The Battle of Milan rozdział 2 – z nieba do piekła

Battle of milan

Ponad połowa biegu była już za mną, prowadziłem. Z łatwością odskoczyłem od rywali, nawet chwilami czułem się jak zwycięzca tego biegu. I stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Sytuacja, która naprawdę bardzo rzadko ma miejsce na takich zawodach, na tym poziomie sportowym. 

Wbiegliśmy do miasteczka, skręcam w prawo, spoglądam przez ramię, a 30 metrów za mną biegnie Włoch! Nie minął kilometr, i  jakiś cień już podąża obok mnie. Zerkam i widzę jak niewzruszony Calcaterra mija mnie i zaczyna dyktować tempo. Byłem w szoku. Widać było taką lekkość w jego biegu, a ja serio już się męczyłem. Byłem coraz bardziej obolały. W dodatku strasznie chciało mi się pić, szybko się odwadniałem. Oczywiście w tym momencie nie było mowy, żebym puścił go do samotnego biegu. Przyczepiłem się i zacząłem biec obok. Biegliśmy krok w krok, nikt nie chciał prowadzić. Ale tempo było szybkie. Nie oszczędzaliśmy się. Zaczęło się wielkie testowanie.

Giorgio to cwaniak jakich mało! W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Testował mnie dziesiątki razy. Zmieniał rytm, kierunek biegu. Przebiegał z lewej na prawą. Przyspieszał, zwalniał i cały czas zerkał, z jakim trudem udaje mi się odpowiadać na jego ataki. Szczerze, to ja zacząłem wątpić. W myślach miałem tylko jedno, żeby wytrzymać z nim do następnego punktu z wodą. Zawsze po tym jak się polałem i napiłem, biegło mi się lepiej. Piłem już naprawdę dużo, a i tak ręce miałem suche jak wiór. Biegnąc tak bark w bark dotarliśmy do 70 kilometra. Dystans między 65 a 70 kilometrem był dla mnie naprawdę straszny. Męczyłem się potwornie. Zaciskałem zęby, zamykałem oczy. Potwornie zaczęły boleć mnie nogi. Stopy, biodra i mięśnie pośladkowe. Do tego kolana, stawy skokowe. Serio, to była dla mnie chwilami masakra. Nie myślałem o niczym innym, tylko żeby przetrwać to jeszcze przez kilometr. Na 71 kilometrze zaatakował Włoch. Zareagowałem, nie puściłem. Kilometr dalej to samo, puściłem na 5 metrów, ale szybko zlepiłem. Jednak Calcaterra widział, że jestem na skraju wyczerpania.

Jeszcze punkt z wodą. Dużo picia, żel i wbiegliśmy do Pawii. Długi, kilometrowy zbieg. Calcaterra ruszył, ja uwielbiam zbiegać. Biegliśmy w dół, wąską, kamienną uliczką. W koło jeden kibic na drugim, jak na finiszu kolarskim. Za kibicami stare kamienice. Genialna atmosfera a my robimy kilometr w 3:29 min/km! 73 kilometr w tempie maratonu. Po zbiegu wybiegliśmy na prostą a mi zakręciło się w głowie. W tym momencie zrezygnowałem. Serio, poddałem się. Stwierdziłem, że nie jestem w stanie tego kontynuować. Nie byłem w stanie już znieść bólu. Nie wiem z czego to wynikało, nigdy tak mi nie dokuczał. Czy to braki w treningu siłowym, słaba mobilność, a może fakt, że połowa trasy przebiegała po kamieniach, bruku albo betonowej nawierzchni. Nie wiem. Biegłem na plecach Calcaterry, ale czekałem na jago atak i wiedziałem, że jestem bezbronny. Stało się to o czym pisałem. Bałem się, że nie będę miał czym odpowiedzieć. Nie miałem. W tym memencie byłem przekonany, że przegrałem. Że Giorgio mnie wykończył. Że stary mistrz okazał się najlepszy i w tym roku. Byłem załamany, miałem dość, chciałem żeby zaatakował a ja zakończyłbym te męczarnie. Byłe zły, rozczarowany, wściekły. Zdruzgotany fizycznie i psychicznie. I stało się, przyspieszył…

Przewaga szybko rosła. 5, 10, 15 metrów. Nie odpuściłem kompletnie, ale biegłem ze spuszczoną głową. Powłóczyłem nogami. Giorgio się obejrzał, zobaczył, że po mnie i ruszył dalej. Zaczął się podbieg. Zaczęliśmy podbiegać, drobnym krokiem, przebiegliśmy 200 metrów i zauważyłem, że przewaga się nie zmieniła. Nie wiem skąd w tym momencie urodziła się we mnie wola walki. Nie mam kompletnie pojęcia! Chciałem to skończyć, jednak postanowiłem jeszcze raz go zlepić. Chciałem dobiec jak najdalej, przynajmniej pobiec dalej niż rok wcześniej. Na szczycie podbiegu zrównaliśmy się z Giorgio. Zerknąłem na jego twarz, spojrzałem w jego oczy, on popatrzył na mnie. Wyglądał fatalnie! Serio, w jego oczach było widać potworne zmęczenie, wyczerpanie, kryzys.

Może był przekonany, że już po wszystkim. Nie wiem. Jak tylko to zobaczyłem, ruszyłem do przodu. Momentalnie go zgubiłem. Przebiegłem kilometr w tempie 3:36 min/km. Już się nie oglądałem. Powiedziałem sobie, teraz albo nigdy. Nie mam pojęcia skąd miałem siłę. Może żel zaczął działać. Może zwyczajnie kryzys minął. Może moja babcia to wymodliła, siedziała z różańcem przez ostatnie tygodnie. A może wszystko po trochu. Wiem jednak, że nasza głowa to największa broń podczas takich biegów. Raptem bolało mniej, zapomniałem o tym, że się poddałem, minął 75 kilometr a ja myślałem już tylko o jednym. Gnać ile sił do końca, nie obracać się, nie kalkulować, utrzymać to cholerne tempo. To tylko 10 kilometrów, tylko 10! Pół roku treningów i teraz muszę to wytrzymać.

Trzecia część relacji: The Battle of Milan rozdział 3 – Ostatnia Prosta

Fot: Red Bull Content Pool

More from Bartosz Olszewski

Jak obniżyć puls?

Jeden z moich ulubionych tematów, tak często poruszany wśród biegaczy. Każdy chce...
Read More
  • Jesteś Mistrz!

    • WarszawskiBiegacz

      Dzięki!

  • Michał

    Ja chciałbym zapytać o to „testowanie” przez Giorgio. Czy to takie prężenie mięśni i gra psychologiczna. W kontekście specyfiki tego konkretnego biegu: nie wiadomo ile potrwa bieg i jaki dystans się przebiegnie. Teoretyzując można by przyjąć przed biegiem że chcesz dobić do wyniku zwyciężcy sprzed roku: 89 km (w zaokrągleniu) czyli wychodzi tempo 3:43/km, i przyjmujesz że takie będzie średnie tempo. W końcu bieganie na początku stawki w Mediolanie nie gwarantowało kontroli biegu globalnie, bo chociażby Ketema w Wiedniu odpadł „na krótko” przed Tobą. Czyli i tak na końcu zostajesz sam ze sobą i innymi lokalizacjami. Ja nigdy nie ścigałem się o podium ale ciekawi mnie jak to kalkulowałeś przed i w trakcie biegu. W końcu to nie klasyczne zawody biegnę pierwszy = wygrywam.

    • Michał Wolański

      Podłączam się do pytania. Też się zastanawiam, czy na takie „zaczepki” rywala jest sens reagować. Czy nie najlepszą strategią jest przyjąć cel w kilometrach i tyle. Jeśli on pobiegnie dalej, no to trudno, prawdopodobnie i tak nie byliśmy w stanie z nim walczyć, a szarpiąc się tylko byśmy pogorszyli własny wynik.

    • Miśka

      Niech odpowiedzią będzie fakt, że „samotne” maratony wychodzą zwykle gorzej niż biegi, w którym pojawia się element walki i współ zawodnictwa – Bartek nie raz pisał o tym na blogu w swoich relacjach. Może to kwestia charakteru (Bartek to 200-procentowy Warrior) i nie każdy z rywalizacji jest w stanie wycisnąć więcej niż tylko ze zwykłych matematycznych kalkulacji tempa i dystansu :)

    • Michał

      Tylko my tu nie mówimy o zwykłym biegu ze startem i meta po z góry znanym dystansie… Mam wrażenie że każdy kto biegl w WFL kalkulował mniej więcej ile przebiegnie. Mnie zastanawia czym kierował się Bartek, bo chyba nie zakładał scenariusza, ze da się zabiegać przez włocha i np padnie po 40 km. Ja nawet nie mażę o takim wyniku dlatego ciekawi mnie co powie Bartek, bo na tym poziomie chyba trochę inaczej to wszystko wygląda.

    • WarszawskiBiegacz

      W moemencie kiedy on atakował byliśmy tak wykończeni, że puszczenie rywala oznaczało przegraną. Zwyczajnie biegnąć sam bym się poddał, za bardzo cierpiałem. Trzemała mnie tylko chęć wygranej. W ogóle świat mnie nie interesował, nie wiedziałem jaka jest sytuacja. Chciałem wygrać tam, we Włoszech. Nie patrzyliśmy na kilometry tylko na bezpośredni pojedynek i każdy starał się podejść rywala. Ja przed biegiem mówiłem, że będę cały czas czekał na jeden strzał i się doczekałem. Cudem czy nie trafiłem idealnie i się udało. Ale to mogło sie zupełnie inaczej potoczyć.

  • Adam EL

    Ta relacja pobudza moją wyobraźnię i przyprawia mnie o dreszcz emocji.
    Niby jesteś zwyczajnym człowiekiem, pracujesz, masz kota i podrapaną
    przez niego sofę, a jesteś biegaczem najwyższej ziemskiej klasy.
    Biegnąc
    z tyłu stawki, kończąc udział w Wingsach na 14,40 km trasy mogę tylko
    marzyć o takich emocjach. Ja też staram się łapać kogoś przede mną,
    odpocząć i ruszyć do przodu, też puszczam się na zbiegach zwiększając
    tempo, ale jest to zupełnie inna skala działania. Wiatr? W tłumie
    biegaczy nie ma znaczenia. Tętno 148-150? Ja to mam na pierwszych 500
    metrach. Na podbiegu przy ucieczce przed Małyszem miałem 183bpm – śmierć
    beztlenowa.
    Gratuluję wyniku oraz decyzji by w przyszłym roku nie biec.

    • Michał Wolański

      Nie patrz na bezwzględne wartości tętna. Liczy się % tętna maksymalnego. Bartek ma dość niskie. Ja na przykład mam maksymalne 214, więc dla mnie 165, czy nawet 170 to jest nadal praca tlenowa.

    • Mateusz Szamborski

      214? O kurcze… z wzoru na tętno maksymalne wyszłoby, że masz 6 lat :) Jednak fajnie zrobić testy wydolnościowe i wiedzieć jaka jest prawda.

    • Michał Wolański

      Zawsze podaję swój przypadek jako przykład, że ryzykowne jest ustawianie treningów pod tętno wyznaczone wzorem. Badania wydolnościowe fajne, ale ja jeszcze nie robiłem ;) To co przyjmuję za swoje maksymalne to po prostu maks jaki kiedykolwiek u siebie odnotowałem (pulsometrem).

    • Jachu

      Mam podobnie, 40 lat i max 200 gdybym biegał w zakresach w których standardowo pokazują mi systemy to bym tylko truchtał :)

    • WarszawskiBiegacz

      Bardzo dziękuję i powodzenia żeczę w dalszej realizacji biegowej pasji!

  • Bartek, świetna relacja! Czekam jutro na finał! :)

    No i oczywiście wielkie gratulacje!

    • WarszawskiBiegacz

      Dzięki!

  • Marek Gaj Rossonero

    Relacja z biegu rewelacyjna, czytelnik czuje jakby to on uczestniczył w tym biegu
    Gratuluje raz jeszcze Bartek i pozdrawiam

    • WarszawskiBiegacz

      Dziękuję i zapraszam na trzecią część!

  • Karolina Kana Opalska

    Czyta się jak ciekawą książkę :D Bartek szybciutko pisz następną cześć ;-)
    Pozdrawiam :-)

    • WarszawskiBiegacz

      No i już jest :)

  • Krzysztof Szymański

    Jak w pojedynku Salazara z Beardsley’em.

    • WarszawskiBiegacz

      Duel in the Sun! Uwielbiam ten bieg!!!

  • Zakhol Zakhol

    Świetnie napisane, wszystko mnie boli od samego czytania ;-)

    • WarszawskiBiegacz

      Dziękuję!

  • Kacper

    Bartek to prawdopodobnie najlepsy post który przeczytałem na tym blogu. Dawno nic biegowego nie pobudzilo tak mojej wyobraźni, jedyne co nasuwa mi się do głowy to Mo i jego wspomnienia z biegów w autobiografi, z tym że one nie trwały 80km :)
    Skończyłem w Poznaniu, siedziałem w maku, oglądałem relacje u Kasi. Wsiadłem w samochód, oglądałem relacje globalną w drodze do domu. Gdy zobaczyłem jak Giorgio skończył bieg była chwila zawahania. Zatrzymałem się, wpatrzony w telefon po chwili widzę jak dalej biegniesz. Kurde… Jest!
    Bartek udało Ci się to o czym pisałeś przed biegiem – Dostarczyles emocji i to na jaką skalę ! Ogromne gratulacje :)

    • WarszawskiBiegacz

      Bardzo dziękuję i uwierz, że sam bym lepiej nie wymyślił scenariusza tego biegu :)

  • Zbigniew Załęcki

    Oj łezka mi się zakręciła i ochota na nocne bieganie przyszła.

    • WarszawskiBiegacz

      To jakieś interwały trzeba zrobić ;)

  • Z perspektywy kanapy to wszystko wygloąda inaczej niż z asfaltu, ale ten pierwszy atak Giorgio, który jak piszesz zaskoczył Cię – dla obserwatora z boku był w zasadzie oczywisty. Z oczu można mu było wyczytać, że nie dlatego został z tyłu, że już mu się biegac nie chce. Pięknie go wytrzymałeś, bo jak sam piszesz to lepszy cwaniak (z należnym szacunkiem), miał nie tylko formę, siłę ale i strategię.

    Trochę przykro mi się zrobiło, oglądając relację w TVN kiedy pokazano sponiewieranego Giorgio w chwili kryzysu, a towarzystwo w studio ryknęło śmiechem (najgłośniej pani dietetyk). Mam nadzieję, że szybko przyszła chwila refleksji. Tym bardziej, że nie był to jeszcze moment w którym Calcaterra odpuścił. Ale nawet gdyby był – to facet zrobił jak zwykle kawał świetnej roboty. No, a Ty byłeś lepszy. Wielkie Graty.

    • WarszawskiBiegacz

      Dziękuję!

  • Andrzej

    kurcze pierwszy raz się włączam w komentarz choć często czytam….Bartek naprawdę siła w Tobie wielka w ciele i w duszy….i wiesz co? bardzo to ważne, że piszesz o innych Twoich bliskich którzy w tych chwilach „grozy” gdy już wydaje się że nic nie ma nic nie możesz, a oni są z Tobą wspierają Cię swoimi myślami modlitwą…..bo dałeś radę także w ich imieniu wyjść poza swoje ramy, możliwości być może…..to jest naprawdę życie w pełni….zrobić tyle a jednocześnie wiedzieć, że potrzeba razem także innych….bo wszyscy „ogrzaliśmy” się mocno Twoim zwycięstwem……dziękuję!!
    p.s. świetna relacja

  • Maciej Szymanski

    Jakbyś był Bartek zainteresowany analizą biegu Giorgio: https://flow.polar.com/training/analysis/1371557945

    • WarszawskiBiegacz

      Nie wyglądało, że biegnie taką kadencją. Nad tym muszę popracować, u mnie 182…