3 błędy w treningu, które muszę poprawić!

W gruncie rzeczy, to był dla mnie dobry sezon. Chociaż powiedzenie „jesteś tak dobry jak Twój ostatni start” jest naprawdę bardzo trafne, to osobiście nie czuje, żeby to były kiepskie miesiące. Jak wiele razy pisałem, najbardziej cieszy mnie osobisty rozwój i przesuwanie granic swoich możliwości. Jestem przekonany, że te granice zostały przesunięte. Biegałem lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. I kolejne miesiące zacznę już z wyższego pułapu. 

Żałuję, że nie udało się postawić kropki nad i. Ale taki jest sport, a bieganie długodystansowe jest okrutne. Najlepsze co można zrobić w takiej sytuacji to być zmotywowanym i upartym jak cholera. I dalej dążyć z pełnym przekonaniem do poprawy własnych wyników. I oczywiście starać się być jeszcze lepszym i mądrzejszym podczas całych przygotowań. Gdybym miał już kończyć z bieganiem, byłbym zły. A tak podekscytowany wyczekuję kolejnych miesięcy przygotowań.

Dlatego też dziś na warsztat biorę rzeczy, które mógłbym zrobić lepiej. Albo których zdecydowanie zabrakło w ostatnich przygotowaniach. Często bywa tak, że zwyczajnie doba jest za krótka i nie ma na to już czasu. Często jednak to lenistwo albo odpuszczanie tego, czego nie lubię. Jak zrobimy sobie rachunek sumienia to większości wyjdzie, że jednak większość rzeczy da się zrobić.

  1. Za wcześnie odpuściłem siłownię! Naprawdę trenowałem na niej bardzo solidnie i zrobiłem olbrzymie postępy. Jednak kiedy pojechaliśmy do Hiszpanii i z Kasią razem trenowaliśmy często dwa razy dziennie, przy tym zajmując się Niną i pracując, stwierdziłem, że nie ma już czasu. Trening szedł super, bo właśnie ta siłownia świetnie tam oddawała. Po powrocie było już tak blisko maratonu, że bałem się wskoczyć ponownie na ciężary (tutaj akurat słusznie w takiej sytuacji). Ale powinienem w tej Hiszpanii robić cokolwiek. Nawet jak nie było szans na większe ciężary, to dodać plyometrię etc. A tak można powiedzieć, że dosłownie schodziło ze mnie powietrze jak z balona i do startów docelowych nie dowiozłem prawie nic z tego co wypracowałem w zimę. No może zadziałałem prewencyjnie i ustrzegłem się przed urazami dzięki wzmocnieniu mięśni. Ale już na głównych imprezach nie było śladu po tym treningu.
  2. Wydaje mi się, że przedobrzyłem po maratonie. Przed Dębnem byłem w życiowej formie. Wiem, że łatwo się pisze. Ale wystarczy zerknąć na Stravę, serio wychodziło mi wszystko, nie kosztowało mnie to nie wiadomo ile sił, regenerowałem się super. Po maratonie postanowiłem zrobić podobny trening jak w 2017 roku, kiedy 4 tygodnie po maratonie w Lipsku biegłem Wingsa w Mediolanie. Pech chciał, że tydzień po złapałem rotawirusa a potem dość mocną infekcję. Starałem się jak najszybciej wyleczyć. W końcu jak już stanąłem na nogi pobiegłem mocne 40km. I nie byłoby w tym serio nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że z perspektywy czasu organizm był jeszcze mocno osłabiony i mocno dostał wtedy po dupie. W tym okresie powinienem wziąć na klatę to, że jestem chory. Popracować na jakiś przyspieszeniach, zabawie biegowej. Zrobić maks 20 km tempem startowym Wingsa. Nauczka na przyszłość…
  3. Brak mobilności. Tutaj nie mam nawet co się usprawiedliwiać. Zaniedbałem to, pospinany byłem mocno i na koniec sezonu przy takich długich biegach zwyczajnie posypały mi się mięśnie dwugłowe uda. Jednak w kolejnym sezonie będzie trzeba trochę tych wygibasów porobić. Joginem nie będę, ale stopy palcami warto dotknąć ;)

To tyle. Mam nadzieję, że ustrzegłem Was przed błędami które moglibyście popełnić w przyszłości. Chociaż łatwo się mówi, a przeważnie trzeba przerobić na sobie ;) No i żeby nie było tak źle, kolejny wpis będzie a pozytywach. A te też były. I było ich na pewno więcej niż negatywów!

More from Bartosz Olszewski
Czy zarabianie na bieganiu to coś złego?
No właśnie, czy rzeczywiście zarabianie na bieganiu to coś złego? Ciągle słyszę...
Read More