Wings for Life World Run i co dalej… ?

wings for life

Chciałbym napisać “Wings for Life minął i kurz opadł”. Ale prawda jest taka, że ten kurz jeszcze bardzo wysoko się unosi. Po biegu chciałem mieć spokój, chwilę odpocząć. Pomyśleć co dalej. Prawda jest taka, że na tym biegu mógłbym ciągnąć bloga z pół roku, i nawet nikt by nie zauważył, że w między czasie leżę na kanapie i obżeram się lodami. Z drugiej strony jestem osobą, która bardzo szybko zapomina o tym co było. Serio, dla mnie wyścig w Mediolanie to czas przeszły. Pewnie jeszcze kilka razy o nim opowiem w TV i gazetach, ale powoli myślę, co dalej?

W tej chwili na pewno chcę odpocząć. Fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Serio, w końcówce biegu miałem myśli typu „to ostatni bieg w moim życiu”. Chwilowo kompletnie nie tęsknię za bieganiem. Nie czuję braku treningów. I chociaż fizycznie jest już całkiem dobrze, to nigdzie mi się nie spieszy. Pewnie w następnym tygodniu wrócę do biegania. Jednak do końca maja będą to niemal same rozbiegania. I raczej nie będą miały po 30 kilometrów. Za to zamierzam bardzo dużo uwagi poświęcić na zwiększenie mobilności w stawach i pracę nad siłą i dynamiką. Mam tutaj olbrzymie braki i muszę nad tym pracować. Mam nadzieję, że to przyniesie rezultaty i na jesieni będę jeszcze szybszy.

No właśnie, co na jesieni? Szczerze to nie mam pojęcia. Zobaczę jak będzie przebiegała regeneracja, jak mi się będzie biegało w czerwcu. Wstępnie chciałbym pobiec jeszcze jeden długi bieg (ultra) i jeden maraton. No i chętnie rozprawiłbym się z życiówką na dychę. W sumie to i w fajnym półmaratonie też bym wystartował. Jak widzicie, pomysłów mam dużo, tylko jak zwykle nie wiadomo, czy starczy mi na to wszystko czasu i sił. Jeżeli postanowię biec maraton, to późną jesienią. Październik albo listopad.

Bardzo dużo osób pyta się, skąd wiem, że już się zregenerowałem. Albo co robię, żeby się zregenerować. Prawda jest taka, że nie robią prawie nic. To najlepsza technika. Podstawą regeneracji jest leżenie i spanie. I jedzenie. Czyli to co lubię najbardziej. Do tego świetnie działa lodowata woda, u mnie w połączeniu z sauną. Wchodzę po pas do wody, siedzę jakieś 3 minuty i wychodzę do sauny. I tak trzy razy. I to wszystko. Czekam tydzień i zaczynam truchtać. Czy to znaczy, że się zregenerowałem? Absolutnie nie. Mogę trenować, ale mięśnie i kości dalej są mocno „uszkodzone”. Zaczynam od lekkiego biegania, wychodzę na rozbiegania. Będę starał się powoli wplatać lekką siłę, mobilność. Po dwóch tygodniach takiego biegania, jeżeli nic nie będzie mnie bolało, zaczynam wplatać konkretne, mocniejsze treningi. Monitoruję co się dzieje z nogami, czy nic nie boli, czy wszystko jest ok. Jeżeli jest dobrze, jadę dalej. Jeżeli nie, dalej czekam. I tyle. Nie ma magicznego sposobu, żeby powiedzieć sobie, jestem zregenerowany. Przed maratonem w Lipsku czułem się świetnie. A jak się okazało, nogi miałem mocno zajechane. Jeżeli nie jesteś pewien, czy wypocząłeś, to odpocznij jeszcze tydzień. Lepsze to niż narażanie się na kontuzje i kiepski jakościowo trening.

Druga sprawa, góry. Pytacie się, kiedy biegi górskie, czy planuję. Nie, nie planuję. Nie da się skupić na wszystkim. A może inaczej, nie mam czasu, żeby się skupiać i biegać wszystko. Wbrew pozorom, lubię robić dużo innych rzeczy poza bieganiem ;) Na razie skupiam się na maratonie i w miarę płaskim ultra, powiedzmy do 100 kilometrów. W ogóle w dłuższe biegi mnie nie cięgnie. Nie potrzebuję sobie udowadniać, że potrafię przebiec 200 kilometrów. Nie jestem problemem przebiec dużo kilometrów, problemem jest przebiec je szybko. Takie bieganie mnie interesuje. Jest naprawdę kilka bardzo mocno obsadzonych biegów ultra, z Comrades Marathon na samym szczycie. Dla mnie to jest absolutny król biegów ultra i na pewno kiedyś będę chciał tam wystartować.

Co do gór, uwielbiam je. Trenując w Sankt Moritz zajarałem się strasznie i na pewno wystartuję w biegach górskich. Ale na początku chcę zrobić co mam do zrobienia na biegach płaskich. Nie chce później żałować, że coś przegapiłem, że mogłem jeszcze coś pobiec, jeszcze przesunąć swoje granice. Możliwe, że po sezonie coś zaliczę, ale na pewno priorytet to biegi płaskie, albo dość płaskie. W Alpy się nie wybieram. Chyba, że na obóz treningowy. Chociaż tutaj marzy mi się USA. Ok, kończę, bo odpływam :)

A na blogu w najbliższym czasie zasypię Was relacjami z treningów. Trochę eksperymentowałem po półmaratonie. Nawet nie trochę ale bardzo. Sam nie wiedziałem czy to wyjdzie, czy nie. Ciężko było mi pisać podsumowania, bo ostatecznie mogę się o nich wypowiadać dopiero teraz. Co zagrało a co nie. Bez Wingsa większość pukałaby się w głowę i wypominała, że takie trening nie ma sensu, albo, że się zaraz przetrenuję. No jak widać wszystko poszło dobrze, więc teraz przynajmniej łatwo będę mógł się wybronić ;) Najbliższe podsumowania już w weekend (możliwe, że po dwa dziennie).

I na koniec jeszcze jedno. Mój brat ma dziś urodziny. Proszę tutaj o życzenia dla Pawła! Trzymajcie się!

More from Bartosz Olszewski

Kochany piesek…

Problem kochanych czworonogów atakujących nasze kostki jest chyba znany wszystkim biegaczom. Jako,...
Read More