Mój pierwszy maraton – część 1

pierwszy maraton

Mój pierwszy maraton, Warszawa, 2008 rok. W końcu postanowiłem spisać tę historię. Jeszcze całkiem dobrze pamiętam szczegóły. Wyjątkowy dzień, wyjątkowa chwila, wyjątkowe przeżycia. To wtedy, na ulicach Warszawy, wszystko się zaczęło. Można powiedzieć, że od tej chwili złapałem bakcyla, zakochałem się w dystansie maratonu. To uczycie trwa do dziś. A tak to wszystko się zaczęło…

Był 2007 rok. Ja, ważący jakieś 78 kilogramów osiłek, wpadłem na Krakowskie Przedmieście, zobaczyć jak na metę przybiegają kolejni zawodnicy. Chciałem zobaczyć jak to wygląda. Biegałem już Run Warsaw, dawali fajne koszulki za 20 zł, a wtedy się nie przelewało. Ale maraton w świadomości ludzkiej, to był wyczyn. A ponieważ ja zawsze lubiłem na własne oczy zobaczyć, jak wyglądają takie wyczyny, to ruszyłem na metę.

Powiem szczerze, byłem zauroczony. Nie widziałem pierwszych zawodników. Widziałem tych kończących w czasach około 4 godzin. Widziałem starszych panów, dumnie przekraczających metę i całujących medale. Wyglądali, jakby właśnie przeszli obóz przetrwania. Widziałem osoby padające na ziemię. Pamiętam chłopaka, 18 latka, który chwiał się na nogach mówiąc „to jest zabójstwo”. Kogoś zabrali wolontariusze, ktoś zwymiotował. Ogólnie widok jak na jakimś froncie wojennym. Ale wszystkich tych biegaczy łączyła jedna cecha. Na twarzy każdego widziałem dumę z tego, co właśnie udało im się osiągnąć. Jedni płakali, inni się śmiali. Ktoś szukał rodziny, jeden Pan błagał o papierosa :) Ale niemal każdy wyglądał, jakby właśnie dokonał czegoś niesamowitego. To było coś, to był bieg, który muszę pobiec za rok! Z taką świadomością wracałem do domu. Nakręciłem się strasznie!

No i raptem znajdujemy się w sierpniu 2008 roku. Dziesięć miesięcy przebimbałem. Nic nie robiłem, a raczej nie biegałem. Grałem w kosza. Bardzo dużo biegałem po boisku piłkarskim. W okresie zimowym udało mi się dojść do oszałamiającej wagi 82 kg. Nic dziwnego, skoro kilka miesięcy spędziłem na siłowni, ustanawiając kilka życiówek. Między innymi w wyciskaniu i w obwodzie bicepsa :) Ale jak już przyszedł sierpień, kończyły się wakacje, a ja zobaczyłem reklamę Maratonu Warszawskiego, to wiedziałem, że muszę wystartować. Wróciły wspomnienia, wróciła chęć rywalizacji. Sam sobie chciałem coś udowodnić, pokazać, że ja też mogę. Ale najbardziej chciałem poczuć na własnej skórze, jak to jest przebiec 42 kilometry, zderzyć się ze ścianą, walczyć z kryzysem i w końcu przekroczyć metę maratonu.

Do startu zostało 41 dni. Szybko się zapisałem. Ściągnąłem z internetu plan treningowy. Zostawiłem ostatnie 40 dni, powiesiłem na ścianie i zacząłem przygotowania. Od tego momentu nie opuściłem ani jednego biegu. Myślę, że było to około 25 treningów. O odżywianiu nie wiedziałem nic. O treningu biegowym nic. Czas mierzyłem na początku zegarkiem ze wskazówkami. Biegałem w stroju do koszykówki. Dokonałem za to jednaj zmiany. Moje trampki Nike Air Dunk zamieniłem na biegowe Nike. Kompletnie nie pamiętam nazwy. Ale jakie one były wtedy wygodne! Biegałem jak po wykładzinie! Nawet waga trochę zaczęła mi spadać. Robiłem postępy z każdym kolejnym biegiem. Szczerze, to się nie oszczędzałem. Obce mi było kontrolowanie pulsu, tempa, zmęczenia. Jak wczoraj pobiegłem 5 km w 22 minuty, to dziś chciałem w 21:45 Czyli robiłem wszystko źle. Wtedy byłem narwańcem, moja przygoda dopiero się zaczynała.

W całych magicznych przygotowaniach zrobiłem jedno długie wybieganie, 25 kilometrów. Ale mnie po tym biegu bolały nogi! A jak to się dłużyło! Myślałem, że nie skończę. Wiem, że to było BNP, bo z nudów przyspieszałem. Nie znosiłem wtedy takich biegów. Szybko, to lubiłem. Długo, tego nie znosiłem. Do maratonu było coraz mniej czasu. Zacząłem zbierać informacje. Pytałem znajomych, co jeść, co i ile pić? Naczytałem się o ładowaniu węglowodanów. Zapoznałem się z trasa. Postanowiłem kupić żele energetyczne i zjeść trzy na trasie biegu. Zaangażowałem tatę. Miał mi pomagać na rowerze, dopingować. To zostało nam do dziś. Ja wtedy rozpocząłem przygodę jako maratończyk, mój tata jako najlepszy support na biegach, zarówno moich jak i mojego brata.

Do biegu pozostał tydzień, adrenalina rosła. Ja byłem już gotowy. Na podstawie treningów i biegu na 25 kilometrów opracowałem strategię. Czas docelowy, 3 godziny 20 minut. W sumie do dziś nie wiem jak to wyliczyłem, ale stwierdziłem, że nie ma sensu biec wolniej. A szybszy bieg, może zakończyć się mega kryzysem. Jak się miało później okazać, 40 dni treningu i jedno wybieganie, gwarantują kryzys niezależnie od założonego tempa biegu.

Pamiętam, że było w miarę ciepło. Stałem już na stracie. Cholernie podekscytowany. Ważyłem jakieś 75 kilogramów, o 10 więcej niż teraz. Zrobiłem wcześniej rozgrzewkę, 2 kilometry truchtu i 4 przebieżki. Na śniadanie zjadłem bułki z dżemem i miodem. Dzień wcześniej opychałem się makaronem. Miałem zapas żeli i wody. Byłem gotowy. Nie mogłem się doczekać. W końcu mogłem się na własnej skórze przekonać, jak to jest stawać się maratończykiem.

Pamiętam pierwsze 10 kilometrów. Ale mi się lekko biegło. Nie wierzyłem, że będzie tak łatwo! Powoli przyspieszałem i zaczynałem zbliżać się do grupy prowadzącej na 3 godziny i 15 minut. Co prawda byłem mocno skoncentrowany, bardzo poważnie podchodziłem do tego biegu. Na 10 kilometrze zjadłem pierwszy żel. Ale myślałem sobie, o co do cholery chodzi z tym maratonem? Ludzie umierają na mecie, ja mam już 1/3 dystansu za sobą i się uśmiecham. Biegłem dalej.

Na 20 kilometrze już widziałem grupę biegnącą na 3 godziny 15 minut. Byli tak blisko. Zjadłem drugi żel, zero kryzysu. A ja przebiegle już półmaraton! Polałem się wodą. Robiło się coraz cieplej. Ale nic mi to nie przeszkadzało, parłem do przodu. Minąłem 25 kilometr, byłem już 100 metrów za dużą grupę biegaczy. Wiedziałem, że zaraz ich dogonię. Będę z nimi biegł kilka kilometrów, a później wyskoczę do przodu. Ale byłem podekscytowany. To nie mogło być takie proste!

No właśnie, 27 kilometr. Dogoniłem grupę, zawiesiłem się na samym końcu i raptem poczułem, że z moim organizmem coś jest nie tak. Jakby nogi robiły się jakieś z gumy. Jakbym nie mógł złapać oddechu. Chyba wtedy ojciec zauważył, że coś się dzieje, bo spytał się, czy wszystko ok. Odparłem, że tak, ale już wiedziałem, że żadnych skoków dziś nie będzie. Szybko polałem się wodą. Ale już zacząłem odstawać od grupy. Zwolniłem, nie mogłem biec szybciej. Co więcej, z każdym metrem było trudniej. Nie tylko ja przeżywałem kryzys. W tym momencie pękały dziesiątki biegaczy. Dobiegłem do 30 kilometra, zjadłem żel, wypiłem wodę. Zaczynał się mój maraton. 12 kilometrów, których nie zapomnę do końca życia. 12 kilometrów, które sprawiły, że pokochałem ten sport, zakochałem się w maratonie. Do dziś te ostatnie 12 kilometrów traktuję, jako swojego rodzaju pojedynek. Raz to ja wygrywałem. Jednak czasami ponosiłem klęskę. Trudno powiedzieć, czy wtedy w Warszawie, w 2008 roku to była wygrana czy porażka. Na pewno była to niezapomniana walka, wymiana ciosów. Chwile zwątpienia i wzruszenia. Walka, której już nigdy nie doświadczę, ponieważ dziś jestem biegaczem na zupełnie innym poziomie. Ale o tym wszystkim przeczytacie już w kolejnej części wpisu.

Druga część wpisu - Mój Pierwszy Maraton

 

More from Bartosz Olszewski

Maraton. Dlaczego znowu mi się nie udało?

Maraton to bardzo trudny dystans. To ponad 42 kilometry biegu, przeważnie na...
Read More