run!

Biegła nasza Nina! Ale jesteśmy z niej dumni. Nina nie lubi tłumów, otaczających jej ludzi i hałasu. Dlatego mocno unikamy raczej takich imprez. Ale stwierdziła, że chce. Bawiła się super już na rozgrzewce. A jak trzeba było, ruszyła jak strzała. Muszę jej tylko powiedzieć, żeby ustawiała się w pierwszej linii :D 

Pakiety odebrane!

Wróciliśmy do domu. To był dzień urodzin Kasi. Szybki tort. Przebraliśmy się w eleganckie ciuchy i stwierdziliśmy, że dziś imprezujemy. Kasia zawsze prawie ma urodziny w weekend maratonu Warszawskiego. A czasem trzeba poświętować. Więc ruszyliśmy na warsztaty winne. Degustacje. A potem kolacje. No i to był znakomity czas! Ale żeby poznać różna smaki, trzeba było dużo tego wina degustować :D

Niedziela

O NTFY Warszawska Dycha napiszę w oddzielnym wpisie. Wprawdzie nie były to jakieś moje zawody docelowe. Ale atmosfera tego wydarzenia! Cały weekend maratoński. No i Maraton Warszawski. To zasługuje na oddzielny wpis.

Natomiast narazie napiszę, że pobiegłem 32:46 netto. Bieg ułożył się znakomicie a ja z czasu jestem bardzo zadowolony. Brałbym w ciemno :) To była ciężka noc, ciężki poranek. Ale jak następuje strzał startera, to organizm przełącza się w inny tryb.

MARATON WARSZAWSKI

Kilka zdań o samym wydarzeniu. Uważam, że była to najlepsza i zorganizowana z największym rozmachem impreza biegowa w Polsce! Skala, logistyka i całe zaplecze w koło PKiN to absolutny TOP. I pierwszy raz mogę spokojnie powiedzieć, klasa światowa! Osobiście byłem pod wielkim wrażeniem i cieszę się, że maraton się tak rozwinął. Powoli jak te największe nie jest już tylko zwykłym biegiem, ale staje się wizytówką miasta! Coś pięknego!

Kasia z Edytą na temat powrotu do sportu po ciąży powinny robić konferencje! Wiedza i sposób przekazywania, TOP!

Podsumowanie

Kolejny udany tydzień. Trochę chwilami męczony. Poza bieganiem ten tydzień obfitował w bardzo dużo pracy i wyzwań zawodowych. Ilość snu i zmęczenie dawało o sobie znać na treningach. Jednak udało się wszystko zrealizować jak trzeba. Poszły tysiaki a na koniec pobiegłem naprawdę bardzo dobre 10k na zawodach. Optymistycznie patrzę w przyszłość. Ale w kolejnym tygodniu czas na coś, co w maratonie kluczowe. Czas na longi! :)

More from Bartosz Olszewski
Tydzień 13/2017 #18 – czy ja naprawdę biegłem półmaraton?
Poprzedni tydzień zakończyłem życiówką w półmaratonie. Był to dla mnie naprawdę niezwykły...
Read More