Triatlon Przechlewo – na pewno będę chciał to powtórzyć!

Pierwszą część relacji zakończyliśmy w chwili rozpoczęcia zawodów. Stałem z Kasią w strefie zmian, ale jak już zbliżał się czas, kiedy Michał powinien pojawiać się na podbiegu, postanowiłem mu pokibicować. Oczywiście byłem zestresowany i nie ogarnąłem, że facet któremu kibicuję to nie Michał :D Wbiegłem z nim pod górę i krzyczałem do Kasi, że Michał już jest i mogą się zmieniać. Kasia wiedziała, że to nie Michał. Ogólnie jak w jakiejś komedii sytuacyjnej.

Trochę się zdenerwowaliśmy, ale zaraz przybiegł Michał. Miał super czas a po jego twarzy było widać, że nie oszczędzał się na podbiegu. Wyglądał jak ryba wyciągnięta z wody łapiąca oddech. Jak później mówił „szedłem tylko 15 sekund, żeby nie zwymiotować, a później dalej biegłem” :)

przechlewo_20

Kasia złapała rower, odpięła chip z nogi Michała i przypięła do swojej. Stała już z przypiętym numerem startowym. Wybiegła ze strefy, popędziła za linię oznaczającą strefę zmian, wpięła się w pedały i popędziła do przodu. Nawet nie wiecie jak w tym momencie odetchnąłem. Wiedziałem, że jak ciężko będzie jej ruszyć pod górę, to jeszcze bardziej się zestresuje i trudno będzie jej potem jechać. Na szczęście pierwsze wpięcie się udało i jak sama relacjonowała, nie było później z tym problemów na trasie.

przechlewo_17

Kiedy Kasia ruszyła na pierwszą pętlę liczącą niespełna 22 km, ja poszedłem się przebrać. Założyłem swoje adiosy, strój startowy i poszedłem w okolice nawrotki, wyczekując Kasi. Staliśmy w grupie i czekaliśmy z niecierpliwością na Kasię. Nadjechała, szybko nawróciła i popędziła na drugą pętlę. Ja popędziłem się rozgrzewać. Przebiegłem trzy kilometry po trasie, którą zaraz miałem ruszyć na zawody. Nie był to łatwy profil trasy. Dwa bardzo długie i sztywne podbiegi. Dwie nawrotki. Na początku mocny zbieg i jeszcze dwa razy pokonywaliśmy mini rondo ułożone z betonowych płyt.

Tak wygląda strefa zmian
Tak wygląda strefa zmian

Nie wiedząc kiedy dokładnie Kasia skończy swój etap, poszedłem już wcześniej do strefy zmian i czekałem z niecierpliwością. Starałem się jakoś dogrzać. Z tych nerwów w sumie było mi bardzo ciepło, ale wiedziałem, że pierwszy kilometr ze stromym zbiegiem i podbiegiem zrobią mi z mięśni galaretę, jak nie będą odpowiednio rozgrzane. Usłyszałem, że Kasia już jedzie. Zeskoczyła z roweru i pędziła do strefy zmian. Trochę niepotrzebnie chciałem jej pomóc z zawieszeniem roweru (nie można było tego robić, ja zapomniałem, sędzia nakrzyczał :) ), odpiąłem chip, zapiałem na kostkę. Złapałem pasek z numerem startowym, powoli wybiegałem, zapiąłem go w biegu. Przebiegłem przez matę i ruszyłem na trasę biegu.

Ruszam na trasę
Ruszam na trasę

Na początek zbieg, hamowałem się, ale emocje bardzo mnie napędzały. Później długi podbieg po kostce Bauma. Szło super, wbiegłem na górę i ruszyłem równą asfaltową drogą. Było lekko z wiatrem i bardzo lekko z górki. Tempo na 33 minuty, po 3:18 min/km. Z kalkulacji nie mogłem tego utrzymać, ale biegło mi się całkiem ok, trzymałem tempo. Dobiegłem do nawrotki, zawróciłem i gnałem w drugą stronę. Teraz lekko pod wiatr i pod górkę. Cały czas prosto. Co chwila były rozstawione punkty z wodą, ale padał deszcz, więc w ogóle nie chciało mi się pić. Tylko się oblałem. Tempo spadło, nawet dość mocno. To był ciężki fragment. Biegłem na granicy 34 minut na 10 km. Dobiegłem w końcu do zbiegu. Pędziłem jak szalony. Później musiałem pokonać wąskie rondo, ledwo się wyrabiałem w zakręcie machając rękoma na lewo i prawo. Tak minęła mi pierwsza pętla trasy biegowej. Byłem już bardzo zmasakrowany a do zrobienia jeszcze 5 km.

Zaczęło się od podbiegu. Już serio cierpiałem. Wbiegłem na górę, złapałem kilka głębokich oddechów i mówiłem sobie, „byle do nawrotu, byle do nawrotu”. W tym momencie muszę napisać o setkach osób które mi kibicowały. Na trasie cały czas się mijaliśmy widząc się twarzą w twarz. Ludzie zagrzewali mnie do walki, przybijali piątki (chcieli przybić bo ja nie byłem w stanie, ale serio, doceniam gest :) ). Wyprzedzałem też dziesiątki biegaczy, którzy tylko krzyczeli za mną „dajesz Bartek”, „ciśnij Warszawski”. Myślałem, że w środowisku triatlonu nie będę tak rozpoznawalny. Okazało się, że tylko w Warszawie miałem porównywalny doping. Niesamowite uczucie. I chyba to trzymało mnie cały czas w założonym tempie.

Dobiegłem do nawrotu, jeszcze kawałek i już 8 kilometrów miałem za sobą. Już dawno zapomniałem o technice biegu. Robiłem to tak siłowo, jakbym miał na plecach worek ziemniaków. Trochę pospinany, ale jeszcze przyspieszałem. Za bardzo się usztywniłem i zaczęły mnie łapać jakieś kolki w plecach. Błagałem tylko, żeby już był zbieg. W końcu dobiegłem. Złapałem głęboki oddech i popędziłem w dół. Jeszcze to cholerne rado, odbiłem na trasę prowadzącą do mety i wypatrzyłem Kasię i Michała. Widziałem, że już nie ma kogo ścigać, za mną nie ma nikogo, więc spokojnie chcieliśmy razem przekroczyć linię mety (bardzo fajny zapis w regulaminie, który na to pozwala). Ja zwolniłem, a Kasia z Michałem myśleli, że będę dalej gnał i ledwo ich dogoniłem :) W końcu złapaliśmy się za ręce i przekroczyliśmy w wspólnie metę.

Dzięki za doping!!!
Dzięki za doping!!!

Jak to często mam w zwyczaju położyłem się na ziemi, chciałem szybciej dojść do siebie, a serio, nie pamiętam kiedy ostatnio jakiś bieg tak mnie sponiewierał. Później były już tylko uściski i gratulacje. Skończyliśmy sztafetę i przede wszystkim znakomicie się bawiliśmy! To był super weekend. Osobiście udało mi się utrzymać średnią jaką sobie założyłem i skończyłem 10.55 km w czasie 35:31. Gdyby kogoś interesowało, byliśmy 7 sztafetą mieszaną i 20 open.

Po zawodach była biesiada jak na dobrej imprezie. W ogóle zauważyłem, ze tym się różni trochę triatlon od biegania. Z drugiej strony, różne osoby mówią mi, że Przechlewo ma swój niepowtarzalny klimat i może to urok tylko tej imprezy. W każdym razie była pizza, hot-dogi, hamburgery, ciasta, owoce, soki, woda, piwo (nawet do wyboru rodzaj). Niby wszystkiego po jednej sztuce, ale w realu można było chyba jeść ile dusza zapragnie. Do tego stoliki, namioty, ogólnie jedna wielka impreza. Muza gra, wszyscy się dobrze bawią, omawiają start, wymieniają doświadczenia.

Biesiada w drodze do domu i wspólne omawianie zawodów.
Biesiada w drodze do domu i wspólne omawianie zawodów.

Tak skończyła się nasza przygoda w Przechlewie. Na pewno był to jeden z najfajniejszych startów w jakich brałem udział. Super atmosfera. Niezwykłe emocje towarzyszące startowi w sztafecie. Nowe doświadczenia. Jeżeli nie mieliście okazji to polecam, na pewno się nie zawiedziecie. Co prawda triatlon to dość droga zabawa i wpisowe za sztafetę kosztuje 500 zł. Ale biorąc pod uwagę pakiet startowy, atmosferę i atrakcje jakie zapewnia organizator, są to moim zdaniem uczciwe pieniądze. Już nie wspominając o emocjach, które macie w pakiecie, a które są bezcenne!

Dziękujemy SBR The IronMan Team oraz restauracji Sphinx za to, że dały nam szanse przeżyć tę przygodę i tak dobrze się bawić. No i dostałem steka, a ja lubię steki! :)

More from Bartosz Olszewski

Badania wydolnościowe – jak, po co, dla kogo?

Pewnie większość z Was słyszała o czymś takim jak badania wydolnościowe. Przeważnie...
Read More
  • Krzysztof M.

    Pakiet startowy był drogi, bo go późno kupiliście. W pierwszym terminie sztafeta kosztowała chyba 199 zł.

    • WarszawskiBiegacz

      Rzeczywiście, to już naprawdę uczciwa cena!

  • Fajna opcja z tą sztafetą – dla mnie chyba jedyna, żeby wziąć udział w triatlonie bo jestem z tych co po przepłynięciu dwóch długości basenu wzbudzają niepokój ratownika ;) Alternatywą jest nauka pływania, ale w przeciwieństwie do biegania tego nie da się chyba opanować samemu.

    BTW. Przy stole z Waszego zespołu widzę tylko trójkę, a Kryśka to co? ;)

    • WarszawskiBiegacz

      Kasia gdzieś Krysię schowała ;)

      Masz rację, pływanie tylko pod czujnym okiem trenera, samemu się nie nauczysz dobrze pływać, bo jest to zbyt techniczny sport.

  • Pingback: 3 rzeczy których biegacze mogliby się nauczyć od triatlonistów - warszawskibiegacz.pl()