Rock ‚n‘ Roll Las Vegas Marathon – relacja część pierwsza

Las Vegas Marathon

Nie wiem od czego zacząć. 2:30 z hakiem, drugie miejsce. Więc jeden z celów zrealizowany. Sama impreza miała, podobnie jak miasto w którym się odbywała, dwa oblicza. Jedno zachwycające, inne lekko mówiąc trochę słabe. No ale zaczynamy, od samego początku.

Droga na start

las_vegas_relacja_2

Start biegu przewidziany był na 16:30 czasu miejscowego. To 1:30 w Polsce. Bałem się tego bardzo, ale szybko się przestawiłem. Spałem bardzo dobrze, prawie 9 godzin. Problemem oczywiście było jak jeść. W końcu zjadłem późne śniadanie ok 10:00 i drugi posiłek o 13:30, jak zwykle 3 godziny przed biegiem. Płatki ryżowe, pieczywo i miód. Nic więcej. No jeszcze pół banana i kilka żelek.

las_vegas_relacja_3

Na start ruszyliśmy z hotelu ok 14:15, przed 15:00 byliśmy już na miejscu w miasteczku. Naprawdę wyglądało bardzo fajnie, zorganizowane było bardzo dobrze. Ludzie wyglądali jak na jakimś balu przebierańców. Co druga osoba chyba miała na sobie coś śmiesznego. A to Elvis, a to motylek albo inny Batman. Bardzo fajna atmosfera. Dużo kibelków, super scena i koncert Macklemore i Ryan Lewis.

las_vegas_relacja_7

Depozyty UPS świetnie zorganizowane. Akurat w niedzielę spadła temperatura, więc było dość zimno jak zachodziło słońce. Za to zaczęło mocno wiać. W tym roku nie mam szczęścia do tego wiatru :) Ale nie było tak źle. Chwilę posiedziałem, ogarnąłem się, oddałem depozyt, skorzystałem dwa razy z ubikacji i 30 minut do startu poszedłem się rozgrzewać. Szybko dostałem się na wolną część drogi i spokojnie zrobiłem ponad 3 km rozgrzewki. W tym trochę w tempie maratonu i 3 szybkie przebieżki. Trochę wody, wskoczyłem do strefy i czekałem na start.

las_vegas_relacja_5

las_vegas_relacja_6

las_vegas_relacja_8

Start

Szybko obczaiłem konkurencję. Jeszcze hymn USA śpiewany na żywo. Odliczanie i bum! Jedziemy. Początek na spokojnie. Oczywiście bardzo dużo osób wyrwało. Ja wypatrzyłem faworyta biegu, który już wygrał w tym roku 4 zawody z serii i spokojnie zacząłem z nim bieg. Podłączyło się do nas jeszcze dwóch półmaratończyków i dwie dziewczyna biegnąca półmaraton. Tempo naprawdę dobre, ale pierwsza mila z wiatrem. Kilometr ok 3:24, puls o dziwo 163 więc z zapasem. Grupa trochę szarpnęła, ja nie chciałem ryzykować. Obiecałem komuś, że nie pobiegnę połowy poniżej 1:12:30 :) Jednak różnica była naprawdę mała, może 10 metrów. Zrobiliśmy nawrót i zaczął się bieg po The Strip! Już było ciemno, w koło wszystko się świeci, ludzie dopingują, WOW! Naprawdę super wrażenia, aż chciało się biec. Ok. 5 kilometra połączyłem się z grupą, było nas 5 osób. Czas to jakieś 17:00, szybko. Ale lekko z górki, puls nie przekraczał 164, wszystko idealnie, czułem się znakomicie.

las vegas marathon

The Strip

Co tu dużo mówić, robi wrażenie, oszałamiające wrażenie. Przed Bellagio pokaz fontann, w koło sporo kibiców, żywo dopingują. Świetne kapele grają ze sceny co jakiś czas. Wszystko miga, świeci się. Wszędzie muzyka a w powietrzu zapach burgerów :) Jedziemy dalej. 10 km to 34 minuty i 10 sekund. Dalej puls idealnie. Dalej zero problemów, wręcz czuję się, jakbym robił trening i to drugi zakres… W tym momencie trochę zbaczamy z The Strip.

las_vegas_relacja_11

Freamont St.

Mamy dość nudne trzy kilometry. Odbiegamy w prawo. Raczej nikt nam nie kibicuje. Droga na sześć pasów, ale pusto. Biegniemy dalej w tej samej grupie. W końcu dobiegamy do 9 mili. I wbiegamy na Freamont St. Kurczę, jak w bajce. Ciężko to opisać, zamieszczam fotki. 500 metrów takiego biegu, nad głowami jacyś kolesie jadą na linach. Z obu stron pełno kibiców. Tam to dopiero pachniało jedzeniem :) Ten fragment na pewno zapamiętam do końca życia. Niesamowita sprawa, niesamowite przeżycia. Tam już rozdzieliliśmy się z półmaratończykami. Zostałem tylko z zawodnikiem z USA, za nami daleko nic. Co ciekawe, zauważyłem, że wcale mu tak łatwo ten bieg nie idzie. Wybiegliśmy z Freamont St., była 9 mila. Przebiegaliśmy tunelem. Spokojny zbieg, nie szarpałem. Lekko wybiegłem. Kurczę, byłem aż zdziwiony formą jaką miałem.

las_vegas_relacja_1

Pustki…

Byliśmy na 10 mili. 16 kilometrów za nami. Lekko przyspieszając urywałem się na kilka metrów. W końcu idąc równo zacząłem zyskiwać przewagę. Ale zaczęła się ta gorsza część maratonu w Vegas. Część gdzie nic się nie działo. Autostrada, ciemno i pustynia. Wybiegamy poza miasto. I tak do 24 mili! 14 mil, ponad 22 kilometry, ponad połowa biegu to zupełna pustka. Naprawdę to było słabe. Asfalt i maratończyk, nic więcej. Wybiegliśmy z miasta, zaczęło mocno wiać. Nie było tragedii, ale lekko mówiąc, nie pomagało. Pod wiatr trzeba było walczyć. Dobiegłem do półmetka. Czas 1:12:35 – 1:12:40 (w tych okolicach). Wszystko pod kontrolę, jedziemy dalej!

las_vegas_relacja_12

Tak to wyglądało, tylko zgaście światło…

Chwila chwały, chwila upadku…

Na 14 mili był nawrót. Zaczęło mi się odbijać, zaczął boleć mnie żołądek. Miałem jakieś 30 metrów przewagi nad drugim zawodnikiem i 4 minuty nad trzecim. Lekko zwolniłem, połączyliśmy się i biegliśmy dalej. Niestety stało się najgorsze i powtórzyła się historia z Warszawy. Musiałem zatrzymać się na punkcie odżywczym i skorzystać z toalety, bieg był zupełnie niemożliwy. Zajęło mi to minutę. Szanse na wygraną przepadły. Byłem wściekły. Autentycznie wściekły. Muszę skonsultować to z jakimś dietetykiem. Nigdy nie miałem takich problemów na zawodach. Nie wiem skąd to się bierze, nie wiem dlaczego. Ale muszę to naprawić bo przed biegiem bardziej będę stresował się żołądkiem niż samymi zawodami. Ruszyłem dalej. Koleś na rowerze, który mnie eskortował dodał mi otuchy. W ogóle Ci Amerykanie strasznie mili. Pobiegłem dalej, nawet podjąłem walkę, zacząłem gonić. Dalej miałem szybkie kilometry. Dalej nawet życiówka była w zasięgu.

Dalsze pustki…

No cóż, dalej pusto. Dalej jesteś tylko Ty i szosa, chyba 6 pasów szosy. No i eskorta. Lekkie urozmaicenie było, jak zacząłem mijać się z innymi biegaczami. Było ich jeszcze mało, ale dopingowali i zachęcali do walki. Coś się działo, ja biegłem cały czas poniżej 3:30 min/km i noga szła bardzo dobrze. Zacząłem za to odczuwać coś innego. Mianowicie, że zapomniałem posmarować się wazeliną przed biegiem. Nie miało to żadnego wpływu na rywalizację, ale następnym razem będę pamiętał. Do 30 kilometra dobiegłem w całkiem dobrym czasie, pomimo postoju. Zmniejszyłem chyba też różnicę do pierwsze zawodnika. Szczerze, to już nie wierzyłem, że go dogonię, musiałbym chyba wejść w jakieś tempo 3:15 min/km. Ale zero problemów energetycznych, zero! No i nastała 21 mila. 5 mil do końca a mi znowu rozwala żołądek. Chyba nie muszę mówić, jakie słowa padały z moich ust… Starałem się biec, meta była tak blisko. Ale się nie dało, kolejny postój, jeszcze dłuższy bo 90 sekund. No i po tym to już miałem dość. Ruszyłem, obejrzałem się za siebie, pusto. Przede mną pusto. W ogóle pusto, nikogo nie ma, tylko mój koleś z eskorty. Bez niego to bym pomyślał, że zabłądziłem na pustyni…

las_vegas_relacja_113

Koniec części pierwszej

Mamy 24 milę. Ponownie wbiegam na The Strip. Ponownie światła. Z prawej biegną półmaratończycy, tysiące biegacze. Ja biegnę prawą nitką drogi, mam olbrzymi aplauz. Ale już jest prawdę mówiąc po wszystkim. Kilka razy ktoś wchodzi na drogę. Ale szybko zostaje tak zbluzgany przez kolesia na rowerze, że aż się uśmiecham :) Zostało mi 2.2 mili. Mogło by się wydawać, że ta relacja już się kończy. Ale do napisania zostało naprawdę dużo. Ostatnie dwie mila, a szczególnie to co działo się po biegu zasługuje na oddzielny tekst. A po biegu wcale nie działo się dobrze. I ze mną i z organizacją wobec kończących maraton na pierwszych pozycjach. Ale o tym jutro, będzie co pisać. Teraz jestem wykończony, idę coś zjeść :)

Ciąg dalszy: Rock ‚n‘ Roll Las Vegas Marathon – relacja część druga

 

More from Bartosz Olszewski

Czy bieganie maratonów zwiększa ryzyko śmierci?

W ostatnim czasie ukazało się wiele „badań”, które sugerują, że bieganie nie...
Read More