Przekleństwo 30 kilometra

mw2016_6

Kto już biegł maraton ten najprawdopodobniej wie co dzieje się na 30 kilometrze maratonu i zaraz po nim. Kto nie biegł, a interesuje się maratonem lub zamierza biec, na pewno słyszał. Krótko mówiąc, mamy wielki przesiew zawodników. Kryzys za kryzysem. Pytanie, dlaczego tak się dzieje? Czy naprawdę to moment, kiedy nasz organizm już nie daje rady i musimy zwolnić?

Na pewno podstawową przyczyną jest brak wytrenowania. Nie ma co się oszukiwać, większość osób startujących w maratonie nie jest do niego dobrze przygotowana. Samo skończenie maratonu nie świadczy o tym, że ktoś się do niego przygotował. W tym momencie kryzysy w drugiej połowie dystansu wydają się być rzeczą naturalną. Druga sprawa to zbyt ambitne tempo na pierwszej połowie biegu. Zwyczajnie nie starcza nam sił i paliwa, żeby dane tempo dowieźć do mety. Jednak ostatnio dyskutowaliśmy z Kasią o tym fenomenie 30 km (zawsze jak jedziemy gdzieś daleko samochodem to mamy takie rozkminy) i doszliśmy do wniosku, że w olbrzymiej mierze, przekleństwo 30 kilometra rodzi się w naszych głowach.

Trzeba pamiętać, że na sukces w maratonie składa się świetne wytrenowanie, ekonomika biegu, umiejętność korzystania w jak największym stopniu z tłuszczy jako źródła energii, odpowiednia strategia, żywienie przed biegiem i na trasie oraz, a może przede wszystkim, bardzo mocna psychika! Maraton to morderczy wysiłek. Nie ma lekkich maratonów, chyba, że sobie truchtaliśmy dla treningu. To nie jest sprint, kilometr czy nawet 5 kilometrów gdzie pocierpimy chwilę i mijamy linię mety. Tutaj z bólem, kryzysem, zmęczeniem psychicznym i setką innych przeciwności losu musimy zmagać się godzinami.

Stajemy na starcie słysząc ze wszystkich stron, że od 30 kilometra dopadnie nas ściana. Że zacznie się potworny kryzys. Że prawdopodobnie spadnie nam tempo. Stoimy tak i sobie mówimy, byle do 30 kilometra. Później już jakoś to będzie. Zwolnię to zwolnię, większość zwalnia, po 30 km to nic złego. Zaczynamy biec i w momencie kiedy dobiegamy do tej magicznej bariery, raptem zaczynamy zwalniać. Uwierzcie mi, nic specjalnego się nie dzieje. Zwyczajnie mamy dość męczarni, spada nam tempo biegu, robimy sobie dobrze. Nikt nas nie będzie oceniał, to moment, kiedy większość z nas zwalnia. To normalne.

Trzeba pamiętać, że kwintesencją maratonu jest te ostatnie 12 kilometrów. Że to musi boleć, boleć jak cholera. Bardziej psychicznie niż fizycznie. Że to z każdym krokiem przełamywanie ściany. Że to test naszej silnej woli, samozaparcia, odporności na zmęczenie. Jak widzicie, że w koło Was odpadają kolejni biegacze, to ich wyprzedzajcie, dostaniecie dodatkowego kopa motywacji. Pamiętajcie, to tylko 10 kilometrów do mety. Przebiegnijcie chociaż kilometr nie zwalniając. A potem następny i następny. Aż do 40 kilometra. Potem już jesteście praktycznie na mecie.

Nie dajcie sobie wmówić jakiś bajek o ścianach, kryzysach itp. Jak mocno biegniecie 5 km to zawsze ostatnią milę biegnie się niemal z zamkniętymi oczami. Jak biegniecie 10 km to od 7 kilometra oddychacie rękawami. Przy półmaratonie po 14 kilometrze zaczyna się prawdziwa walka. Podobnie w maratonie ostatnia ćwiartka jest potwornie ciężka. Problem w tym, że do mety zostało jeszcze dużo kilometrów a w Waszych nogach są już przeważnie 2 – 3 godziny biegu. To prawdziwy sprawdzian dla Waszej psychiki, ale sprawdzian, któremu poddawany jest każdy maratończyk. I wielu z nich zdaje go celująco.

Oczywiście to maraton, zawsze coś się może stać. Czy to skurcze, kolki, problemy z żołądkiem czy rzeczywiście zupełne wypłukanie się z energii. Przeważnie osoby które nie są gotowe na ten bieg również nie wytrzymają jego trudów przez 42 kilometry. Ale jeżeli sumiennie trenowaliście, jesteście gotowi na realizację celu, to zapomnijcie o jakichkolwiek kryzysach. Gnajcie do mety ile sił i nie zwalniajcie nawet na sekundę. Mijajcie zwalniających biegacze i nawet się nie oglądajcie. Im szybciej dotrzecie do mety, tym szybciej skończycie męczarnie i będziecie mogli odpocząć z ulubionym napojem w ręku  Pamiętajcie, w maratonie głowa musi przez cały bieg współpracować z nogami. Powodzenia!

  • Mariusz

    Dla wielu biegaczy samym celem jest już przebiegnięcie maratonu. Po 30km rodzi się taka myśl, że bardzo ale to bardzo głupio by było nie dotrzeć do 42km tylko dlatego, że ciśnie się ponad siły i przydarzy się kontuzja lub jakiś skurcz uniemożliwiający dalszy bieg. Klucz to te przygotowania i trening :)

  • DamianF

    Zgadzam się z Tobą Bartosz – coś jest w tym że ściana na 30km jest ‚murowana’ w naszej głowie. Sam się jej potwornie bałem, dopóki rok temu nie pobiegłem w Poznaniu maratonu, gdzie dobiegając do 30 km byłem tak skupiony na rytmie biegu (albo już tak zmęczony ;) ) , że najzwyczajniej zapomniałem o niej :) Z ‚amoku’ biegu (nie zwalniając) ocknąłem się koło 36 km i zdałem sobie sprawę z tego że ściana faktycznie może istnieje tylko w mojej głowie.
    Jednak w związku z tym, że Twój blog jest mega popularny to ja jednak dodałbym coś o tym jak dużą wagę ma odżywianie podczas maratonu (w kontekście ‚ściany’). Jeżeli olejemy odżywianie już od początku biegu (ja za żel łapię koło 8km już) to potem może być problem (wiesz – brak glikogenu, brak paliwa itp itd.). Ale warto o tym wspominać. Takie moje zdanie.

    A że trening to podstawa – to nie ulega wątpliwości :)

    • WarszawskiBiegacz

      Oczywiście, odżywianie to podstawa w biegu maratońskim. Szczególnie u osób które biegną ponad 3 godziny i potrzebują dodatkowej energii dostarczanej od początku biegu.

  • Aurelia

    Właśnie niedawno w Warszawie miałam swój debiut. Wynik może wrażenia nie robi – 4:38:50, ale jestem z siebie niesamowicie dumna, właśnie dlatego, że cały czas biegłam :) Moim celem było przebiec poniżej 5h. Ściany nie było! Nie zwolniłam na 30tym kilometrze. Na Endomondo słupki równe, jak na żadnym treningu :) Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym się zatrzymać. W myślach ciągle powtarzane „ja wciąż biegnę :D”.
    Na jednym z punktów z wodą pomyślałam, że tak dobrze mi idzie, to chociaż napiję się po ludzku, przeszłam do chodu. Po dwóch sekundach zmieniłam zdanie – chód też bolał. Do końca biegu do mantry w głowie doszło nowe zdanie: „chód też boli, to ja już wolę biec – szybciej pobiegniesz, szybciej skończysz”.
    Na 35 kilometrze spotkałam męża wśród kibiców i jeszcze na chwilę przyspieszyłam :)
    Dopiero na 40tym kilometrze kryzys, ale nie w głowie – ból kolana… Początkowo myślałam, że tyle to dobiegnę z bólem, ale niestety, narastał z każdym krokiem. Nie chciałam zrobić sobie krzywdy, zatrzymałam się, porozciągałam, kawałek przeszłam, potem delikatnie truchcik, i znów było OK. Pozostał tylko finisz :) Pana, który krzyczał „zostało 500 metrów!” to chciałam ucałować :)

    Teraz wiem, że wszystko jest kwestią tego, jak bardzo tego chcesz.

    • WarszawskiBiegacz

      Super, gratuluję startu i życzę powodzenia w kolejnych!!!

  • Paweł Szostak

    Czuję tutaj wpływ pewnej książki Fitzgeralda ;) Ale zdecydowanie się zgadzam. Podczas ostatniego maratonu nie nastawiałem się nic konkretnego – chciałem dobrze pobiec, wiedziałem że będzie bolało i będzie ciężko ale byłem też pewny siebie bo miałem za sobą dobre przygotowania. Efekt był taki, że na końcowych kilometrach co prawda czułem ogromne zmęczenie i znużenie głowy, która musiała znosić długo, duży wysiłek ale dobiegłem ciągle przyspieszając i poprawiając życiówkę o ponad 20 minut na 3:12 wyprzedzając na drugiej części dystansu ponad 300 osób.

    • WarszawskiBiegacz

      Której? Akurat to napisałem bo mi wpadło do głowy, ale możliwe, że to urodziło się pod wpływem tej książki „Jak bardzo tego chcesz”. Teraz czytam „Trening 20/80”, tam też trochę jest o psychice, ale średnio mi się ta książka podoba.

    • Paweł Szostak

      właśnie z „Jak bardzo tego chcesz” mi się skojarzyło bo też dopiero co ją skończyłem.

  • norbert

    Dokładnie tak miałem w tym roku. Pierwszy maraton przebiegnięty z pełną świadomością i mocą. Można powiedzieć z kontrolą nad każdym kilometrem. Trzydziesty kilometr na moście gdańskim? Lecimy do 31., potem 32 i tak dalej. A to, że w pewnym momencie rzeczywiście organizm zaczyna pękać, nic na to nie poradzimy. Zacisn
    ąć zęby i rura do przodu.
    No i rzeczywiście, miałem to uczucie, gdy właśnie po 30. km mijałem całe tłumy, które nie wytrzymywały trudów biegu. Kiedyś w podobnych sytuacjach zabierałem takich ludzi, motywowałem, bo sam ledwo biegłem i chciałem oszukać organizm. Ale tym razem, niestety, każdy kilometr to pełna koncentracja i ciąg do przodu. I się udało. Życiówka zrobiona. Aż się nie mogę doczekać wiosny.

    • WarszawskiBiegacz

      Gratuluję i powodzenia na wiosnę!

  • BBL Legionowo

    Słyszałem, że nawet profesjonalni czołowi biegacze mogą odczuwać kryzys po 35 km ponieważ zasoby energetyczne prawie każdego człowieka wystarczają zwykle na taki dystans.

    • WarszawskiBiegacz

      Nie no, oczywiście, że tak. Uwierz mi, że Ci najlepsi po 30 kilometrze cierpią tak bardzo, że nawet nie potrafimy sobie tego wyobrazić. Lata treningu pozwoliły im wytrenować tę „umiejętność”. Chodzi o to, żeby nie poddać się kryzysowi, ale dobiec do mety pomimo dużych trudności.

  • Rafał Jackowski
  • Pingback: Ile potrzeba przebiec maratonów by polubić ten dystans? Pięć. | IronFactory.pl - triathlon, bieganie, sport()

  • Maciej Kaniewski

    Sorki za przydługi i przynudnawy pewnie komentarz, ale dzisiaj był dzień wyjątkowy i muszę to z siebie wyrzucić 😊 „Zrobiłem” sobie biegową wycieczkę… Szukałem nowych ścieżek i zgubiłem się w lesie. Po zaliczeniu półmaratonu zacząłem robić się już trochę nerwowy, bo ciągle nie miałem pojęcia gdzie podział się domek. Od kiedy mam „polara” nie zabieram ze sobą telefonu. Błąd 😀 W końcu się ucieszyłem, bo już znalazłem drogę do domu. Na krótko, bo okazało się, że zostało mi jakieś 14 kilometrów 😱 A że to głęboki las, to tramwaj raczej nie podjedzie 😀 W życiu tyle nie przebiegłem. Góra 21km i to raz. Biegam dopiero rok, głównie do „dyszki” także zaliczam po 13-15 km 4 razy w tygodniu i ani metra więcej. Sporo „tempówek” i podbiegów, ale kilometraż średni. Już wiedziałem, że będę „przerabiał” to, o czym prawdziwi biegacze piszą i mówią codziennie, czyli „…zasysanie z tłuszczu zapasowego…” Chudy jestem jak patyk, toteż myślę sobie, że za dużo nie pozasysam 😀 Do tego śniadanko małe… Będzie ciężko. No i było… Pod koniec musiałem robić sobie przerwy na marsz, bo nie dałem rady biec. Po raz pierwszy od poczatku biegania! Aż mi wstyd trochę było przed samym sobą. No, ale w tych okolicznościach musiałem sobie to jakoś wybaczyć. W sumie wyszło tego 28km biegiem i jakieś 4km marszem. Po powrocie do domu połknąłem trzy banany, trzy snikersy i poszedłem poleżeć 😊 Ten cały „występ” przekonał mnie już chyba definitywnie, żeby omijać maratony z daleka 😂 Co Wy widzicie w tym przyjemnego? 😱 Pozdrawiam, szczególnie maratończyków i idę się porozciągać żebym jutro mógł chociaż chodzić 👊

    • WarszawskiBiegacz

      Hehe, dlatego ja zawsze piszę, długie wybiegania dopiero, jak idą gładko i można je szybko biegać. Sam też na zmęczeniu, na głodniaka męczę te kilometry strasznie. Co prawda mam już organizm przystosowany ale jednak to psychiczna mordęga.

      Ale jak jesteś dobrze przygotowany, wypoczęty i najedzony, to takie 30 km po lesie mija błyskawicznie :)

  • justyna

    Haha, ja na pólmaratonie mam kryzys zawsze przy 20-21 kilometrze. Mam już wtedy tak dość że zaczynam sobie mówić że nigdy więcej, na szczęście głowa już na tyle mocna że potrafię mimo to nie zwolnić a nawet przyspieszyć. Ale zdarzyło mi się raz gdy nie biegłam w pełni sił, maszerować pół kilometra przed metą. Teraz przede mną pierwszy maraton i już się boję czy sobie poradzę. Na razie staram się o tym nie myśleć i robię swoje, ale mimo to wizja nieszczęsnego 30 kilometra zaczyna mnie prześladować ;) Dobrze że mam zamiar przebiec ten królewski dystans tylko raz w życiu więc zacisnę zęby i jakoś się dokulam ;)

    • WarszawskiBiegacz

      Hehe, Justyna, to ewidentnie problem głowy :) Jeżeli masz kryzys w półmaratonie na 21 km to do mety jest 100 metrów. Grzechem jest wtedy przejść w marsz :) Powodzenia na maratonie, zapomnij o kryzysie i pędź do mety!