Maraton Warszawski 2013 – 2:26:03

Maraton Warszawski 2013

Maraton Warszawski 2013 w końcu za mną. Piszę w końcu, bo jednak to spory stres, dużo wyrzeczeń, poświęconego czasu. Nie mniej jednak wszystko to rekompensują te chwile na trasie, walka z własnymi słabościami, bólem, zmęczeniem, brakiem energii. Uwielbiam ten stan, kiedy wygrywam z samym sobą, nie poddaję się i na końcu mogę świętować sukces. I to jest odpowiedź na pytanie po co biegam, w końcu ją znalazłem :) W dodatku tym razem było co świętować. Cel zrealizowany, nowy rekord życiowy 2:26:03 i już plany dalszego rozwoju :)

No ale od początku. Oczywiście każdy maraton powinny poprzedzić porządne przygotowania. W tym roku zrobiłem naprawdę typowo maratoński, ciężki trening. Zrezygnowałem prawie zupełnie z interwałów. Natomiast moim głównym środkiem treningowym był odpowiednik polskiego drugiego zakresu. Piszę odpowiednik, bo wydaje mi się, że jednak biegałem to szybciej. Ale to już inna historia. Po drodze przytrafiła się kontuzja, jednak szybko się jej pozbyłem, wróciłem do treningów i chociaż na początku było bardzo ciężko to się nie poddałem. A nie powiem, chwile zwątpienia były. Nie startowałem praktycznie w żadnych większych zawodach, nie sprawdziłem się na żadnym półmaratonie. Postawiłem wszystko na trening. Nawet jak biegałem zawody to robiłem to zupełnie z treningu, praktycznie bez wypoczynku. I tak dotarłem do ostatniego tygodnia.

Postanowiłem zrobić dietę białkowo węglowodanową. Czyli popularne ładowanie węglami. Już dwa razy stosowałem tą technikę, przed Lozanną i przed jakimś półmaratonem (dla testu ponieważ przed tym dystansem to raczej zbyteczne). W środę wieczorem byłem wrakiem człowieka, ale w sobotę na porannym rozbieganiu już latałem :) I prawdę mówiąc byłem spokojny, byłem pewien swojej formy jak nigdy. Może o tym świadczyć fakt, że usnąłem o 22 nawet sekundy nie myśląc o starcie i zerwał mnie dopiero budzik. Spałem jak dziecko. Wstałem, szybkie śniadanie, spacer, trochę muzyki i na start :) Cel, 1:13 pierwsza połowa, 2:26:30 na mecie. Jak zwykle ostatnie 30 minut już mocno się denerwowałem i nie byłem typem przyjemniaczka, ale już tak mam :) 25 minut do startu, szybka toaleta. 20 minut, poprawiam wiązanie w butach. Dwa kilometry rozgrzewki, narastające tempo, kończyłem ostatnią minutę w tempie maratonu. Kilka skłonów, zrzuciłem ciuchy, 5 minut do startu już czekałem spokojnie „w blokach”. I jazda!

Początek równo, bez przesady. Po drugim kilometrze łączę się z Kubą Wiśniewskim, który robił trening i biegł 21 kilometrów. Biegł z nami też Darek Nożyński i jeszcze jeden kolega. I tak za plecami Kuby jechaliśmy półmaraton, równo jak po sznurku. Czas w połowie 1:12:10, szybko, ale naprawdę wszystko pod kontrolą. Puls niski, energia była, nogi ok. W tym momencie należą się podziękowania Kubie za te 21 kilometrów, bez niego na pewno nie poszło by tak gładko. Problem był tylko jeden, tata który pomagał mi na trasie, miał żele i wodę niestety odpadł na 15 kilometrze, pękł mu łańcuch w rowerze. Jak widać, z maratończykiem nie wygrasz na rowerze :) Na szczęście przezorny zawsze ubezpieczony i jeden żel miałem w kieszonce. I tak zaczęła się druga połowa biegu.

Do 25 kilometra szło gładko, co prawda odpadł od nas jeden biegacz, ale z Darkiem dawaliśmy sobie solidarnie zmiany co 1 km. Trzymaliśmy tempo. I tak wbiegliśmy w pierwszy trudny odcinek, chyba między 25 a 28 kilometrem. Kilometr był pod wiatr, dwa kilometry po kostce bauma i ciągłe przeskakiwanie przez „leżących policjantów”. Na końcu Arbuzowa i pierwszy raz musiałem kilka razy naprawdę głęboko odetchnąć. Tempo mocno spadło, 3:38 ostatnie dwa kilometry, ale to było wkalkulowane w wynik. Teraz trzeba było tylko przejść do normalnego biegu. Na szczęście znowu było płasko, wiatr trochę pomógł i tak do 30 kilometra dalej biegliśmy swoje 3:27. W końcu skręciliśmy na północ i zaczął się maraton. 30 kilometr, zjadłem żel, złapałem wodę i psychicznie nastawiałem się już na męczarnie, wiedziałem, że łatwo nie będzie. Trochę pocieszałem się, że jeszcze trochę i zjem mega burgera :)

No ale raczej nie pomagało. O ile pierwszy kilometr jeszcze jakoś poszedł to potem pomimo świetnej współpracy nie byliśmy w stanie utrzymać tempa w okolicy 3:30 – 3:33, wiatr za bardzo nam przeszkadzał. Co prawda na kilku kilometrach się udało zejść nawet poniżej 3:30 ale było też 3:41 (chyba się zamyśliliśmy :) bo to było zdecydowanie za wolno). I tak dobiegliśmy do 37 kilometra. Jak by nie patrzeć, już wiedziałem, że będzie git! Nie było mowy o kryzysie, biegłem dobrze, nie byłem nawet blisko żadnego skurczu, energię miałem, zwyczajnie byłem wykończony biegiem, ale mogłem go dalej kontynuować na tym poziomie. Nie mniej jednak, żeby nie było tak kolorowo było też trochę problemów.

Po pierwsze moja lewa łydka zaczęła dawać sygnały, że chętnie już by ten bieg skończyła. Dosłownie czułem jak by mi się pojedyncze włókna rozrywały (typowe ukłucia). Szczególnie jak lądowałem mocno na piętę. Starałem się przenosić ciężar na śródstopie ale w tej fazie biegu nie było to łatwe. Druga sprawa to stawy, szczególnie kostki. Przy każdym kroku czułem jak by lewy staw skokowy zaraz miał mi wyskoczyć. To niestety jest chyba pozostałość po pozrywanych więzadłach w młodości. Kostka jest bardzo niestabilna i to wyszło. Też starałem się z tym walczyć, ale za bardzo nie było co robić, jedynie zacisnąć zęby. Poza tym, bez większych sensacji.

Zaczęliśmy decydujące 5 km. Widziałem, że Darek czuje się dobrze. Pracowaliśmy razem jak najdłużej, kilometr w 3:24! Zostało jeszcze cztery i meta. Oddałem prowadzenie, już nie byłem w stanie współpracować. Jakieś 200 metrów przed Rondem De Gaulle’a zacząłem odstawać. I tak wbiegłem na most. O dziwo (wiatr trochę pomógł) miałem jeszcze siłę przyspieszyć. 41 kilometr w 3:19, 42 w 3:21 ale na zbiegu czułem jak uginają mi się nogi, bałem się, że się złożę :) 200 metrów do mety, patrzę na zegarek, 26 sekund do 2:26:00 :) Szybka kalkulacja, ostatnie 200 muszę pobiec tempem 2:55 min/km żeby złamać 2:26, to już było ponad moje siły. Ostatecznie skończyłem z czasem 2:26:03 I największe zaskoczenie, na mecie wszystko było OK. Naprawdę po żadnym maratonie tak dobrze się nie czułem. Od razu uściskałem się z Karoliną, rodziną, odebrałem gratulacje od Marka Troniny, pogratulowałem Yaredowi. Później wszyscy mi gratulowali, nie będę was wymieniał, bo całą noc bym pisał relację, ale wielkie, WIELKIE dzięki! Właśnie dla takich chwil warto biegać! :)

A później szatnia, lekki masaż, trochę płynów. Szybkie schłodzenie kolan, które jednak strasznie mnie bolały po biegu w przeciwieństwie do mięśni, które były w naprawdę świetnym stanie. W końcu spotkałem brata. W końcu mu się udało! Ucieszyłem się z tego jak z własnego wyniku. W końcu wynajduję treningi, widzę, że nie odpuszcza na minutę i wiem na co go stać. I się udało, 2:42:53! Co ciekawe był w równie dobrym stanie jak ja. Gratulacje! Jeszcze sporo rozmów, radości, uśmiechów i powrót na płytę stadionu. Oczywiście wspaniałe chwile z rodziną, znajomymi, szkoda, że to nie może trwać wiecznie :) To tyle jeżeli chodzi o sam bieg, teraz jeszcze kilka innych uwag.

1) Mój wynik

Mój wynik to 2:26:03, 12 miejsce open. A dlaczego to piszę? Bo wszyscy wyliczają. Czwarty Polak, ale trzeci prawdziwy. Trzeci Biały. Pierwszy albo drugi amator. Itd :) Nie, byłem 12, przede mną było trzech Polaków a wygrał niesamowity dziś Yared Shegumo, któremu serdecznie gratuluję i mam nadzieje, że jeszcze nie raz pobiegamy razem trochę po Lasku Bielańskim :)
PS – pobiłem rekord Polski kobiet ;)

2) Drużynówka

Oficjalnie, jako WARSZAWIAKY Athletics Club wygraliśmy pierwsze, otwarte Mistrzostwa Polski w Maratonie. Tak się to chyba nazywało. Duma mnie rozpiera :)

3) Organizacja imprezy

Moim zdaniem znakomita. Jeżeli ktoś ma wątpliwości to polecam odwiedzić kilka innych maratonów i porównać. Oczywiście Berlin, Boston, NY, Londyn to elita i są poza kategorią, ale organizacyjnie MW2013 był na najwyższym światowym poziomie! Brawa dla organizatorów, wolontariuszy i wszystkich, którzy maczali w tym palce :)

4) Kibice

Z roku na rok co raz więcej. Oczywiście są puste fragmenty trasy, ale ogólnie jest lepiej z każdym rokiem. A momentami (pod Mostem Poniatowskiego, Wilanów, odcinki KEN i Puławskiej, start, meta) było naprawdę rewelacyjnie.

5) Elita

Jakoś mnie nie przekonuje. Była znakomita pogoda i nikt nie złamał 2:10 Nie wiem od czego to zależy, kompletnie nie znam się na sprowadzaniu zawodników na bieg. Wiem, że nie jest to łatwe, że nigdy nic z nimi nie wiadomo. Może za rok ktoś wystrzeli.

6) Trener Bartek :)

W tym roku biegło trochę moich zawodników. Naprawdę mocno się stresowałem ich startami. Cieszę się, że wszyscy dobiegli, już z większością się kontaktowałem i są zadowoleni ze swoich biegów, udało im się osiągnąć cel. W dodatku świetnie się udał projekt Orange Passion w którym brałem udział. Maratończycy z tej firmy, których przygotowywałem do biegu, wbiegali na metę z dziećmi będącymi w bardzo trudnej sytuacji rodzinnej, a których marzeniem było przebiegnięcie mety maratonu.

7) Presja

Pierwszy raz ją czułem i to przez was! :) Poważnie, piszę na blogu jak trenować. Pomagam innym maratończykom. I jak ja bym się miał pokazać jak bym nawalił na maratonie? Wartość moich wpisów diametralnie by zmalała a ja nie miał bym się czym bronić :)

8) Jedzenie i picie

Piszę bo na pewno będzie na ten temat setki pytań :) No to jazda. 6:00 to 4 tosty, 3 z miodem i jeden z dżemem. Do staru od rana wypiłem jakieś 0,3 – 0,4 litra wody. Piłem jak mi się chciało i ile mi się chciało. Przed samą rozgrzewką żel Power Bar truskawkowo – bananowy. Na trasie żel z kofeiną Power Bar jabłkowy na 15 i 30 km. Woda co 5 km, mały łyk. Razem wypiłem nie więcej niż pół litra podczas całego biegu. Zero izotoników. Nie było problemów z energią, zero kolek, żołądek w 100% ok. Nie chciało mi się sikać. Będę stosował ten tryb „odżywiania” na kolejnych maratonach. Oczywiście jak by było cieplej to wypił bym więcej wody.

9) Zdjęcia

Galeria wkrótce, już nie mam siły, idę spać :)

10) Szał po biegu

Setki gratulacji, przestałem ogarniać co się dzieje na mailu i facebooku. Jak miał bym to wszystko polubić, skomentować, odpowiedzieć, w ogóle przeczytać to bym siedział ze dwa dni :) Więc jeżeli komuś nie odpowiedziałem to właśnie w tej chwili wszystkim wam gorąco dziękuję za doping, gratulacje i za to, że zawsze we mnie wierzycie i trzymacie za mnie kciuki. Dziękuje!!!

More from Bartosz Olszewski

Opaski Compressport R2 – recenzja

Dziś mam przyjemność zaprezentować opaski kompresyjne Compressport R2. Dlaczego przyjemność? O tym...
Read More