Półmaraton Warszawski 2013

Przyszedł chyba czas na podsumowanie tego biegu. Półmaraton Warszawski 2013, wiadomo, cel był jeden, złamać 1:10. Zabrakło 15 sekund. Teraz czas odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego zabrakło?

Analizowałem ten bieg już na różne sposoby. Ogólnie w dniu biegu czułem się bardzo dobrze. Nie wliczając potwornego zimna to naprawdę było OK. Na rozgrzewce lekko i przyjemnie. Zero problemów, na nic nie mogłem narzekać. Po starcie szybko utworzyliśmy małą grupkę (ostatecznie 5 osób) i tak biegliśmy pierwsze km. Biegło się naprawdę szybko i przyjemnie. Trochę dziwnie nie miałem mocy w nogach, ale nie przeszkodziło to zrobić 32:45 na 10km! Więc wszystko szło zgodnie z planem. Puls cały czas ok. 170, więc ewidentnie nie przeszarżowałem. No i jakoś od 12 km zaczęły się dziwne problemy. Czułem, że naprawdę mam moc, że cały układ wydolnościowy może jeszcze pracować na dużo większych obrotach, ale nie mogłem się rozpędzić. Zwyczajnie nogi nie chciały… Później był podbieg, który potwornie mnie zmęczył, ale znowu, tylko nogi! Po podbiegu szybko się odbudowałem, znowu starałem się przyspieszyć i znowu głową w mur. Pierwszy raz miałem podobną sytuację. Na 20 km spojrzałem na zegarek, nie było szans, a jeszcze na moście naprawdę starałem się walczyć. Ostatni km zrezygnowałem, nie chciało mi się już nawet podejmować rywalizacji na finiszu (Artur, jak to czytasz to spoko, z Tobą i tak bym nie wygrał, za szybko poleciałeś ostatnie 400 metrów :),  ale jakieś 5 sekund na pewno mogłem urwać). Na mecie 1:10:14 (sekunda do życiówki, co mnie akurat nie zabolało), 15 sekund do 1:09:59, co już mnie zabolało. Tragedii nie było, ale oczekiwania były większe. Za dużo pracy włożyłem, żeby nie zrealizować celu. Na mecie o dziwo wszystko OK. Zawsze padałem po takim biegu, a tu po 5 minutach odpoczynku mogłem biec dalej. I to by potwierdzało teorię, że nie mogłem się rozpędzić, a zapas był. Co ciekawe następnego dnia też luz. Niby zakwasy lekkie na czworogłowych, ale już zrobiłem 4 treningi, rozbiegania i tempo naprawdę, jak bym był przed biegiem, a nie po biegu.

Teraz pora na znalezienie winnego :) Pierwsze, co bym mógł wskazać to zimno. Ale kurcze, każdy miał takie same warunki i większość zdychała na mecie czyli polecieli na maksa, ja nie mogłem. Więc chyba nie tędy droga. Zresztą wcale zimno mi nie było. Może dopiero po 12, 13 km jak zaszło słońce, ale tragedii nie było.

Dwa to brak szybkości startowej. Biegałem naprawdę dużo biegów tempowych, ale ze względu na pogodę ciężko było mi się rozpędzić do 3:18, było to wręcz niemożliwe. Chyba, że na krótszych odcinkach, ale to już kwestia podejścia do treningu. Ja w tym roku postawiłem na długie biegi tempowe i czekam, co z tego wyjdzie. Jak się całą wiosnę zawiodę, to będę kombinował dalej.

Trzy to słabe nogi. OK, robiłem podbiegi raz w tygodniu. 10, czasem 15 razy po jakieś 150 – 200 metrów. Na siłowni ćwiczyłem jakoś w grudniu, ale miałem po tym na tyle zmęczone nogi, że nie mogłem się rozpędzić na treningach. Myślę, że to był błąd. Nie powinienem był rezygnować, trzeba było to jakoś wykombinować, przestawić, coś wymyślić :) Teraz już za późno, do tematu wrócę po maratonach wiosennych. W każdym razie jestem pewny, że tutaj mam jeszcze trochę do nadrobienia.

I w końcu cztery, mam zwaloną krew. Już się zapisałem na badania, będę znał wynik pod koniec przyszłego tygodnia (niestety trzeba postać w kolejce do lekarza). Ale rok temu miałem po zimie tak fatalne wyniki hemoglobiny i hematokrytu, że lekarz dziwił się, że ja w ogóle jestem w stanie ukończyć półmaraton. Patrząc na średni puls (171 w Warszawie) można dojść do wniosku, że historia lubi się powtarzać, a ja zamiast kontrolować to przez zimę to olałem. W Tarczynie i Błoniu miałem puls 176, nikomu nie muszę tłumaczyć, co daje te 5 uderzeń więcej na minutę.

No i ostatnie, zwyczajnie mi nie wyszło :) Albo miałem zły dzień, albo nie trafiłem z treningiem itp, itd. Pociesza mnie trochę fakt, że zrobiłem ten półmaraton w 1:10 i nie zajechałem się za bardzo. Za 18 dni mam Boston, więc w tej perspektywie to nawet budujące. Tam już raczej będę biegł na prędkościach, które stosowałem na treningach. Mam też czas na jakieś 3 treningi z prędkościami startowymi. Powinno być OK.

Na koniec chciałem podziękować wszystkim wolontariuszom półmaratonu, którzy w ten mróz stali i pomagali biegaczom. Wszystkim na starcie, mecie, w depozytach, przy jedzeniu itd. Gratulacje należą się też Fundacji Maratonu Warszawskiego, ponad 10 tys. biegaczy na mecie!!! W Warszawie pobiegło więcej ludzi niż w słynnym w Europie półmaratonie w Lizbonie, niesamowite!

A żeby nie było tak smutno zaznaczam, że nie obyło się bez sukcesów. Razem z Warszawiaky Athletics Club wygraliśmy klasyfikację drużynową! Mamy już komplet, maraton plus półmaraton. Super sprawa!

 

I jeszcze na sam koniec podziękowania dla wszystkich, którzy dopingowali na trasie. A największe dla tych którzy dopingowali mnie! :) Często nie zwracałem uwagi koncentrując się na biegu, ale naprawdę wszystkich was słyszałem i doceniam wasz doping. W grupie, w której biegłem, byłem prawie jak celebryta :D

Wpisujcie uwagi, może znajdzie się jakąś mądra głowa, która miała podobne objawy i znalazła przyczynę. A może ktoś ma pomysł jak sobie z tym poradzić i sprawić, żeby nogi nadążały za płucami? Czekam na wasze uwagi. A ja tymczasem rozpoczynam misję Boston 2013 :)

More from Bartosz Olszewski

Opaski Compressport R2 – recenzja

Dziś mam przyjemność zaprezentować opaski kompresyjne Compressport R2. Dlaczego przyjemność? O tym...
Read More
  • nestork

    Nie wiem, czy moje spostrzeżenia będą miały jakiś sens, bo ja w tym półmaratonie celowałem w czas 20 min wolniejszy od Ciebie, w każdym razie symptomy miałem podobne – dokładnie na 12. km lewa noga jakby „wysiadła”, a właściwie pracowała na pół mocy – zawiódł przywodziciel uda (lub też w ogóle mięśnie zaczepione przy miednicy z boku lewego pośladka – do sprawdzenia). No i klops – prawa noga może ciągnąć, a lewa hamuje. Miałem zacząć przyspieszać, a tu tempo na km spada. Na podbiegu utrzymałem tempo, ale akurat w tym elemencie jestem mocny. Końcówka biegu to walka z bólem o dobiegnięcie do mety, bo zakończyłem 6 min gorzej od wyśrubowanego planu. Obwiniam zbyt słabą rozgrzewkę, niską temperaturę, stres życiowo-zawodowy (co przekłada się na słabą psychę podczas biegu) i złą technikę – coś niedobrego dzieje się w momencie wysuwania lewej nogi z miednicy, nie mam pewności w stawianiu kroku, a przy treningach >15 km boli głównie miednica. Muszę to przebadać u fizjoterapeuty. Hope it helps :-/ PS Dziś na dychę Orlenu było w porządku – zadbałem o rozgrzewkę itd. i padła życiówka :-)

  • Marcin S

    Co prawda biegam połówkę pół godziny wolniej niż Ty, ale miałem podobny problem – zawiodły nogi, a nie płuca. Biegłem na sporym luzie jeśli chodzi o płuca (tętno ok. 158-160 przy max. 192), od 15km planowałem przyspieszyć. Seria skurczy, która zaczęła się na podbiegu skutecznie mnie powstrzymała i mało co, a nie ukończyłbym biegu. Konieczne było zatrzymanie się kilka razy i rozciągnięcie łydki i uda.

  • nie Mogę nie Istnieje

    moim zdaniem nie zrównoważony trening biegowy. Więcej tempówek, a za mało siły.
    A tak na serio, to pewnie z powodu mrozów aby nie nabawić się zapalenia gardła, na treningach oddychałeś przez nos. A na połówce zacząłeś przez usta i wiadomo więcej tlenu dostałeś w płuca. Gdyż było zimno, to ciepłe powietrze unosiło się do góry docierając do serducha i głowy. Do nóg ni jak nie mogło się dostać. To chyba logiczne?!!!