Gdzie tkwi tajemnica mojego wyniku z Wings For Life?

Fot: Dale Tidy

Może wydawać się to śmieszne, ale dalej nurtuje mnie pytanie, jak to się stało, że w Kanadzie byłem w stanie przebiec ponad 80 km? Nic na to nie wskazywało. Zarówno ja, jak i osoby najlepiej znające mój trening i moją aktualną formę, stawiały na maks 75 km. Warto wyciągać wnioski z udanych startów i stosować się do nich w przyszłości. Na pewno moje wnioski mogę się również przydać w Waszych startach zarówno na dystansie maratonu jak i w biegach ultra. A więc jak to się mogło stać:

  1. Bardzo specyficzny trening. Praktycznie zero interwałów. Zero podbiegów. Zero przebieżek. Pierwszy kilkutygodniowy okres to było bieganie oparte nad pracę tlenową. Bardzo dużo kilometrów na deficycie kalorycznym. Sporo biegów porannych na czczo. Tym sposobem doszedłem do okresu kiedy to zrobiłem 5 tygodni bardzo ciężkiej pracy. Duża objętość, intensywność i trening sprawności i stabilizacji. W tygodniu robiłem przeważnie trzy akcenty. Bieg ciągły, drugi zakres i jakieś długie, intensywne wybieganie. Wszystko dokładnie rozpiszę jeszcze w tym tygodniu. Na koniec tydzień odpoczynku i idealne wstrzelenie się w dzień startu. Jeszcze dzień przed zawodami nie biegało mi się najlepiej. Zwyczajnie, wszystko się udało.
  2. Odżywianie na trasie. Rok temu skończyłem potwornie odwodniony. Głodny i wypłukany z resztek glikogenu. W tym roku piłem wodę co 5 kilometrów a co 10 kilometrów jadłem żel Agisko. W rezultacie do samego końca nie odczuwałem głodu. Pod koniec biegu miałem już zupełnie suche dłonie i twarz, co by wskazywało na spore odwodnienie, ale jednak w przeciwieństwie do roku poprzedniego, nie było ono tak duże, żeby uniemożliwić mi kontynuowanie wysiłku.
  3. Długi wypoczynek. Po maratonie na Jamajce 8 grudnia praktycznie nie trenowałem do połowy lutego. To prawie dwa miesiące przerwy podczas której pierwszy miesiąc przeleżałem a drugi coś tam truchtałem, ale ogólnie o konkretnym treningu ciężko mówić. Raczej same rozbiegania z pojedynczymi mocniejszymi akcentami.
  4. Zero startów. W tym roku biegłem jedne zawody na których walczyłem o jak najlepszy czas. I był to Wings For Life. Zupełnie zrezygnowałem z wszelkich innych zawodów uznając, że mam za mało czasu, żeby poświęcić trening kosztem startów. A jak już startowałem (np. Półmaraton Warszawski) to robiłem konkretną jednostkę treningową z pełnego treningu. Kusiło mnie, żeby przetestować się na tydzień przed zawodami w jakimś biegu na 10 km, ale w końcu przetestowałem się biegnąc samotnie po lesie 10 km na 10 dni przed zawodami.
  5. Dobre warunki i płaska trasa w Kanadzie. Na pewno to miało niebanalne znaczenie. Ciężko to zawsze przeliczyć, ale z pogodą trafiłem bardzo dobrze.
  6. Wspólny bieg w idealnym tempie przez pierwsze 40 kilometrów. Nie walczyłem sam. W sumie to trzymałem się zawodnika z USA, który dyktował bardzo mocne tempo. Na granicy mojego maksa, ale jednak cały czas na granicy. Wręcz idealnie żeby zrobić z tego dobry wynik.
  7. Pełen spokój. Rok temu kilka razy się „podpalałem”. W tym roku żeby nie wiem co się działo na trasie, ja cały czas robiłem swoje. Kiedy uciekali mi rywale, kiedy ja im uciekałem. Kiedy słyszałem co się dzieje na świecie, kiedy realne stawało się 80 km. W ogóle o tym nie myślałem, skupiałem się jedynie na biegu i stałym równym tempie.
  8. Kibice. Bez kitu, nieśliście! :)

A dlaczego ten wynik jest dla mnie tak zaskakujący?

  1. Rok temu byłem po bardzo dobrych biegach zarówno w półmaratonie jak i maratonie. Szybkościowo i tempowo byłem w innej lidze. Na pewno w tym roku nie zbliżyłbym się do życiówki w maratonie. Bałem się, że zabraknie mi tego tempa na Wingsie.
  2. Byłem cięższy. Żeby się już nie denerwować to nawet nie wchodziłem na wagę. Ale dwa kilo na pewno.
  3. Bałem się, że brak maratonu podziała na moją niekorzyść. Co prawda biegałem na treningu 42 kilometry, ale to nie to tempo i nie ta intensywność co maraton. Jak się okazało, może wyszło mi to na dobre.
  4. Ostatnie dwa tygodnie zmagałem się dużym problemem z kolanem. Musiałem odpuścić kilka treningów a kilka innych biegałem z potężnym grymasem na twarzy. A może dzięki temu organizm bardziej odpoczął i byłem w stanie dłużej kontynuować wysiłek?

Żeby już nie gdybać. Uważam, że 90% to jednak specyficzny trening. Ciężki, na dużej objętości i na dużym zmęczeniu. Mała różnorodność jednostek treningowych, natomiast bardzo dużo biegania w tempie Wingsa, narastającego tempa i biegów ciągłych.

Tyle udało mi się wydedukować. Mam nadzieję, że przydadzą się Wam te moje wnioski. A ja tymczasem kończę z tym zamulaniem i powoli przyspieszam. Czas myśleć o 10 km i maratonie.

More from Bartosz Olszewski

10 kluczy do sukcesu

Już dawno tamu przeczytałem znakomite zestawienie „kluczy do sukcesu” które zebrał i...
Read More