Podsumowanie tygodnia 37-39.2015 – tu nic się nie klei…

nuda

Kiedyś zrezygnowałem z podsumowań tygodnia właśnie dlatego, że nie lubiłem takich wpisów, jak ten dzisiejszy. To są trzy tygodnie, z czego dwa to tapering do zawodów, a trzeci kombinowanie, jak tu zrzucić trochę wagi, utrzymać formę, odpocząć po maratonie i być gotowym na następny. Ostatecznie wszystko się udało, ale cały trening nie trzyma się kupy. Więc z góry uprzedzam, z ciekawości przeczytajcie, ale później zapomnijcie. Tak nie powinien wyglądać przemyślany trening.

Ale jak to mówią, potrzeba matką wynalazców. I ten trening to właśnie taki wynalazek. Zacznijmy od ostatniego tygodnia przed maratonem w Krynicy. To standardowy tydzień przedstartowy. No może nie tak do końca, bo zacząłem całkiem mocno.

Tydzień 37 – WarszawskiBiegacz zrzuca kilogramy.

Krynica to nie był oczywiście mój docelowy maraton, a mi waga jednak cały czas pokazywała, że to będzie moja „najcięższa” Warszawa od kilku lat. W poniedziałek zrobiłem 23 kilometry ze średnim tempem 4:00 min/km. Biegło mi się dobrze i luźno, wykorzystałem ten fakt. Wtorek to już 15 kilometrów rozbiegania. Środa 5 km biegu progowego po 3:18 min/km, łącznie około 13 kilometrów biegu. Ten bieg wyszedł super. W końcu czułem, że ponownie jestem w gazie po Reykjaviku. Czwartek 10 kilometrów rozbiegania, piątek wolny i sobota do Życiowa Dziesiątka na Festiwalu Biegowym. Pobiegłem ją w pierwszym zakresie pulsu.

Krynica i wykres pulsu. Widać, że w środku trochę sobie odpuściłem.
Krynica i wykres pulsu. Widać, że w środku trochę sobie odpuściłem.

Jak widać cały tydzień, poza poniedziałkiem, to mój standardowy tapering przed zawodami. Wiedziałem, że na maraton będę gotowy. Nie robiłem diety białkowej, ale na początku tygodnia zmniejszyłem liczbę węglowodanów w diecie, żeby od czwartku zacząć lekkie ładowanie. Nic nie bolało. Podbudowany jeszcze nagrodą dla Biegowego Dziennikarza Roku, chciałem w Krynicy pobiec na miarę możliwości. Szybko, ale z głową.

Statystki z Krynicy
Statystki z Krynicy

O samym starcie możecie przeczytać tutaj. Dziś może trochę żałuję, że ta głowa powstrzymała mnie, przed szybszym biegiem, szczególnie w środkowej części dystansu. Ale i tak był to jeden z najbardziej udanych maratonów w moim życiu. Trzy tygodnie po Reykjaviku pobiegłem 2:31 na bardzo trudnej trasie, z przewyższeniami 540 metrów (według garmina). Teraz zadawałem sobie pytanie, jak ja mam się przygotować do Warszawy?

Tydzień 38 – Boże, zlituj się!

Po maratonie czułem się dobrze, natomiast następnego dnia byłem kompletnie rozbity. Jak to po maratonie. Nie chodzi tu o jeden konkretny ból, jak np. mięśnie czworogłowe, albo łydki. Byłem zwyczajnie cały obolały. Ból i smutki topiłem w słodyczach. Poniedziałek nie biegłem nic. Wtorek i środa to rozbiegania. We wtorek przebiegłem ponad 20 km, powoli, po lesie. Nawet źle to nie wyglądało. Ale w środę ponownie poczułem zmęczenie. Doszły do tego treningi grupowe i tak, zaraz po maratonie, byłem na nogach od 5:30 rano, do późnego wieczora. Zaczęły się upały.

W czwartek chciałem zrobić jakiś akcent. Nic z tego nie wyszło. Już o tym pisałem. Miało być 3×6 km w tempie maratonu. Skończyłem po 6 kilometrach i wróciłem do domu. Nie miałem siły. W piątek ponownie rozbieganie 16 kilometrów. Treningi grupowe prowadziłem od wtorku do piątku, musiałem zastąpić brata i Kasię, którzy rzeźbili formę w Szklarskiej (dobrze, że wyrzeźbili, bo inaczej byłaby nagana :) ). Byłem przemęczony, nic mi nie wychodziło. Potrzebowałem odpocząć.

błędy

Żeby tego było mało, w nocy coś mi się stało z zębem. Cholerna siódemka nie dała mi zasnąć nawet na sekundę. Trafiłem przed 8 rano do stomatologa. Skończyłem na L4. W tym momencie naprawdę byłem już chodzącym zombie, na silnych lekach przeciwbólowych. W perspektywie maraton za 9 dni, ten najważniejszy, bo u siebie. Pięknie.

Żeby nie było, nie miałem zamiaru się poddawać. Mogłem zrobić tylko jedno, zapakować bagażnik i na weekend ruszyć z Kasią do Krasnopola. Ostatnio to moja baza do ładowania akumulatorów. W końcu się wyspałem. W sobotę wyszedłem tylko na rozbieganie, 16 kilometrów i dalej odpoczywałem. Niedziela miała mi odpowiedzieć na pytania, czy coś z tego maratonu będzie, czy jednak biec go z dużą rezerwą.

No i niedziela powiedziała mi, że wracam do formy. Zrobiłem drugi zakres, 21 kilometrów. Wyszło podobnie jak przed Reykjavikiem. Tam w upale, tutaj w dobrych warunkach, ale z mniejszym pulsem. Wtedy byłem w większym gazie, ale wiedziałem, że teraz też jest super. Naprawdę odetchnąłem z ulgą. Najadłem się dobrze i przeszedłem na dietę białkową.

Tydzień 39 – Cuda się zdarzają :)

Wykres pulsu z Warszawy. Widać, że wydolnościowo miałem rezerwę, ale zabrakło sił w nogach, żeby pracować mocno. Szczególnie pod wiatr.
Wykres pulsu z Warszawy. Widać, że wydolnościowo miałem rezerwę, ale zabrakło sił w nogach, żeby pracować mocno. Szczególnie pod wiatr.

Ponownie zacząłem tapering. Poniedziałek 15 kilometrów rozbiegani. Wtorek 10 kilometrów rozbiegania. Na białku, ale jeszcze całkiem dobrze. Natomiast środa to już była masakra. Chciałem zrobić 5 km progowo, ale dałem radę tylko 4 kilometry po 3:18 min/km. Puls był już kosmicznie wysoki, a ja nie chciałem ryzykować. Dieta i kompletny brak węglowodanów dawały o sobie znać. Ale to już ostatni dzień diety, w końcu mogłem zjeść coś słodkiego.

Statystyki z Warszawy
Statystyki z Warszawy

Czwartek to 10 kilometrów rozbiegania. Piątek wolny. Sobota i ostatni bieg. 6 kilometrów, średnie tempo schodziło poniżej 4:00 min/km w pierwszym zakresie. Byłem w formie, ponownie. Nie wiedziałem tylko na ile starczy mi sił w maratonie i na ile osłabione są moje nogi. Wszystko miało okazać się w niedzielę, 27 września podczas 37. PZU Maratonu Warszawskiego. A z tego biegu relację możecie przeczytać tutaj.

Podsumowanie

Te tygodnie pokazują, że trening biegowy nie zawsze wygląda tak kolorowo, jak byśmy tego chcieli. Niestety życie amatora różnie się układa i czasem trzeba reagować na różne sytuacje i dostosowywać trening. Na pewno nie należy popadać w zwątpienie, nie poddawać się. Nigdy nie myślę, że może mi się nie udać. Jak mi nie wychodzi, to wracam do domu i kombinuję, co zrobić, żeby wskoczyć na właściwy tor. Ważne jest, żeby reagować szybko i z głową. Powyższe treningi nie są opcją do naśladowania (poza ostatnim tygodniem przed Warszawą), ale są przykładem, że nie ma idealnych planów i bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia ciężko czasem wygrzebać się ze spadku formy. Z drugiej strony chciałem pokazać, że nawet z beznadziejnej sytuacji można wybrnąć. Bo jak inaczej nazwać czwartkowy trening, który skończyłem po 6 z zaplanowanych 18 kilometrów i nieprzespane niemal 40 godzin z rzędu. Niby kompletna rozsypka, a w niedzielę już robiłem super trening.

Koniec...
Koniec…

Pamiętajcie, za siebie patrzcie tylko po to, żeby wyciągać wnioski a nie się zamartwiać. To już było, tego nie zmienicie. Natomiast od tego co zrobicie w danym momencie zależy to, gdzie znajdziecie się za parę dni. Czy dalej będziecie się zamartwiali i ponosili porażki, czy może uwierzycie w siebie i zaczniecie naprawdę dobrze i z głową trenować.

Fot: Bogdan Jabłoński 

More from Bartosz Olszewski

3 największe grzechy biegania z GPS

Jestem wielkim entuzjastą techniki. Bieganie z GPS, szczególnie jak jest wbudowany w...
Read More