Podsumowanie 2018 roku. Fatalny rok, który każdego z nas może wiele nauczyć.

Podsumowanie 2018

Zastanawiałem się rano, jak napisać ten post, żeby nie smęcić cały czas. To nie był udany okres pod względem sportowym. Jedna kontuzja goniła drugą. Tak naprawdę wystartowałem w jednych zawodach, po których musiałem pauzować. Ale czy był to taki zły rok? Zawsze jestem optymistą. A dawno się tyle nie nauczyłem. Dawno nie miałem takiego głodu treningów i zawodów. I jestem przekonany, że to wszystko zaprocentuje w 2019 roku.

Zaczęło się fatalnie. Tuż przed wyjazdem do Australii i Nowej Zelandii zdiagnozowano u mnie złamanie zmęczeniowe kości krzyżowej. Stało się to na początku stycznia. O bieganiu mogłem zapomnieć. Ale naprawdę patrzyłem optymistycznie w przyszłość. Wiedziałem, że na Wingsa już na 100% nie będę gotowy. Ale też to miał być rok Mistrzostw Świta na 100 km, a Wings for Life miał być „tylko” treningiem. No cóż. Przez całą karierę biegową unikałem kontuzji, więc jak już coś poszło, to na dobre. Kość się nie zrastała, ja w końcu wylądowałem przywiązany do łóżka, na Wingsie przeszedłem 4 kilometry. Ale po powrocie usłyszałem dobrą diagnozę. Kość się zrosła!

Z nieba do piekła…

W euforii ruszyłem przebiec się chociaż 400 metrów. I się przebiegłem. Wyplułem prawie płuca. Po tym biegu nie wyobrażałem sobie powrotu do biegania. 400 metrów, tempo 5:00 min/km, a dawałem z siebie wszystko! Ale jak się miało okazać, wcale nie kondycja fizyczna podczas tego biegu była najgorsza. Już o tym wspominałem, ale bolała mnie wtedy bardzo mocno pachwina. Kurczę, cztery miesiące nic nie robię i taki ból. Skąd? Raz było lepiej, raz gorzej. Bywały tygodnie, że biegałem codziennie i było dobrze. Później potrafiłem się budzić w nocy z bólu. Przebiegłem Maraton Wigry, ale już na mecie wiedziałem, że z Mistrzostw Polski na Łemkowynie muszę zrezygnować. Kolejny niezrealizowany cel…

Dalsza walka

Akurat miałem tomograf kości krzyżowej, który przy okazji pokazał co się dzieje z tymi pachwinami. A konkretnie przyczepami mięśni z prawej strony. Siedzący tryb życie w połączeniu z dużymi obciążeniami treningowymi i brakiem czasu na regenerację zrobił swoje. Nie będę się rozpisywał co i jak. Miałem szanse 50/50, że uda się bez zabiegów. A nie chciałem, żeby ktoś mnie kroił, więc wziąłem się ostro do roboty. Dwa razy w tygodniu rehabilitacja, fale uderzeniowe w miejsca gdzie naprawdę boli, setki godzin ćwiczeń. Z tygodnia na tydzień było lepiej, aż w końcu wróciłem do treningów. Po drodze pochłaniałem też kolejne książki o bieganiu, treningu uzupełniającym i regeneracji. Biegać nie mogłem, więc przynajmniej czegoś się nauczę. No i cały czas jeździłem na rowerze. Już nawet moje nogi przypominały te kolarza. A gdyby tempo biegu rosło mi w takim tempie jak moc na rowerze, to rekord w maratonie byłby zagrożony w tym roku :D Ale wiadomo, na początku idzie jak po maśle.

Tego już za wiele!

Ok, wszystko już było dobrze. Wyleczyłem plecy, wyleczyłem przyczepy. Zwiększyłem zakresy ruchów, zrzuciłem wagę. Biegało mi się naprawdę dobrze. Zbudowałem objętość. Znowu byłem w grze. I wtedy nabawiłem się chyba najgłupszego urazu w życiu. Coś bolało mnie między żebrami. Niestety z każdym dniem bardziej, aż w końcu nie mogłem wziąć głębokiego oddechu. Wyobrażacie sobie bieg kiedy nie możecie głęboko odetchnąć? No właśnie. Szczególnie akcenty były udane. Czułem się jak w warunkach hipoksji :) Okazało się, że naderwałem mięsień międzyżebrowy (konkretnie powięź). Jak to słyszałem to już nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Przynajmniej już wiedziałem co mi jest. Jednak przetrenowałem ten okres. Musiałem do połowy ograniczyć trening uzupełniający (nie mogę brać ciężaru w ręce). Nie zrobię też pompki etc. Nie ważne, w tej chwili już jest naprawdę całkiem dobrze. Podczas biegu praktycznie nie przeszkadza. A i na siłowni mogę całkiem dobrze brykać.

Czy było tak źle?

Tak w skrócie wyglądał mój 2018 rok. Możnaby powiedzieć: masakra. Ale serio jakoś specjalnie nie płaczę. Często ludzie podczas kontuzji się załamują, nie mogą przeboleć straconych dni treningowych, startów. No cóż, może tak miało być? Może po 10 latach biegania, po trzech niezwykle wymagających sezonach z Wingsem w tle, musiał przyjść okres odpoczynku i regeneracji organizmu. Nie zmarnowałem też tego czasu. Zobaczyłem kawałek świata. Uważam, że rozwinąłem się też bardzo sportowo. Dużo się nauczyłem. Wiem, co muszę poprawić, żeby być jeszcze lepszy, szybszy, sprawniejszy. Znowu bardzo mi się chce. Chcę trenować, startować, wygrywać. No i mamy drugi stycznia 2019 roku, a ja po 12 miesiącach walki z kontuzjami wcale nie jestem w takiej złej formie. Jestem prawie tak szybki jak rok temu, prawie tak samo wytrzymały i na pewno dużo sprawniejszy. No i dużo bardziej wyspany! :D

Co mi dał ten rok?

Teraz mam 34 lata i jestem przekonany, że gdybym nie dostał takiego kubła zimnej wody na twarz, to nie osiągnąłbym maksimum swoich możliwości w latach kolejnych. Mam nowe pomysły na swój trening, wiem nad czym muszę pracować, co poprawić. Jestem dużo silniejszy, sprawniejszy a będę i dużo szybszy. Nie mogę się doczekać, jak rozwinie się ten rok!

Czego Wy możecie się z niego nauczyć?

Co z tego możecie wyciągnąć dla siebie? Na pewno to, żeby nie łamać się kontuzjami. To naprawdę nie musi być czas stracony. Bieganie też nie jest całym światem (wiem, ja to mówię! :) ). Ale serio, zawsze uważałem, że na jeden pasji życie się nie kończy. I warto szukać innych. Pewnie gdybym rok leżał w łóżku i rozpamiętywał ile mógłbym osiągnąć, śledził wyniki znajomych etc. to dziś byłbym wrakiem człowieka. Najgorszy sportowy moment w roku? Jak siedziałem w Rio i oglądałem na telebimie rywalizację innych. I zadawałem sobie pytanie, dlaczego mnie tam nie ma? Nie warto, lepiej się skupić na tym co możemy w danej chwili robić i osiagnąć.

Podziękowania

Przy okazji już na sam koniec. Warto wspomnieć, że pomimo tych wszystkich perypetii przez cały rok byli ze mną:

New Balance – i mam nadzieję, że razem jeszcze dużo przed nami!
LightBox – to oni dbali o to, żebym nie ważyłem teraz 90 kilo. I im się to udało :)
Dr. Łokieć – Mateusz dostał do obróbki materiał twardszy niż diament, ale mimo wszystko szlifuje :D
Michał Wichowski z HCBA – co prawda w tym roku testy wydolnościowe odpadały a suplementy nie były mi tak bardzo potrzebne, ale zawsze mogłem liczyć na jego wsparcie w tym zakresie
Jagoda Podkowska z BlueBerry Clinic – pewnie płakała jak widziała kolejne litry wypijanej coli, ale zawsze mogę liczyć na jej pomoc w zakresie dietetyki

To tyle. Zacząłem smutno, ale kończę z uśmiecham na twarzy. Czas zacząć 2019. Z przytupem!

More from Bartosz Olszewski

START!!!

W końcu się udało ruszyć z blogiem! Zapraszam wszystkich do śledzenia i...
Read More