Tydzień 0 – 168 godzin zakwasów

podsumowanie tygodnia

Właśnie zacząłem czytać książkę „Jak bardzo tego chcesz” wydawnictwa Inne Spacery. Książka wyjaśnia, że za nasz końcowy sukces w zawodach nie odpowiadają tylko czynniki czysto fizyczne, ale w dużej mierze uwarunkowania psychiczne. Wygrywają Ci, którzy bardziej tego chcą, są w stanie bardziej cierpieć i bardziej się poświęcić. Jeżeli tak, to po pierwszym tygodniu moich treningów mam już „głowę ze stali”, przygotowaną na cały sezon.

Po długiej przerwie i niemalże samych rozbieganiach zrobiłem sobie tydzień wolnego. Chyba to był zwyczajnie objaw lenistwa, ale potrzebowałem odpocząć. Po tych wolnych dniach, jak to mam zwyczaju, powiedziałem sobie, że biorę się do roboty. I się wziąłem.

20 km po 4:10 i niedotrenowanie... :) Kocham swojego Polara, potrafi zmotywować :D
20 km po 4:10 i niedotrenowanie… :) Kocham swojego Polara, potrafi zmotywować :D

W poniedziałek przebiegłem 20 km w tempie 4:10 min/km. Sam byłem w szoku, tak szybko nie biegłem przed przerwą. Z drugiej strony byłem w pełni wypoczęty a glikogen wylewał mi się uszami. Kończąc ten bieg miałem trochę waciane nogi, ale zlekceważyłem to. W końcu ruszyłem z przygotowaniami! Wieczorem jeszcze mnie podkusiło na 8 km w koło bloku. Wolne, regeneracyjnie rozbieganie.

Po tym wszystkim zasłużyłem na dobrą kolację. Risotto, jedno z moich ulubionych dań.
Po tym wszystkim zasłużyłem na dobrą kolację. Risotto, jedno z moich ulubionych dań.

Wstałem we wtorek rano i już wiedziałem, że moje nogi cierpią. Miałem zakwasy na całych nogach, ledwo chodziłem i nie wyobrażałem sobie, jak mogę kontynuować trening. Jednak zmusiłem się, żeby iść do lasu i zacząć truchtać. Wczoraj 4:10 min/km, dziś zaczynam w 5:00 min/km. Ale po trzech kilometrach krew zaczyna mocniej krążyć w nogach i jakoś idzie. Truchtałem sobie po tym lesie przez 90 minut, robiąc niemal 20 km. Stwierdziłem, że może jednak nie będzie tak źle?

W środę zaplanowałem drugi zakres lekko narastającą prędkością. 5 km po 4:00, później po 3:50 i kończąc po 3:40 min/km. Zrobiłem 10 km i kończąc po 3:50 min/km ledwo łapałem oddech. Poszedłem się roztruchtać i kończyłem po 5:20 min/km. Za chwilę miałem trening z FMW Runners. Bałem się, że nie nadążę na rozgrzewce ;) Dodałem też trochę skipów , rozciągania, ćwiczeń ogólnorozwojowych. Może nie biegałem za szybko, ale na razie przynajmniej się nie poddawałem.

Koczę trening po 18.5 km, to znaczy, że jestem kompletnie zajechany ;)
Koczę trening po 18.5 km, to znaczy, że jestem kompletnie zajechany ;)

Czwartek to dwa rozbiegania. 14 km rano i 10 km po południu. Plus dorzuciłem trening funkcjonalny. Pompki, brzuch, nogi (przysiad, wypady) i trochę stabilizacji. Co prawda byłem bardzo zmęczony ale odwaliłem kawał dobrej roboty. Byłem zadowolony. Jednak już w piątek z każdą minutą stawałem się chodzącym zakwasem. Bolało mnie wszystko. Najchętniej położyłbym się spać i to przeczekał.

Koniec, podnieście mnie...
Koniec, podnieście mnie…

Piątek to już tylko 12 km rozbiegania. Musiałem odpocząć na weekend.

Sobota to 31 km po lesie. Średnia 4:19 min/km, ale większość biegałem poniżej 4:15. Ostatnie 5 km to schłodzenie do domu po 5:00 min/km. Całkiem dobrze, ale byłem kompletnie zajechany. Nie byłem w stanie przyspieszyć i biec szybciej niż 4:00 min/km. Kompletnie betonowe nogi, wysoki puls. Nie wiem czy nie zjadłem za dużego śniadania, bo objadłem się, jakbym od tygodnia nie jadł. I do tego poranny spacer po Ikea.

Dobrze, że nie biegałem tego sam, bo skończyłbym po 15 km...
Dobrze, że nie biegałem tego sam, bo skończyłbym po 15 km…
A to tylko część śniadania. Nie było opcji, żeby po tym lekko mi się biegało ;)
A to tylko część śniadania. Nie było opcji, żeby po tym lekko mi się biegało ;)

Niedziela to bieg regeneracyjny. Dość długi, bo 20 km (trudno mówić tu o regeneracji, więc nazwijmy to zwyczajnie rozbieganiem) ale powolny. Wszystko po 4:30 – 4:40 min/km. Dopiero na końcu depnąłem, żeby zobaczyć, czy mam trochę siły pod nogą. W końcu było trochę luzu, 3:30 min/km, dość lekko i w ten oto sposób zakończyłem ten wspaniały tydzień. Zrobiłem jeszcze 5 serii ćwiczeń (przysiady, wypadu, skip A i B oraz pompki). Wróciłem do domu, wskoczyłem do wanny wypełnionej lodowatą wodę i cieszyłem się, że mam to już za sobą. Nawet już mniej bolało. Nie wiem czy to zakwasy mijają czy zwyczajnie już nie odczuwałem bólu.

Tydzień kończyłem ponownie siłą
Tydzień kończyłem ponownie siłą

Cieszę się, bo wykonałem plan. Przebiegłem około 150 km, teraz odpocznę jeden dzień, postaram się jak najlepiej zregenerować i na wtorek planuję jakiś bieg tempowy. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Ale jestem dobrej myśli. Oby kontuzje trzymały się z daleka i powoli wracam do szybkiego biegania!

A na sam koniec tygodnia nagroda za ten cały wysiłek. Delektowałem się tak wolno jak tylko potrafiłem. Jakieś 30 sekund :D
A na sam koniec tygodnia nagroda za ten cały wysiłek. Delektowałem się tak wolno jak tylko potrafiłem. Jakieś 30 sekund :D

PS – wiem, że to DOMS (delayed onset muscle soreness) a nie zakwasy ;)

More from Bartosz Olszewski

Półmaraton Wiązowski – najwyższy czas zaatakować jakąś życiówkę

W niedzielę zaczynam na dobre sezon startowy. Na początku miał to być...
Read More