The Battle of Milan rozdział 1 – dobre złego początki

O tym biegu prawdopodobnie byłbym w stanie napisać książkę. Nie wiem czy na wszystkich innych biegach, razem wziętych, przeżyłem tyle emocji co podczas Battle of Milan, jak nazywano bieg Wings for Life World Run w Mediolanie. Był to dla mnie wyjątkowy bieg, wyjątkowe przeżycie. Pięć godzin trzydzieści minut biegu, które postaram Wam się streścić do kilku tysięcy słów. Mam nadzieję, że uda mi się oddać to co działo się podczas samego biegu jak również w koło tej imprezy.

Długo zastanawiałem się od czego zacząć. Od przylotu do Włoch, w poniedziałek pierwszego maja? Może od przyjazdu do Mediolanu w piątek piątego maja? Ale chyba nie będę się rozpisywał, poświęcę może na to jakiś inny wpis. W każdym razie pierwsze cztery dni spędziliśmy w Toskanii. Zwiedzaliśmy Florencję, Sienę i San Gimigniano.

Toskania…

Pogoda była potwornie zmienna. Albo padał deszcz, albo robiło się tak gorąco, że utrzymanie 10 kilometrów w tempie Wingsa sprawiało mi olbrzymie problemy. To było w środę. Oczywiście byłem na diecie białkowej. Nie mogę już patrzeć na mozarellę, nawet Bufalę ;)

W piątek dotarliśmy do Mediolanu. Odwiedziłem biuro zawodów, odebrałem pakiet. Wieczorem zjadłem jeszcze pizzę, nie mogłem się powstrzymać. Była pyszna, było warto! Pozwoliłem sobie jeszcze na mały kieliszek białego wina. Od soboty tak naprawdę zaczęło się robić nerwowo. A raczej ja chodziłem coraz bardziej poddenerwowany i zestresowany. Mieliśmy konferencję elity przed biegiem. Tam spotkałem po raz pierwszy faworyta biegu, Giorgio Calcaterę. Był też Niemiec, Florian Neuschwander, który wydawał się bardzo sympatycznym biegaczem. Odrazu go polubiliśmy, chociażby za styl bycia i te wąsy :) Giorgio sprawia wrażenie niezwykle miłego, ale widać było, że jest skoncentrowany na biegu i za uśmiecham kryła się jednak dusza wojownika. Przynajmniej tak odebraliśmy to z Kasią.

W sobotę mało już chodziłem, raczej odpoczywałem, leżałem, ładowałem węglowodany. Poszedłem jeszcze na rozruch, przebiegłem 8 kilometrów z czego 5 kilometrów w tempie Wingsa. Wieczorem jeszcze naleśniki, jakieś bułki z miodem. Ogólnie nie chce się na ten temat rozpisywać. Dzień, cały tydzień, wyglądały jak moje standardowe ostatnie siedem dni przed zawodami. Nic nie robiłem inaczej, nie jadłem inaczej. Wszystko tak samo. Spało mi się średnio. Śnił mi się bieg i jakieś głupoty z nim związane. Że się spóźniłem, że zapomniałem tego czy tamtego. Wierciłem się i wstałem przed czasem. Nastał dzień biegu.

Moja mina mówi wszystko :)

Rano zjadłem dwie duże bułki z dużą ilością miodu. Do tego kawa i tyle. Jeszcze 90 minut do startu baton energetyczny, duży, około 400 kcal. Cały czas popijałem izotonik. Na start z hotelu ruszyliśmy naprawdę wcześnie. Na miejscu byliśmy o 11:00, ponieważ robili nam zdjęcia i później mieli prezentować na scenie. Niestety Włosi bardzo w tym momencie przesadzili.

Tak naprawdę od 11:00 byliśmy ciągani z jednego punktu w drugi. Nawet nie miałem czasu na toaletę. Przed 12:00 zaczęła się prezentacja elity. Jak się okazało, prezentacja trwała ok. 30 minut a my tam staliśmy i marzliśmy. Padał deszcz. Wszyscy byli poddenerwowani. W końcu urwał się Giorgio ja zaraz za nim powiedziałem, że nie mam czasu i muszę iść. Oczywiście oni chcieli nas zabrać na kolejne zdjęcia!

Jeszcze odwiedziłem toaletę. Połknąłem stoperan i poleciałem na rozgrzewkę. Cały czas towarzyszyła mi Kasia, która była jednocześnie fotoreporterem, operatorem kamery, pomagała mi z logistyką i przy tym ani razu się na mnie nie zdenerwowała :)

Parę minut do startu, ostatnie zdjęcie

Rozgrzewka poszła dobrze. Przebiegłem tylko dwa kilometry, ale tempo poniżej 4:00 nie było problemem. Wróciłem, wypiłem jeszcze napój i ruszyliśmy na start. Jeszcze dziesięć minut. Zrzuciłem dresy i jeszcze ostatnie słowa motywacji od Kasi. Wiem jak się o mnie boi, kiedy biegnę takie zawody. Ostatnie uściski, jeszcze życzenia powodzenia od Huberta i Edyty, którzy towarzyszyli nam na wyjeździe i wskoczyłem w strefę startową. Grała muzyka. Zamknąłem oczy, głęboko oddychałem i czekałem na ten bieg. Chciałem już wystartować, mieć to za sobą. Byłem spokojny, ale jednocześnie wiedziałem, że prawdopodobnie czeka mnie największe wyzwanie w życiu. Jeszcze ostatnie odliczanie, 3, 2, 1 START!

Normalnie w tym momencie zakończyłbym pierwszą część relacji, ale dziś Wam tego nie zrobię. W końcu narazie były same nudy. Teraz zaczyna robić się ciekawie. Na początku prowadzenie wziął na siebie Florian. Biegliśmy naprawdę spokojnie, dużą grupą, może 10 osób. Tak naprawdę nikt nie chciał prowadzić. Wyglądało to jak bieg po medale na Mistrzostwach Świata. Dosłownie jeden obok drugiego i nikt nie ruszy mocniej. Było naprawdę wolno, 3:50 min/km, dobre warunki, duża grupa. Na początku miałem dziwnie wysoki puls, chyba jeszcze adrenalina dawała o sobie znać. Ale noga była lekka, jakbym robił sobie właśnie rozbieganie. Chwilami się denerwowałem i lekko wychodziłem do przodu, ale zaciskałem zęby i wracałem. Nie chciałem brać na siebie prowadzenia od początku, nikt nie chciał. Chyba najbardziej aktywny był Niemiec, ale też nie szalał. I tak mijało pierwsze 10 kilometrów.

Oglądałem się za siebie, patrzyłem co się dzieje w grupie. Giorgio cały czas schowany na plecach. Biegł taktycznie, w ogóle nie miał zamiaru się wychylać. Morales też przyczajony. W końcu puls mi się ustabilizował. Był bardzo niski, 147-148. Miałem w planie biec na 153. W końcu poszedłem mocniej. Na szczęście obok pojawił się jakiś zawodnik z USA i bliżej nikomu nie znany, wysoki młody biegacz. Narzucili idealne tempo a my wisieliśmy im na plecach. Szczerze to ta nasza czwórka była strasznie bierna. Widać jak każdy kalkulował, jak bał się zrobić coś głupiego. Dobrze, że ktoś poprowadził grupę, bo pewnie byśmy tak truchtali do granic Mediolanu.

Trasa była bardzo kręta. Przebiegała asfaltem, drogami z kamieni, brukiem, betonem i szutrowymi ścieżkami w parku. Cały czas coś się działo, ale było dość płasko. Dobiegliśmy do 20 kilometra. Morales wskoczył do ubikacji, ale dosłownie na kilka sekund. W tym czasie mocno do przodu ruszył ten bliżej nikomu nie znany zawodnik. Biegł chyba po 3:35 min/km i błyskawicznie się oddalał. Myślę, że w szczytowym momencie mógł mieć 400 metrów przewagi. Ale nikt nie brał go na poważnie. Spojrzeliśmy tylko po sobie i widać było, że każdy za pewno wziął, że ten bieg dla niego szybko się skończy. Zwyczajnie nie da się tak biec i utrzymać tego do końca.

Ja przez pierwsze 20 kilometrów musiałem nabawić się pierwszego urazu. Ciężko to nazwać urazem, ale dwa razy tak niefortunnie stanąłem na bruku, że potwornie zaczęła boleć mnie prawa stopa w okolicach poduszki palucha. Chyba nacisnąłem na jakiś nerw, już nie raz miałem z tym problem. Było to na tyle dokuczliwe, że nawet chwilami zmieniałem krok. Ale na szczęście się nie pogłębiało i z grymasem na twarzy, czekałem aż przejdzie.

W końcu po 20 kilometrze dołączył do nas Morales. Widać było, że biegnie niesamowicie lekko, tempo było dla niego za wolne. Ruszył mocniej, a ja obok niego i tak nie wiadomo z czego odbiegliśmy na jakieś 50 metrów od grupy. Od grupy, która kompletnie się porwała. Za nami biegł Giorgio, potem reszta. Kręciliśmy kilometry w czasach 3:42 – 3:45. Pasowało mi to tempo. Bardzo się dziwiłem, że Calcaterra odpadł. To nie było tak szybko. Chwilami myślałem, że może jednak nie jest w formie. Że walka rozstrzygnie się między mną a Moralesem. Niemiec został. Giorgio z tyłu, co się do cholery dzieje?

Oczywiście nasz samotny bieg nie trwał długo. Calcaterra biegł niezwykle inteligentnie swoim tempem. Nie szarpał. Doszedł nas w okolicach 25 kilometra i dalej biegliśmy razem. Tempo cały czas było dość wysokie, ale oczywiście nikt nie chciał prowadzić. Wszyscy przebiegali z lewej na prawą, z przodu na tył. Jak ostatni kilometr w jakimś wyścigu kolarskim.

Ja spokojnie co 5 kilometrów piłem wodę. Bardzo dużo na siebie wylewałem, praktycznie całą butelkę. Chłodziłem się ile mogłem. W końcu wybiegliśmy z Mediolanu, skończyły się nieustanne zakręty i przed nami była już tylko długa prosta na południe Włoch. Piękna ścieżka rowerowa otoczona zielenią. Przyspieszyłem, wziąłem na siebie prowadzenie. Bardzo szybko odpadł Morales. Byłem w szoku, że tak łatwo puścił. Różnica momentalnie zrobiła się bardzo duża. Z relacji Kasi, która dotarła tam rowerem, wiem, że zupełnie zwolnił i zrezygnował z walki.

Na plecach wisiał mi Giorgio. Ja nie wiem czy on prowadził chociaż metr w tym biegu. A mieliśmy już 35 kilometr! Nie chciałem tak dłużej biec, przyspieszyłem. Zrobiłem kilometr w 3:34 min/km, biegło mi się znakomicie. Calcaterra puścił, oddaliłem się od niego na kilkanaście metrów. Cały czas biegłem w okolicach 3:40 – 3:42 min/km. Szybko złapałem uciekiniera na około 40 kilometrze i teraz już sam pędziłem po jak najlepszy wynik. Maraton minąłem z czasem około 2:36. Puls idealnie trzymałem między 152 a 154. Tak naprawdę sugerowałem się pulsem. Czasem wiało z przodu, chwilami droga lekko się unosiła. Nie pilnowałem za wszelką cenę tempa, zaufałem pulsometrowi.

Polewałem się czym mogłem, co drugi raz słodkimi napojami… :)

Co sobie w tym memencie myślałem? Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie widziałem się w tej chwili jako zwycięzca tego biegu. Myślałem, że za łatwo. Ale tak szybko wszystkim uciekłem. Tempo nie stanowiło problemu. Giorgio był już 50 metrów za mną. Reszta daleko z tyłu. Oczywiście wszystko powoli zaczynało boleć, ale nie na tyle, żebym sobie spokojnie z tym nie radził. Nie oglądałem się za siebie, pędziłem do przodu. Nawet myślałem, co zrobię po biegu. Naprawdę byłem pewny siebie. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś tak puścił bieg i potem wrócił do rywalizacji. Takie rzeczy to wręcz ewenement.

Dobiegłem do 50 kilometra. Czas około 3:07. Dalej robiłem swoje, czy to ścieżka rowerowa, szosa, czy kawałki brukowane. Z bocznym wiatrem czy czołowym, trzymałem tempo. Nie zwalniałem. Odliczałem tylko 5-kilometrowe odcinki do następnego punktu z wodą. Oczywiście zacząłem przeliczać średnie. Wychodziło mi, że jeżeli nie będę miał drastycznych kryzysów, to pobiję wynik sprzed roku. I raptem stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał… 

Druga część relacji: The Battle of Milan – z nieba do piekła

Fot: Red Bull Content Pool

More from Bartosz Olszewski

Podsumowanie tygodnia 41/2016

Po pierwszym całkiem udanym tygodniu, przyszedł czas na następny. To on często...
Read More
  • haua_baua

    gryzę paznokcie!

    • WarszawskiBiegacz

      :)

  • Ł.O.

    Rozumiem, ze to taki wstepniak, aby zagaic, a emocje beda jutro :).

    • WarszawskiBiegacz

      Zgadłeś :)

  • A ja się zastanawiałem jak sobie radzisz z problemami żołądkowymi, bo przy takim wysiłku to o nie nietrudno zapewne :/ a tu stoperan ;-)

    • WarszawskiBiegacz

      Profilaktycznie go biorę. Przy maratoonie mam większe problemy, przy bieganiu w drugim zakresie żołądek całkiem dobrze pracuje u mnie.

  • Michał

    Tak chciałem przeczytać, ze zapomniałem o żelaznej zasadzie, ze Twoje relacje czytam jak opublikujesz wszystkie części. Mam nadzieję że zmieścisz się w dwóch ;)

    • WarszawskiBiegacz

      No niestety :)

  • wildman

    Czytam z zapartym tchem i czekam na więcej :). I ciągle się uczę, myślałem że tylko ja podczas maratonu borykałęm się z jakimiś dolegliwościami ale widzę że chyba każdy biegacz po prostu musi WALCZYĆ. Dzięki Bartek, Twój przykład biegowy napawa nadzieją na lepsze i szybsze bieganie. Dziś np pobiegłem swoją najlepszą DYCHĘ, 44,10 ale wzorując się na Twoim stylu biegania :). Jeszcze raz gratulacje za Wingsa

    • WarszawskiBiegacz

      Pamiętaj, że najlepsze wyniki zawsze rodzą się w walce. Jak nie Ty, to znajdzie się ktoś kto chce bardziej i zmusi się mocniej :)

  • Marta

    Mistrz cliffhangera :D Jeszcze raz gratulacje, jest Pan ogromną motywacją i prawdziwym MISTRZEM!!!

    • WarszawskiBiegacz

      Dzięki!!!

  • Te kolorowe gąbki to do schłodzenia się?

    • WarszawskiBiegacz

      Tak, ale były chyba tylko dwa razy. Lepsze były butelki z wodą.

  • Remigiusz Łuczyk

    Czekam z niecierpliwością na kolejną część Mistrzu.

    • WarszawskiBiegacz

      Dzięki, już masz wszytskie :)

  • Adam Klein

    Gratulacje Bartek, świetny wynik, świetna walka.

    • WarszawskiBiegacz

      Dziękuję Adam!

  • Tomasz Gramza

    Gratulacje Bartek Powiedz prosze puls 152-154 jaki to procent twojego max pilsu

    • WarszawskiBiegacz

      Max mam ok. 188

  • Tomasz Gramza

    Bartek zastanawia mnie jedna rzecz .Czy taki sklad jak na pierwszym zdjeciu to byl zabieg organizatorow biegu. Czy wy sam umowiliscie sie ze startujecie na tej samej trasie w tech samych warunkach a wybor padl na Wlochy , jako kraj zwyciezcy z ubieglego roku

    • WarszawskiBiegacz

      Nie wiem jak było w przypadku reszty. Ale ja zupełnie sam wybrałem Mediolan ze względu na bieg z Giorgio, chciałem z nim pobiec. Później dostałem info z Red Bulla, że startuje tam Morales, on chyba też sam to wybrał. Co do Niemca, nie wiem. W każdym razie u mnie była to tylko i wyłącznie moja decyzja.

    • Tomasz Gramza

      Dziekuje za odpowiedz

  • Pingback: Czwarty raz biegniemy dla tych którzy nie mogą czyli Wings for Life()

  • Pingback: Pobiec i zakochać się w Kazimierzu Dolnym - warszawskibiegacz.pl()

  • Pingback: II Bieg Kazimierski - Pobiec i zakochać się w Kazimierzu Dolnym - warszawskibiegacz.pl()

  • Pingback: Suwałki, Konstancin. Czyli gdzie warto przewietrzyć nogę w czerwcu? - warszawskibiegacz.pl()