Wings for Life World Run Niagara Falls 2016 – relacja część 2

bieg z narastającą prędkością
Bartosz Olszewski of Poland competes during the Wings for Life World Run in Niagara Falls, Canada on May 8, 2016.

W pierwszej części wpisu mogliście przeczytać o ostatnich przygotowaniach do Wings for Life World Run Niagara Falls 2016. Od wylotu do momentu, kiedy starter rozpoczął bieg. Dziś zaczynamy bieg i pokonamy ponad 50 kilometrów (tak, będzie część trzecia).

Ruszyliśmy. Pierwsze kilometry prowadziły pod wiatr. Oczywiście jak to na takich biegach bywa, pierwsze 500 metrów biegniemy w grupie kilku biegaczy. Ci powoli odpadają i zostajemy w trójkę, dokładnie tak jak przypuszczałem. Biegnie mi się lekko, ale obawiam się, że za szybko. Zerkam na zegarek, 3:41 min/km. Szybko, ale jeszcze tragedii nie ma. Chowam się za prowadzącą dwójką, Ci nie zwalniają tempa. W dodatku coś sobie rozmawiają. Ja po cichu, w myślach, proszę, żeby zwolnili. To jest tempo na ponad 90 km, biegniemy pod wiatr! Bywają momenty, że zostaję na kilka metrów, ale momentalnie doskakuję na zbiegach.

Pierwsze kilometry biegu naprawdę robią wrażenie! Fot: Mitchell Hubble

Pierwsze kilometry to przepiękne krajobrazy. Wbiegamy do Niagara Falls i biegniemy wzdłuż samego nabrzeża podziwiając wodospady. Ochładza nas chmura skraplającej się wody z Niagary. Robimy nawrotkę i zawracamy w kierunku startu. Pierwszy punkt z wodą, piję dwa łyki. Obiecałem sobie, że żeby nie wiem co się działo, to będę pił co 5 km i jadł co 10 km. Pamiętam wyczerpanie energetyczne i odwodnienie sprzed roku, nie zamierzam tego powtarzać. Zbliżamy się do 8 kilometra. Nie dałem nawet jednaj zmiany. Patrzę na zegarek. Średnia 3:41 min/km, dobiegam do Kasi. Podaje mi żel Agisko, krzyczę jej tylko, że jest za szybko. Jednak nie chcę zostawać sam, jeszcze nie teraz. Jedyne co mnie trzyma w przekonaniu, że to nie jest szaleństwo, to mój puls. Ten jakby zupełnie spokojny, nie przekracza 154. Jem pierwszy żel, bez problemów. Popijam wodą. Tempo spada do 3:45 min/km. Wieje z różnych stron, ale znośnie. W końcu wychylam głowę i biegniemy w jednej linii.

Docieramy do 9 kilometra biegu.
Docieramy do 8 kilometra biegu.

Biegniemy wzdłuż rzeki Niagara. Widoki są przepiękne. Z lewej śliczna błękitna rzeka, z prawej olbrzymie wille i gigantyczne, idealnie przystrzyżone ogrody (jak widzicie przy tym tempie nawet trochę się rozglądam i podziwiam krajobrazy :) ). Trasa jest płaska. W końcu zaczynamy rozmawiać. Dowiaduję się, że Amerykanin reprezentuje USA w biegach górskich. Daleko mi do jego życiówek w maratonie. Od tej pory trochę przestaję skupiać się na Kanadyjczyku. Patrząc jak lekko biegnie i rozmawia Amerykanin, to on wydaje się głównym rywalem.

Około 15 kilometra ma miejsce śmieszna sytuacja. Zach Ornales wskakuje do kibelka na siku. Wyskakuje jakieś 200 metrów za nami i goni. W tym czasie Calum Neff prosi mnie, żebym go zasłonił. Robię o co prosi, nie wiedząc o co dokładnie chodzi. Biegnę przed nim i raptem słyszę, jak ten sika. Podczas biegu! Nic nie zwalniając! To się nazywa technika. Nie mam pojęcia jak on tego dokonał, nie odważyłem się spojrzeć :D Dogonił nas Amerykanin. Na 20 kilometrze zjadłem drugi żel, niestety wypadł mi kubek z wodą. Poratował mnie Neff. Wszyscy się posililiśmy i pobiegliśmy dalej.

Okolice wodospadów, 4 kilometr biegu. Fot: Mitchell Hubble
Okolice wodospadów, 4 kilometr biegu. Fot: Mitchell Hubble

W tym momencie biegło mi się dobrze, może nie rewelacyjnie, ale całkiem dobrze. Natomiast moim zdaniem coraz słabiej wyglądał Kanadyjczyk. O ile wcześniej był skory do rozmów z Ornalesem, to teraz już odpowiadał pojedynczymi słowami. Co chwila łapał głębszy oddech. Jednak cały czas biegliśmy razem. Tempo trzymał zawodnik z USA. Trafiliśmy na trochę większy podbieg. Skręciliśmy już w głąb lądu. Skończyły się piękne widoki. Teraz już został tylko asfalt i niekończące się przestrzenie. Pola golfowe. Farmy. Pojedyncze domy. Na zbiegu oddaliłem się na jakieś 15 metrów. Od początku widziałem, że zarówno Calum jak i Zach wolno zbiegają. Oni wręcz zwalniali. Ja minimalnie przyspieszałem, ale nie dopuszczałem do skoku pulsu i obciążania nóg. Jednak zaraz trafiłem na odcinek prowadzący pod wiatr. Tym razem dogonił mnie już tylko Ornales.

wfl_nf_2016_2_13
Pierwsze kilometry naprawdę ciężko było mi się utrzymać na plecach rywali.

Minęliśmy 30 kilometr. Calum tracił dystans. Powoli, ale z każdym kilometrem przewaga rosła. Natomiast Amerykanin strasznie się rozkręcał. Biegliśmy pod wiatr. A on dyktował tempo czasem nawet 3:39 min/km. W ogóle nie pamiętam kilometra wolniejszego od 3:46, a w tej chwili wiało prosto w twarz około 15 – 20 km/h. I ponownie chowałem się na plecach Amerykanina, sam nie byłem w stanie trzymać tego tempa. Były dwa momenty, kiedy Ornales odjechał mi na kilkanaście metrów. Za pierwszym razem doszedłem go na zbiegu. Za drugim na punkcie odżywiania. Nie chciałem biec sam pod ten wiatr.

W ogóle to był najgorszy fragment tego biegu. Bardzo się męczyłem. Chwilami miałem naprawdę ciężkie nogi i wydawało mi się, że zrobię maraton i opadnę z sił. Nie było lekkości, zaczynałem biec siłowo i walczyć o każdy kilometr. A to dopiero połowa. Cały czas piłem, jadłem, starałem się zrelaksować. W końcu skręciliśmy. Wiatr powiał w plecy. Dziwne było to, że Ornales cały czas biegł tak samo. Czy wiało w twarz, w plecy. Czy to było pod górę czy płasko. On nie zmieniał tempa. W tym momencie ja złapałem lekki wiatr w żagle. Bardzo lubię biegać z wiatrem. Ponowny zakręt. 40 kilometrów za nami. Zjadłem żel, popiłem i czekałem na maraton. Chciałem sprawdzić czas i zobaczyć jak mi idzie w porównaniu z zeszłym rokiem.

Pogoda była idealna nie tylko do biegania ale i do zdjęć :) Fot: Paul Swanson
Pogoda była idealna nie tylko do biegania ale i do zdjęć :) Fot: Paul Swanson

Minąłem 42 kilometr 195 metr. Czas to równe 2 godziny 37 minut. Dwie minuty lepiej niż przed rokiem. Był zbieg. Lekki, ale trasa prowadziła trochę w dół. Raptem zaczęła się robić luka między mną a Zacharym. Z każdym krokiem rosła. Nie mogłem uwierzyć, ale powoli gubiłem Amerykanina. Nie oglądałem się za siebie. Stwierdziłem, że już nie ma na co czekać, i jeżeli w tej chwili Ornales przeżywa ciężkie chwile, to pora zacząć samotny bieg. Przebiegłem tak 3 kilometry. Skręciłem w lewo. Obejrzałem się przez ramię. Ponad 150 metrów przewagi. Przewaga szybko rosła. Pozostało już skupić się tylko na swoim biegu. Zostałem ja, dwie osoby zabezpieczające na rowerach i samochód z kamerą. Dostałem info, że wskoczyłem do pierwszej dziesiątki na świecie. Rok temu w tym momencie dostałem skrzydeł. Biegło mi się jak w nirwanie, żeby od 55 kilometra cierpieć i odliczać kilometry do końca. Od tej chwili trzymałem tempo i modliłem się, żeby kryzys znowu mnie nie zaatakował. Ale w przeciwieństwie do poprzedniego roku jadłem co 10 km żel Agisko i piłem wodę na każdym punkcie odżywiania. Miałem nadzieję, że to uchroni mnie przed ścianą.

Bartosz Olszewski (POL)

Po 45 kilometrze towarzyszył mi już mobilny punk odżywczy. Dostawałem wodę, po czym kierowca wsiadał do samochodu, jechał na następy punkt i tam znowu czekał na mnie z wodą. Dobre rozwiązanie, a ja zawsze mogłem być pewny, że dostanę wodę wtedy, kiedy się tego spodziewam. Zjadłem już piąty żel. Przez cały bieg nie czułem głodu, nie miałem żadnych problemów energetycznych ani żołądkowych. A chyba tego bałem się najbardziej. Przestałem już myśleć o tempie, zacząłem biec trochę jak w transie. Każdy kolejny kilometr identycznie.

Niesamowite było zachowanie kanadyjskich kierowców. Widzą radiowóz policji każdy zjeżdżał na pobocze i się zatrzymywał. Mało tego, wychodzili z samochodów i dopingowali. Na całej trasie kompletnie nie było kibiców, Ci kierowcy robili bardzo przyjemną odmianę. Nad głowami mocno świeciło słońce. W myślach już widziałem „opaleniznę robotnika” :) Jednak temperatura poszybowała raptem do 15 stopni, to były dobre warunki do biegania.

Pierwsze kilometry naprawdę ciężko było mi się utrzymać na plecach rywali. Fot: Dale Tidy
Pierwsze kilometry naprawdę ciężko było mi się utrzymać na plecach rywali. Fot: Dale Tidy

Minąłem 55 kilometr. Dalej wszystko ok. Odetchnąłem. Rok temu tutaj zaczęły się kryzysy. W tym roku na razie jak po sznurku. Oczywiście wszystko już bolało. Chwilami „składały” mi się nogi. To efekt zmęczonych mięśni, kiedy stawy trochę uciekają do środa, stopy pronują jak oszalałe. Chwilami dokuczało biodro albo pachwina. Dwa razy mocniej poczułem kolano, z którym miałem bardzo poważne problemu na kilka dni przed zawodami. Na szczęście wszystko to było do przyjęcia i nie przeszkadzało mi w kontynuowaniu biegu w swoim docelowym tempie. Jednak mogę śmiało powiedzieć, że skończył się już komfortowy bieg, a zaczęła walka o każdy kilometr. Zarówno fizyczna jak i psychologiczna. Ale o tym etapie biegu przeczytacie dopiero jutro ;)

Trzecia część relacji z Wings for Life World Run Niagara Falls 2016

Fot: wingsforlifeworldrunnewsroom.com

 

More from Bartosz Olszewski

Apel do rodzin i partnerów maratończyków

Dziś wyjątkowo nie piszę do biegaczy. Piszę do żon, mężów, partnerów (konkubinat...
Read More
  • Pingback: Wings for Life World Run Niagara Falls 2016 - relacja część 1 - warszawskibiegacz.pl()

  • Niezły czas po 42 km!
    Jeszcze raz serdecznie Ci gratuluję.

    Wiesz już gdzie pobiegniesz w przyszłym roku?

  • haua_baua

    drugi raz idę robić śniadanie i drugi raz pojawia mi się post – nie mogę się doczekać, pikaweczka zaraz siądzie, ale bez omleta po bieganiu nie czytam!

  • emka

    o nie, dopiero jutro? ech…

  • Uysy

    Napięcie jak u Hitchcocka :)

  • Julia Aniella

    Dziś ze satysfakcją wychodzę z bloga i czekam na jutro! :)

  • Izabela

    wydawać by się mogło, że bieganie to monotonny sport, a twoje relacje trzymają w napięciu lepiej niż nie jeden thriller :D

  • Grzegorz Soborski

    Gratulacje, nie mogę doczekać się kolejnej części.

  • Co do sikania w biegu, widocznie to sztuka mistrzów – pamiętamy wyczyn Pauli Radcliffe. Wyglądała, jakby robiła to nie po raz pierwszy :)

    Miałem napisać po wczorajszym odcinku – masz mocną psychikę. Jeśli delikatne rozbieganie dzień przed biegiem idzie mułowato to można w siebie zwątpić. Ja tego ostatniego dnia biegnę 4km w tempie 20s wolniej niż BSy. W ten sposób nawet jeśli jestem zamulony to tego nie zauważę :)

  • Kasia

    Twoje relacje super się czyta :) w życiu bym nie powiedziała, że opis startu w zawodach biegowych może trzymać w napięciu. Gratulacje :)