Morderczy Puchar Maratonu Warszawskiego 20k

Za mną kolejny Puchar Maratonu Warszawskiego. Tym razem 20k w Międzylesiu. Kolejny etap przygotowań do 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Ale tym razem to nie był zwykły dzień. Od kilku dni patrzyłem na termometr i zastanawiałem się, jak w ogóle pobiec w takim piekielnym upale?

Pogoda wskazywała na godzinę startu 30 stopni i zero chmur. Przy gruncie ponad 40! Wyglądało to naprawdę nie za dobrze, a plany były ambitne, 20k tempem maratońskim, czyli 3:30 min/km. Rano nic nie zapowiadało takiego upału. Chmury, nawet lekki chłodek. Ale pogoda nie kłamała. Po 3 km rozgrzewki byłem zlany potem jak po biegu. Na szczęście jako Warszawiaky byliśmy obstawieni przez pomocników. Dzięki Natalia (na zdjęciu), dzięki rodzice, dzięki rodzice Mateusza! Bez was szybko byśmy skończyli to bieganie…

natalia_puchar_20k

Zaraz po 10:00 ruszyliśmy. Zgodnie z założeniami prowadziliśmy bieg z Mateuszem, równo po 3:30, na początku biegło mi się naprawdę dobrze. Pierwsze 5 km w 17:28. Kilka łyków Powerade i jazda na drugą pętlę. Zaczęło robić się naprawdę gorąco. Co więcej dopadło mnie coś, co praktycznie nigdy nie zdarza mi się na biegu. Kłopoty żołądkowe. Odbijało mi się jak po imprezie. W dodatku żołądek zaczął wariować. I tak 5 km. Ale biegło się naprawdę nieźle. 10 km w 35:07, dalej razem. Tym razem żel (testowałem przed maratonem, normalnie na 20k bym nie brał), kilka łyków wody, cała butelka na głowę i jazda na trzecią pętlę. Już sporo osób dublowaliśmy. Sporo też szło. Zaczęło się robić małe piekiełko. Cały piach poszedł w górę, nie było czym oddychać. Chwilami czułem się, jakbym rozdmuchiwał grilla…

Trzecie kółko o mało nie zakończyło się zejściem z trasy. W pewnym momencie tak mnie zakręciło w żołądku, że byłem pewien, że to koniec. Na szczęście pomógł mi Mateusz (o czym pewnie nawet nie wiedział), podyktował tempo, ja przez chwilę pooglądałem jego łydki, i jakoś przeszło. Ale to już nie było to tempo. Zwolniliśmy. Zacząłem się dosłownie gotować. Nie pamiętam zawodów w takim upale. W dodatku 20 km. Wziąłem tylko małego łyka, wylałem całą butelkę na siebie. I postawiłem wszystko na jedną kartę. Przyspieszyłem.

Puls pokazywał magiczne 180, co dla mnie jest tempem na 10 km. Ale zacząłem budować przewagę. Coraz więcej osób mi kibicowało. Wiele już szło, ale Wasz doping jest bezcenny! Dzięki wielkie i wielki szacun dla Was za walkę w taką pogodę! Na 17 km dosłownie zaczęła mi się gotować głowa :) Ciemno przed oczami. Po 18 km kilka razy się zatoczyłem ale o dziwo cały czas trzymałem tempo 3:30 i mniej. Byłem bardzo mocno zdeterminowany, żeby to dobiec. Ostatnio tak mocno biegłem na wiosnę. 19 km i już wiedziałem, że nic się nie może stać. Wpadłem szczęśliwy na metę, szczęśliwy, że to już koniec. Ostatnie 5 km najszybsze. Ale ja dosłownie przez 5 minut nie mogłem wstać ze stołka. Wylewałem tylko na siebie kolejne butelki wody. Ale warto było. Nie dość, że udało się skończyć w czasie 1:10:40 (3:32 min/km co w tych warunkach i na tej trasie uznaję za sukces) to jeszcze zyskałem olbrzymią dawkę motywacji. Motywacji, która jest niesamowicie potrzebna w treningu.

Dodatkowo potwierdziło się, że żeby dobrze pobiec, trzeba być zdeterminowanym. Ostatnie 5 km biegłem siłą woli. Tylko i wyłącznie. W normalnych okolicznościach, jakby mi tak nie zależało, na pewno przybiegłbym jakieś 90 sekund później. To pokazuje, jak wiele na biegach potrafi zdziałać głowa. Pamiętajcie, wielkie biegi wymagają nie tylko przygotowania fizycznego, ale też dużo koncentracji i determinacji. Biegi mniej ważne traktujcie bardziej treningowo, nie da się cały rok biegać na 100%.

I na koniec coś jeszcze coś niesamowitego. Udało się wywalczyć 4 pierwsze miejsca jako klub Warszawiaky! Za mną przybiegł Mateusz. Później razem na metę wpadł Paweł z Luckym, którzy również realizowali trening tempem maratońskim. Wyszło po 3:46 min/km. Za nimi kończył Jarek, Brylant, Gregory i Janusz. To był nasz Puchar Maratonu Warszawskiego. Ale teraz jak rozmawiam z chłopakami, to każdy leży w domu i zajada się lodami :D No cóż, nie było łatwo, ale kto powiedział, że trening do maratonu to łatwa sprawa. Ja i tak wolę te upały niż mrozy w zimę :)

PS – poza podziękowaniami dla wszystkim kibiców, zarówno moich jak i Warszawiaków należy też zwrócić uwagę, że biegacze ustępują miejsca. Dziś praktycznie cały czas była lewa wolna! I za to Wam dziękuję. Bo jak na 18 km chciałem krzyknąć „lewa wolna” to tylko się oplułem, a z ust nie wydobył się żaden dźwięk. Zmęczenie… :)

More from Bartosz Olszewski

Biegowy Dziennikarz Roku 2015

Od pierwszego plebiscytu na Biegowego Dziennikarza Roku minął rok. W pierwszej edycji...
Read More