Walencja Maraton 2022 – relacja

Pora na relację z Walencji. Wracam na ulice maratonu i postaram się zrelacjonować, jak mijały mi te 2 godziny, 26 minut i 4 sekundy wysiłku. Nie był to dla mnie łatwy maraton. Może niepotrzebnie w pewnym momencie moja sportowa złość wzięła górę nad spokojem i opanowaniem. Co by nie mówić, z perspektywy czasu, to jest przyzwoity wynik. Nie skaczę z radości. Na pewno mam duży niedosyt. Ale z drugiej strony wiem, że ten bieg może być świetną trampoliną do mocnej życiówki w wiosennym starcie. 

Do Walencji dotarłem w piątek. Lot miałem o 13 do Alicante. Tam pociąg do Walencji. I spacerek do hotelu. Wszystko sprawnie. Hotel fajny. Mieli kawę 24h i piwko bezalkoholowe z lodówki też 24h. Więc na bieg już miałem wszystko czego potrzebuję. Piwko dzień przed, a kawka do śniadania. Jak zwykle ze swoimi bułkami i miodem, bo to jem przed biegiem. Ale kupiłem na miejscu, nie wożę specjalnych bułek z Polski :D

W sobotę spałem długo. Chciałem się wyspać. Ogarnąłem się, zjadłem śniadanie i poszedłem na rozbieganie. Zrobiłem 7 km rozruchu po Ogrodach Turii. Na końcu dwie mocne przebieżki i kilka ćwiczeń. Później Expo. No i tutaj będzie jedna z trzech rzeczy na które będę narzekał opisując ten maraton. Bo ogólnie uważam, że to najlepszy bieg na życiówkę w Europie (obok Berlina). Ale chyba nie nadążają za przyrostem frekwencji.

Na Expo byłem w sobotę o 12. Kolejka była gigantyczna. Miała ok 500 metrów. Stało się tyle czasu, żeby wejść na olbrzymi plac gdzie w sekundę odbierało się pakiet. Później przejście przez Expo (festiwal skarpet i stoisko firmowe NB, sponsora imprezy). Ogólnie ja już znudzony jestem tymi Expo i przeleciałem tylko szybko. Niestety wcześniej dostałem tylko numer a teraz musiałem stać ponownie ok 200 metrów po koszulkę. Całość ok 2 godziny. Mając podobną powierzchnię w NY nie było żadnych kolejek a biegaczy niemal dwa razy tyle. Rozumiem, że kolejka była taka ze względy na małą powierzchnię samego EXPO. Ale to może dać numer i jak ktoś chce to niech stoi w kolejce pooglądać skarpety, a jak nie chce to może iść spokojnie do hotel… ?

Później szybki spacerek właśnie do hotelu. Miałem niespełna 2 km. Coś zjadłem i obejrzałe jakiś serial. Kolejna wizyta to pizza. W tym roku to był strzał w dziesiątkę. Filippa’s, mega dobra pizza! Spacerek do samego centrum żeby się ułożyło. I powrót autobusem. Ok 20 jeszcze jakaś przekąska, film i do spania. Zasypiałem dość długo, ale i tak spałem już ok 22:30 co jak na mnie jest dużym sukcesem.

Start biegu jest o 8:15. Wstałem o 5. Kawka, śniadanie (kajzerka z miodem i baton energetyczny), ogarnąłem strój i czekałem. Jeszcze spacer żeby nie siedzieć i nie myśleć o starcie. Z hotelu wyszedłem o 7:30. Potruchtałem na start. Było jeszcze ciemno. Dobiegłem, jeszcze się pokręciłem, zrobiłem przebieżki. Co śmieszne coś tak spięło mi się w zginaczu biodra, że nie mogłem przez dobre 3 minuty chodzić normalnie. Możecie sobie wyobrazić jaką miałem minę. Ale rozmasowałem mocno, potem lekko się powyginałem i było lepiej. Po przebieżkach zupełnie odpuściło. Wszedłem na start. Tłum ludzi a kibli brak. I to druga uwaga. Sorry, ale zawsze na biegach dla mnie to jest organizacyjna tragedia jak widzę setki osób sikających i srających po krzakach. No bo co oni mają zrobić? Kurde, w Warszawie jest kilka razy więcej tojków niż tam było. Przynajmniej w okolicy stref na sub 3h. Tym bardziej, że rok temu były wzdłuż całego wejścia do żółtej strefy. 

I kolejna katastrofa to sam start. Byłem w strefie na sub 2:38. I tam poziom testosteronu i ego sięga zenitu. Każdy musi stać w pierwszym rzędzie. A jest dość wąsko. Już 30 minut do biegu zajmują miejsca. Niestety nie ma opcji się przepchać. Trochę narzekam na razie, ale to w dalszym ciągu jest w mojej ocenie jeden z najlepszych maratonów na świecie i top3 w Europie. Zwyczajnie nie będę tylko słodził, bo to jest do poprawy. 

Zrobiłem jeszcze dwie przebieżki w strefie startowej, nawet dało się to zrobić bo było z boku trochę miejsca. Stanąłem na tyle blisko ile się dało. Jeszcze prezentacja elity, odliczanie i ruszyliśmy. No i tragedia. Spacer do startu. Jak ruszyłem to tempo 4:00 min/km i jeszcze się zatrzymaliśmy po 50 metrach. Przepychanki straszne. Po 500 metrach mam tempo jakieś 3:55 min/km. Zły jestem strasznie. W koło tysiące biegaczy. Wiem, że grupy odjeżdżają. A ja nic nie mogę zrobić. Zbiegam na bok, trochę szarpie. Biegnę gdzieś z boku, nadrabiam metry, ale wyprzedzam setki ludzi. I tak pierwszy km 20 sekund za wolno. Biorąc pod uwagę, że pokonałem start po 12 sekundach to „moja” grupa jest już jakieś 150 metrów przede mną. Drugi kilometr dalej cały gdzieś obrzeżami. Ale już wpada 3:23 min/km. Z tym, że jednak z perspektywy czasu powinienem w tym momencie chyba trochę się uspokoić. Zły byłem strasznie. Nie chciałem tak wcześnie pogrzebać szans na dobry wynik. Więc przesuwałem się do przodu. Kosztowało mnie to trochę sił i pewnie za to zapłaciłem później. W każdym razie biegłem już spokojnie, swoje. Było szeroko. Nie nadrabiałem, ale też nie miałem z kim biec. Zwyczajnie wyprzedzałem i wyprzedzałem. 

5 km złapałem w 17:10, 10 kilometrów w 34:10. Niby lekko za wolno. Ale to było i tak ok. Biegło mi się dość ciężko, na pewno było to spowodowane tym, że nie mogłem usiąść na placach i zwyczajnie odsapnąć. Dopiero na 11 kilometrze biegła grupa ok 3:25 min/km. Złapałem ich, zaczepiłem się i naprawdę odetchnąłem. Spotkałem jeszcze Olę Brzezińską z Błażejem. Życzyliśmy sobie powodzenie. Jak się później okazało, to nie było nasze ostatnie spotkanie na trasie.

Na 10 kilometrze zjadłem żel. Jadłem żele Trec, smak orange. Piłem wodę na każdym punkcie, co ok. 5 kilometrów. Dużo się też polewałem, bo o dziwo było mi gorąco. Nie wiem, może na starość jakiś wrażliwy się robię. Na trasie było z każdym kilometrem więcej kibiców. W ogóle na maksa dopisali tego dnia. Byłem pod wrażeniem. I tak minąłem feralny moment, gdzie rok temu musiałem się zatrzymać. Dobiegłem do połowy i na zegarze 1:12:02. Pięknie, tak jak chciałem. Zjadłem drugi żel. Żołądek pracowałem idealnie. I tak sobie pobiegliśmy dalej. 

Niestety ok 23 kilometra zacząłem odczuwać trudy biegu. No i zły byłem strasznie. Z perspektywy czasu, powinienem zachować zimną krew. Przeczekać. Zaryzykować i najwyżej umrzeć na 30 kilometrze. No cóż, ale jednak zwolniłem. Zacząłem coś tam przeliczać. W ogóle strasznie źle mi się biegło. Myślę, że mentalnie też w tej chwili mocno dałem ciała. Jak to czytacie to też uwierzcie, że to nie jest tak, że odpuściłem etc. Zwyczajnie bieg na tym poziomie na życiówkę to jest jazda bez trzymanki od początku do końca. Mało kto zdaje sobie sprawę jak jestem wyczerpany mentalnie po takim biegu. Jak długo muszę się nastawiać, żeby mimo tego bólu i cierpienia lecieć dalej. Ale chwilami było tego chyba za dużo. Sekundy uciekały. A ja biegłem 3:30 – 3:33 min/km. Za wolno…

Nienawidzę tego stanu. Biec po życiówkę i umierać fizycznie to jedno. Ale biec z myślą, że życiówka ucieka, a dalej walczyć z tym bólem to jest najgorsze uczucie na zawodach jakiego doświadcza biegacz. Naprawdę chciałoby się zejść i iść poleżeć. W każdym razie po tym jak polewałem się wodą robiło się lepiej i często łapałem biegaczy biegnących ok 3:30 min/km. Taki też miałem średni czas od 21 do 30 kilometra. Potem dość słabe kilometry. Aż do 33 (chyba).

Słyszę za plecami grupkę i kogoś kto mega mocno pracuje. Odwracam się, a to Ola. Kurde, ale ona walczyła! Naprawdę z tego miejsca wielki szacun! Biegliśmy chwilę razem. Wiedziałem, że ja fizycznie na pewno jestem w dużo lepszej formie niż Ola. I serio sobie pomyślałem, kurde, aż mi głupio, że nie daje z siebie w tej chwili absolutnie 100%. Lekko przyspieszyłem i starałem się trzymać tempo poniżej 3:30 min/km. Wpadało 3:27-3:28 przeważnie. Tłumy kibiców. Minąłem 40 kilometr. Chciałem przyspieszyć. Ale nie miałem z czego. Trzymałem tempo. Już widać znak 800 do mety. 400 do mety. Zbieg po niebieskim dywanie. Ostatnia prosta. W ogóle miałem super bo biegłem z nową rekordzistką Hiszpanii. Więc cały olbrzymi doping który dostawała spływał też trochę po mnie :D No i wpadam. 2:26:04 netto.

Nie powiem. Zły byłem na początku strasznie. Nogi mi się trzęsły. Kondycyjnie mnie ten bieg nie ruszył. Wydolnościowo spoko, ale mięśniowo byłem sponiewierany totalnie. Trzęsąc się jak galareta pospacerowałem sobie trochę z Mateuszem Baranem, który zrobił życiówkę, 2:28. Potem jeszcze spacer do hotelu. Ogarnąłem się, spakowałem i ruszyłem w miasto na tapasy i piwo. 

Humor mega mi się poprawił jak zadzwoniła do mnie Kasia z Niną (połączenie wideo). I zobaczyłem zdziwioną minę Niny pytającą „Tata, a czemu Ty nie biegasz” :D Ciężko było wytłumaczyć, że bieg już się skończył. W każdym razie przetrawiłem szybko ten bieg. Nie zrobiłem życiówki, a taki miałem cel. Z tej perspektywy nie był do udany bieg. Z drugiej strony 49 sekund na maratonie to nie jest przepaść. Mimo wszystko nie umarłem, do końca utrzymałem przyzwoite tempo i zaliczyłem 3 czas w życiu, najlepszy od 7 lat. To cieszy i wiem, że mogę to zdecydowanie poprawić. Może gdyby wszystko się złożyło to ta życiówka by padła. Z drugiej strony czy to ważne, jeżeli i tak nie utrzymałaby się dłużej jak kilka miesięcy ;) To takie 3- za ten bieg. Zdałem, mogę biegać dalej. Ale trzeba się poprawić.

Następnego dnia po biegu byłem wrakiem człowieka. Czułem się jakbym miał totalnego kaca. Ostatnio czułem się tak po pępkowym :D Jeść mi się nie chciało. A to już bardzo źle. Głowa bolała. Mdliło. Tragedia. A może to jednak kac, bo przecież tapas nie popija się wodą ;) Czworogłowe też zdezelowane. Wrak człowieka. Na szczęście jest wtorek, a ja trochę odżyłem. Chce mi się już jeść ;)

Na koniec dziękuję Wam wszystkim za doping i wsparcie każdego dnia. Jedziemy dalej. Kolejny przystanek docelowy? Rotterdam? Londyn? Jeszcze zobaczymy. Ale to będzie mocne bieganie! 

More from Bartosz Olszewski

Bill Rodgers „Marathon Man” – recenzja

W sumie to całą recenzję mógł bym zamknąć w jednym zdaniu. Najlepsze...
Read More