Tapering, carboloading i walka o życiówkę w Lipsku

Już za niecały tydzień biegnę w maratonie. Z jednej strony nie mogę się doczekać. Z drugiej, serio, czuję się trochę jak nowicjusz. Może nie zdajecie sobie do końca z tego sprawy, ale ostatni maraton, przygotowany i z zamiarem walki o wynik, biegłem w Warszawie. We wrześniu 2015 roku!

Osoby uważnie śledzące tego bloga od dłuższego czasu, doskonale wiedzą, że w Lipsku już biegłem. Nawet nabiegałem tam życiówkę, 2:25:16, byłem drugi w maratonie, Kasia ukończyła wtedy półmaraton na trzecim miejscu (jej relacja z tych zawodów). Miałem trochę pecha, ponieważ była to rocznica tego biegu. Organizatorzy zaprosili Haile. Ten oczywiście odmówił, ale przysłał kolegę. No i sami rozumiecie, że kolega z Etiopii też całkiem dobrze biegał :)

To był okres, że nie było dnia bez wafli w czekoladzie. Nawet zaraz po maratonie :)

Wybrałem start w Niemczech z kilku powodów. Blisko, autostradą z Warszawy na miejsce dojadę pewnie w niecałe 5 godzin. Trasa jest dość szybka, a sam bieg dobrze zorganizowany. Myślałem jeszcze mocno o Manchesterze, ale w tej chwili jestem za słaby na ten maraton. Bieg na 2:22 skończyłby się totalnym zajazdem, kryzysem i później kombinowaniem jak się z tego podnieść do Wings for Life. W Lipsku nie mam pojęcia, czy będzie z kim biec. Patrząc na wyniki sprzed lat, raczej nie. No cóż, trening głowy też się przyda. Opcją był też Gdańsk i pojedynek z Tomkiem Walerowiczem (pozdrawiam Tomek! :) ), ale padło na Lipsk.

Na pewno jestem w formie i ruszę na życiówkę. Chciałbym pobiec 2:24. Trudno mi powiedzieć, jaki wpływ na ten bieg może mieć półmaraton, który kończyłem z życiówką tydzień temu. Nie odpocząłem też tak jak zwykle, tydzień po półmaratonie zdecydowanie nie był łatwym tygodniem. W głowie mam cały czas Wings for Life i nie mogę co chwila ucinać treningów i kilometrów. Jednak w odróżnieniu od okresu poprzedzającego półmaraton w Warszawie, przynajmniej ten tydzień będzie już w pełni wypoczynkiem. Dziś zaczynam najbardziej znienawidzoną część. Ładowanie węglowodanów, carboloading, a dokładnie dietę białkowo – węglowodanową.

Artykuł powiązany: Ładowanie węglowodanów

Od dziś w kąt idą wszystkie węglowodany. Do środy wieczór żyję na białku i tłuszczach. Nie znoszę tego, ale jak wiele razy pisałem, u mnie zawsze się sprawdzało. Na pewno padną pytanie, co jem. Chude mięso (ryby, indyk, kurczak), wędliny, serki wiejskie, twarogi, masło orzechowe i orzechy, awokado, olej kokosowy i oliwa, jajka itd. Zawsze można sobie do tego dokupić jakiś makaron 0 kcal (tak, są takie). Są jacyś czarodzieje, co nawet ciasta robią. Podobno można wziąć przepisy z diety Dukana i szaleć. Natomiast od środy, od kolacji, zaczynam jeść węglowodany. Nie obżeram się, ale spożywam ok. 3 tys. kcal dziennie. Bardzo mało tłuszczu, bardzo mało białka, bardzo dużo węglowodanów. Powyżej znajdziecie link, pod którym powinniście znaleźć wszystkie informacje o tej diecie. Tylko jak to ma być pierwszy raz i od razu przed maratonem, to odradzam. Nie testujcie takich rzeczy przed biegiem głównym!

Od dziś zaczynam również odpoczywać do startu głównego. Jak taki odpoczynek powinien wyglądać, pisałem już wielokrotnie. Przeważnie biegam jeden mocniejszy trening w tygodniu poprzedzającym zawody. Robię to we wtorek albo środę. W zależności od samopoczucia. Jak we wtorek jestem wypoczęty, to cisnę. Jak nie, to zostawiam na środę. Jest to 4×1200 metrów w tempie półmaratonu na przerwie 2 minuty + 4×200 metrów szybko. Albo 5 km ciągiem, trzy pierwsze w tempie maratonu. Później tempo półmaratonu. Ostatnie 500 metrów to już tempo na 5 – 10 km. Reszta to same rozbiegania. Mocno schodzę z kilometrów. Staram się więcej spać i nie tracić niepotrzebnie sił. Nie wiem czemu, ale zawsz ten ostatni tydzień chodzę jakiś rozbity i bardziej zmęczony, niż w ciężkim, systematycznym treningu. Jednak na zawodach się sprawdza.

Artykuły powiązane:

Tyle na dziś. Z jednej strony nie mogę się już doczekać tego maratonu, z drugiej, naprawdę się go boję. Dobrze wiem, że maraton boli. Że trzeba naprawdę pocierpieć. Brakowało mi tego, ale chyba też na jakiś czas musiałem od tego odpocząć. Wystarczyło mi cierpienia na Wingsach ;) Jednak powiem Wam, że ze wszystkich biegów, nadal maraton to dla mnie najbardziej prestiżowy bieg. I na pewno tak łatwo nie zrezygnuję z pogoni za tym cholernym 2:20 Trzymajcie kciuki. A ja idę zjeść serek wiejski…

More from Bartosz Olszewski

Rock ‚n‘ Roll Las Vegas Marathon – relacja część druga

Zaczynamy część drugą relacji z Las Vegas Marathon. Uwielbiam te noce po...
Read More