Ultravasan 90 – z nieba do piekła część 1

Ultravasan 90

Chyba do żadnej relacji nie zbierałem się tyle czasu. Szczerze Wam powiem, że po Ultravasan 90 psychicznie i fizycznie byłem tak zmęczony, że zwyczajnie mi się nie chciało, nie miałem siły i ochoty. Poza tym wiedziałem, że jak zacznę opisywać ten bieg, to końca nie będzie. Postaram się to streścić tak, żeby relacja na tym nie ucierpiała, ale z drugiej strony, żeby nie powstała telenowela.

Zacznijmy od razu od sobotniego poranka. No właśnie, poranka? Ciężko to tak nazwać. Kiedy o 1:40 w nocy dzwonił mój budzik a ja wstawałem z zaklejonymi oczami, za oknem trwały jeszcze imprezy a ludzie wracali właśnie do domu. Nie padało, to był dobry znak. Szybko wziąłem prysznic i poszedłem na śniadanie. Było pusto, byłem pierwszy. Zaraz za mną zjawił się Giorgio Calcaterra. Nasza śniadanie bardzo się nie różniły. Ja kanapki z miodem i kawa. Giorgio kanapki z dżemem, kawa, herbata. Szybko zjadłem, skończyłem się pakować i już wspólnie ze wszystkimi zawodnikami zebraliśmy się na zewnątrz czekając na transport.

Do startu mieliśmy ok. 90 kilometrów. 75 minut jazdy. Wygodnym busem. Ruszyliśmy punktualnie przed 3 w nocy. Jadąc na start zamykały mi się oczy. Tak naprawdę wszyscy ziewali. Wiedziałem, że już za chwilę czeka mnie jeden z ważniejszych biegów w moim życiu. Starałem się skoncentrować, zrelaksować. Cały czas była dobra pogoda, to bardzo mnie cieszyło. Jeszcze sprawdziłem ostatni raz w telefonie. Lekkie opady na początku i dosłownie przelotne w drugiej części biegu. Niesamowite, to cud, bo przez cały tydzień prognozy zapowiadały 100% opady, i to dość mocne. Pozostaje tylko pobiec.

Na miejsce docieramy o 4:00. Start robi olbrzymie wrażenie. Jest przygotowany na 70 tys. narciarzy. Gigantyczne pole, dziesiątki hektarów. Szybko biegnę do łazienki, przypinam numer, przebieram się. Lecę na rozgrzewkę. Jest naprawdę dobrze, tempo 4:00 nie jest dla mnie żadnym problemem. Można powiedzieć, że to lekkie rozbieganie. Organizm się obudził. Po dwóch kilometrach i 3 przebieżkach łapie worek z ciuchami, wrzucam do dużego kontenera z którego później wszystko zostanie przewiezione na start. Trzeba przyznać, że wszystko jest super zorganizowane. Do startu pozostało jeszcze kilka minut, wchodzę w pierwszą strefę startową i czekam.

Z głośników leci bardzo motywująca muzyka, jakbyśmy ruszali na bitwę. Z obu stron zostaje puszczony dym, z przodu wchodzą osoby niosące przed sobą sztandary. Wszystko to jest związane z historią biegu, który odbywa się na upamiętnienie ucieczki króla Gustawa Wazy przed żołnierzami króla Szwecji, Chrystiana II. Stojąc na starcie czuć tę historię, ciarki przechodzą po plecach i mamy gęsią skórkę. W końcu odliczanie, 3, 2, 1 BUM!

Ruszamy, pogoda idealna do biegania. Biegniemy naprawdę szybko, trzymam się pierwszej grupy ale po kilkuset metrach tworzy się między nami przerwa. Mam wysoki puls, trasa prowadzi mocno pod górę. Zdecydowanie biegniemy za szybko. Staram się utrzymywać swoje tempo, ale nie chce tracić kontaktu wzrokowego. Co ciekawe odwracam się za siebie a tam Giorgio. Dla niego też jest za szybko. Jestem przekonany, że pierwsza grupa zapłaci później za taką szarżę. Biegnę swoje, niczym się nie przejmuję. Wyprzedza mnie Calcaterra i dołącza do grupy liderów. Nie zwracam na to uwagi, wiem, że biegniemy szybko, przed nami 90 km. Ściganie zacznie się za jakieś 3 godziny. Z perspektywy czasu wiem, że ten odcinek i tak biegłem za szybko.

Po 7 kilometrach przestałem tracić dystans do czołówki. Wszystko się wyrównało i nasze tempo było podobne. Jednak byłem gdzieś na 10 miejscu. Powiem szczerze, nie tego się spodziewałem. Na trasie zaczęło robić się naprawdę mgliście. Widoczność ograniczona była do 50-100 metrów. Przestałem widzieć kogokolwiek. Na szczęście trasa była znakomicie oznaczona. Na 90 kilometrach trailu nawet przez sekundę nie miałem poczucia, że pomyliłem ścieżkę. Niesamowite, genialna robota organizatorów! Powoli kończyły się żwirowe drogi, kamieniste podłoże, jeziora i rzeki. Wbiegliśmy w las. Zaczął się odcinek, którego bałem się najbardziej. Techniczny trail, przed którym wszyscy mnie ostrzegali, mając na uwadze, że jestem zawodnikiem z szosy.

Jednak osobiście nie bałem się tego odcinka. Zawsze byłem bardzo sprawny i rzeczywiście jak tylko wbiegliśmy na bardzo wąskie, kamieniste ścieżki z licznymi drewnianymi kładkami, pionowymi, krótkimi zbiegami i podbiegami, zacząłem czuć się jak ryba w wodzie. Momentalnie odskoczyłem od Calcaterry i zacząłem gonić czołówkę. Biegałem naprawdę szybko, kilka razy nie wyrabiając się w zakręcie, kilka razy wypadając z drogi. Było tak wąsko, że naprawdę przez kilka kilometrów wyprzedzenie kogokolwiek było absolutnie niemożliwe. Chyba, że ten ktoś Cię puści. Na drewnianych kładkach było bardzo ślisko. Zaczął kropić deszcz. Dwa albo trzy razy straciłem równowagę i wpadłem do wody, jednak nic złego się nie działo.

Dogoniłem dwóch zawodników i prawdę mówiąc, odpoczywałem na ich plecach. Niestety w pewnym momencie zaczął mocno boleć mnie żołądek. Było pewne, że muszę się zatrzymać. Nie znoszę tego, niestety nie miałem wyjścia. To był początek biegu, jakiś 20 kilometr. Straciłem 40 sekund i ruszyłem dalej. Ponownie dogoniłem Szweda i Estończyka. Szwed wyraźnie został, puścił mnie przed siebie a ja dalej robiłem swoje. Byłem naprawdę bardzo spokojny. Pewny swego i przekonany o tym, że wszystko rozstrzygnie się po 60 kilometrze. A to jeszcze tyle drogi!

Pierwszy kilometr

Na każdym punkcie piłem wodę. Spokojnie jadłem żele. Kiedy skończył się odcinek techniczny, ponownie wbiegliśmy na kamieniste i żwirowe drogi. Bez przerwy coś się działo. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się takiej trasy. Naprawdę absolutnie nie było tam płaskich odcinków. Cały czas podbieg, zbieg, podbieg, zbieg. Na profilu widać fajne, długie zbiegi. Ale to akurat odcinki techniczne, kiedy zbiega się między drzewami, po kamieniach, drewnianych kładkach. Nie o takich zbiegach myślałem przed biegiem…

No i zaczyna padać. Lekko, spokojnie. Nie przejmuję się, może to i lepiej. Trochę ochłody. Patrzę na średnie tempo. No cóż, jest szybko, bardzo szybko. Po tym wszystkim, podbiegach, odcinku technicznym mam 3:57 min/km! A czołówka jest jakieś 3 minuty z przodu. Wiedziałem, że żeby być na podium muszę dać z siebie wszystko i pobiec na maksa. Lekko zwiększam tempo. Odskakuję od Estończyka i powoli zbliżam się do zwycięzcy biegu, Elova ze Szwecji. Biegnie pięknie technicznie i widać, że jest znakomicie przygotowany. Zna trasę jak własną kieszeń, ma suport na trasie co kilka kilometrów. Akurat jego pomocnik jest bardzo miły i mi również sporo pomaga. Ale o tym później.

Niestety ponownie demony związane z żołądkiem. Drugi postój, około 40 sekund. Do tego runąłem jak długi zbaczając ze ścieżki. Wracam strasznie podirytowany, ponownie za Estończykiem i ponownie prawie minutę za Elovem. Jeszcze raz mi się to przytrafiło, nawet nie pamiętam kiedy. Nie wiem skąd te problemy. Może za dużo zjadłem przed biegiem? Może to deszcz i wilgotność? Zawsze mam wtedy problemy z żołądkiem. A może chwilami skacząca mi po brzuchu saszetka z żelami? Nie mam pojęcia, nie chce teraz w to wnikać. Śmierdzący temat ;)

Wracam na trasę, czekam na 47 kilometr. Szybko zleciało, prawda? Czuję się dobrze, w końcu nic mnie nie boli, żołądek pracuje jak trzeba i przekonywali mnie, że ostatnie 43 kilometry są proste i szybkie, coś dla mnie. Rzeczywiście, w końcu asfalt. Redukuję bieg, 3:40, 3:35 min/km. Zbiegi, szybko, równo. Wchodzę w swój rytm. Dowiaduję się, jakie mam straty. Już wiem, że maleją z każdym kilometrem. Przed chwilą były 3 minuty, już 2:20, zaraz 1:55. Właśnie pomocnik Elova krzyczy mi co i jak, jednocześnie motywując do walki. A pamiętajcie, że doganiałem też jego zawodnika! Piękna postawa! Niestety w tym memencie zaczyna się dla mnie największy dramat tego biegu. Deszcz. Nie, nie deszcz. Ulewa, oberwanie chmury. Raptem zaczyna lać jak z cebra. Dogoniłem Elova i biegniemy razem. Ja cisną na podbiegach, on na zbiegach. Uzupełniamy się, Amerykanin jest już tylko 80 sek. przed nami. Trochę pominąłem w relacji, ale resztę zawodników minęliśmy jak pociąg. Tak jak mówiłem, zapłacili za tempo z początku. Byłem ja, Estończyk, Szwed i Amerykanin.

Cały czas lało. Chwilami nie było już jak omijać wody, wbiegaliśmy w kałuże, którymi biegaliśmy kilkadziesiąt metrów. Bardzo rozmiękają mi stopy. Trzymam się Szweda. Do mety 30 kilometrów. Tak naprawdę zaczyna się bieg. Jestem przekonany, że dogonimy Patricka Reagana. Widziałem też, że Elov biegnie znakomicie. Zakładałem, że z nim rozegram walkę o wygraną. Plan był prosty. Trzymać się dosłownie do ostatniego kilometra i wystrzelić na finiszu. Wiedziałem, że mam olbrzymi zapas szybkości. Po obozie w Szwajcarii byłem szybszy niż kiedykolwiek wcześniej. Ostatnie 600 metrów to równy asfalt. Układałem sobie to wszystko w głowie, kiedy raptem marzenia o podium przepadły w mgnieniu oka. Ale o tym oraz o najbardziej frustrujących kilometrach w moim życiu poczytacie jutro. Chociaż większość z Was i tak pewni już obejrzała nagrania Live na Facebooku :)

More from Bartosz Olszewski

Nastał czas na trening uzupełniający

Sezon startowy dobiega końca, a dla innych już się skończył. Mamy za sobą...
Read More