Podsumowanie tygodnia is back!

Zbierałem się dziś na trening i zbierałem. Już zrezygnowałem. Lodziarnie zamykali za 30 minut więc musiałem wybierać. Postawiłem na coś słodkiego. Ale w końcu powiedziałem: NIE! Poszedłem, zrobiłem kilka kilometrów. I stwierdziłem, że jak z takim treningiem się przełamałem to i z blogiem czas wracać :) Na początek podsumowanie tygodnia. Bo tutaj działo się i dzieje się sporo w ostatnim czasie.

Zanim rozwinę tę opowieść, musicie wiedzieć, że ten tydzień zaczynałem w dość ponurym humorze. W niedzielę biegłem test na 10 kilometrów. Chciałem złamać 32 minuty. W sumie nic innego mnie nie interesowało. Miałem wszystko, stadion, prowadzenie, całkiem dobrą pogodę. Tylko formę i głowę zostawiłem w domu. W każdym razie 5 kilometrów minąłem w 15:53, dobiegłem jeszcze do 5200 metra w średnim tempie 3:11 (tak, nie zwolniłem nawet na sekundę) i skończyłem. Zacząłem się bardzo mocno męczyć. W głowie siedziało, że nie dobiegnę tego do końca w tym tempie. Impuls i stałem klnąc pod nosem. Wybaczyć sobie nie mogę, że nie powalczyłem. Jak nie o złamanie 32 minut to chociaż o życiówkę. No nic, ja mam nauczkę. A Wy lekcję, nie róbcie tego. Nie schodźcie jak nie jest to spowodowane urazem. Później będziecie żałować.

Piekielnie mocna ekipa. Tylko mało kto wygląda jak biegacz :D

Poniedziałek

Myślałem, że będzie względny luz. Co prawda w niedzielę zrobiłem 5.2km + 2km + 1km (tak, jeszcze biegałem po ok. 3:10 min/km ale już nie chcę o tym mówić, bo skoro dałem radę po teście dalej biec planowanym tempem to sami rozumiecie… ). A dwie godziny po teście z Kasią zrobiłem dychę po 4:05 i to był trucht. Ale w poniedziałek cierpiałem. Oj cierpiałem. Nogi bolały. Tyłek bolał. Połamany byłem mocno i zrobiłem 14 km rano i 12 km wieczorem. Tempo ok. 4:30. Ale męczyłem, oj męczyłem.

Wtorek

Poranne Hills Session z Bartkiem Falkowskim. Ale to była już rzeźnia :) Jeszcze 7 kilometrów do podbiegu jakoś poszło. Podbiegi też, biegaliśmy 10×200 po 38-34 sek. Ale powrót do domu :D Ok, masz do domu, bo biegiem tego bym nie nazwał. Bartek mówił, że to kwestia biegu przez las, że po asfalcie byłoby dużo szybciej. Przez chwilę mu wierzyłem, ale jak ostatnie dwa kilometry już biegłem asfaltem od lewego do prawego krawężnika, stwierdziłem, że chyba jednak to nie była kwestia lasu. Ogólnie ciężki trening… Ale taki po jakim bardzo szybko człowiek się regeneruje. A już jutro w planach mocne bieganie.

A te hillsy to jeszcze z jednego powodu taki zaspany biegałem. Ale się na pewno nie domyślicie :D

Środa

Na rano zaplanowałem Broken Miles. Biegane po trasie technicznej S8, ale na znacznikach wymierzonych kółkiem. W planach 5×1200/200+400/400. Biegałem razem z Bartkiem i ani ja ani on nie chcieliśmy, żeby to był trening morderca. 1200 w tempie 3:15 min/km, 400 w 72 sek. Wyszło 3:11-3:15 odcinki 1200 i 72-68 te 400. Naprawdę miałem dobry dzień. Te 400 do dziś nie mogę uwierzyć. Pewnie nie pobiegam tak do późnej jesieni :D W każdym razie tyle szczęścia, w końcu dobre bieganie. Z rezerwą! Aż sobie loga zjadłem.

Biegaliśmy na asfalcie. Ale wyglądaliśmy tak samo.

Wieczorem było 9 kilometrów. Masakra. Tzn tempo super, 4:15 i na luzie. Ale jak mnie po 6 kilometrze postawiło to szkoda gadać. Wiedziałem, żeby brać trzy porcje a nie tylko jedną. No cóż, do końca tygodnia byłem już mądrzejszy. I kilo cięższy…

Czwartek

Dwa razy lekko. Rano 20 km z Mateuszem (Dr. Łokciem). Wziąłem go na wypadek, gdyby mnie skurcze łapały :) Ale o dziwo biegło mi się wyśmienicie. Nie wiem czy to efekt towarzystwa (Bartek takiego efektu we wtorek i poniedziałek nie dawał :D ) czy Łokieć zwyczajnie jadąc obok mnie wciąga jak tir i napędza wiatrem? :)

Akcja regeneracja

Wieczorem 8 km. Lekko, spokojnie. Bez historii.

Piątek

16 kilometrów. Szło jak krew z nosa. Chyba w okolicach 11 kilometra noga zaczęła puszczać. Było w tych kilometrach 5 km po 4:04 i 5 km po 3:45. Więc nie był to w pełni lekki bieg. Ale też fizjologicznie nic ciężkiego. Mantalnie masakra.

Sobota

Co za dzień. Na trening miałem iść o 8-9 rano. Wyszedłem o 18.. W dodatku ok. 15 wcinałem pizzę, całą. Do tego lody i jeszcze ciastko Kasi podjadałem. Byłem przekonany, że już nic z tego nie będzie. Są takie dni, że zwyczajnie zebrać się nie można. To był ten dzień. Ale w końcu poszedłem. Dobiegłem 4 kilometry rozgrzewki, stanąłem i modliłem się 5 minut. Jak już miałem ruszać to widzę z lasu wychodzi Bartek z Dominiką (żoną). Więc modliłem się kolejne kilka minut. Co ciekawe do końca nie wiedząc co ja w ogóle mam biegać. Wiedziałem tylko, że sporo i szybko.

Po pizzy zawsze noga idzie. Ale po pizzy a nie jakimś przesolonym gumiaku z przypalonym serem i zalanym olejem!

Ruszyłem. Po 500 metrach patrzę na zegarek. Średnia 3:12. Ok, szybka kalkulacja. Za daleko to ja tak nie zajadę. Ale w końcu miało być sporo biegania. Noga w sumie luźna, tempo bardzo dobre, zrobię 4 i zobaczę co dalej. Zrobiłem, czwarty to już była konkretna walką. 3 min w truchcie i ruszam dalej. Pomyślałem o treningu 4+3+2+1 km. Zrobiłem 3, ostatni to już naprawdę oddychałem rękawami. Wiedziałem, że już jestem w domu. Dwa poszły bez walki o życie. A kilometr w 3:05 i to z lekką rezerwą. Dzień konia, piękny trening. Tak się zajarałem, że na niedzielę zaplanowałem mocne 30 km. Może BNP?

Niedziela

Co ja się męczyłem. Dobrze, że był Łokieć i miał bidon. Chce to zapomnieć. Nawet przez sekundę nie myślałem, żeby przyspieszyć. 30 km wyklepałem. Tzn tempo 4:26, więc to nie tak, że maszerowałem. Ale uwierzcie mi, to nie był fajny bieg :)

Trochę mi go szkoda. 30 kilometrów w takim tempie. A na rowerze to nawet piwa wypić nie może…

Pozytywy

  • Zrobiłem wszystko co planowałem
  • Piękne dwa treningi, aż byłem zaskoczony
  • Integracja koleżeńska na treningach :)
  • Nie straciłem zapału po tej marnej “dyszce”

Negatywy

  • Oj te 30 km. Słabe, zbyt męczone. To powinno być luźno, przynajmniej pierwsze 20 km.
  • Nie wiem jak to się stało, że w poniedziałek po tym tygodniu ważyłem więcej niż na początku tygodnia… :)
  • Mało snu
O takie te noce :)

Nauka na przyszłość

  • Bieganie po pizzy zawsze wchodzi
  • To że Ci się nie chce i noga się nie kręci, nie znaczy, że nie zrobisz roboty
  • Następnym razem wracam z podbiegów Uberem

Dla początkujących

  • Jesteście amatorami. Nie poddawajcie się na zawodach, sprawdzianach, treningach. Robicie to dla siebie i nie warto się dołować, przejmować, zamartwiać, że nie wyszło. Warto dobiec, zobaczyć gdzie się jest, jaką się ma formę. I trenować dalej. Ja byłem w niedzielę miękką pałką. Nie idźcie tą drogą :)
  • Nie biegajcie wszystkich treningów na maksa! W środę zrobiliśmy mocny trening ale z rezerwą. To był świetny bodziec dla organizmu, co pokazuje sobota. Piękna superkompensacja i nie wiadomo skąd raptem najlepszy trening w maju. Jak bym w środę się zajechał to w sobotę byłaby kiszka. A w niedzielę poszedłbym z Łokciem na piwo a nie na trening :D
Buziaki! :)

To chyba tyle, dziękuję za uwagę i obiecuję powrót na dobre. Może nie będę pisał każdego dnia, ale na tyle często, żeby coś między podsumowania wrzucać :D

More from Bartosz Olszewski

Wings For Life World Run 2017 – decyzja zapadła

W tym roku to naprawdę była ciężka decyzja. Cały czas nie mogłem...
Read More