Maraton w Walencji – relacja część 1

Zbieram się do tej relacji jak do odmalowania ścian, które obiecałem Kasi już pewnie z rok tomu :* Nie dlatego, że nie chcę jej napisać. Chcę i to bardzo. Ale wiem, że mam sporo do przekazania i chcę żeby to wszystko było dobrze zrozumiane. Łatwo się pisze w chwilach sukcesu. Kiedy musimy opisać jednak coś co nie do końca nam wyszło, jest problem. Nie bez powodu przeważnie wtedy jest cisza. Jakby biegu nie było. A był. I uważam, że takie relacje, wnioski i nauka z nich płynąca jest ciekawsza i więcej wnosi niż opisy sytuacji, kiedy wszystko nam wychodzi.

Może nietypowo, ale zacznę od końca. I tak wiecie jak to się skończy. Sport jest okrutny. Przeważnie widzicie jego piękną stronę. Przeważnie nie akceptujecie do końca tej złej. Zawsze słyszę “gdybym ja tak biegał to i tak bym się cieszył”. “To świetny czas, nie narzekaj”. Ale prawda jest taka, że żeby zajść wysoko, żeby osiągnąć sukces, potrzeba tytanicznej pracy, poświęcenia i niesamowitego uporu. To wszystko ma swój koszt. Im chcesz być lepszy, tym przeważnie ten koszt jest większy. Kosztuje poświęcenie najbliższych, mnóstwo prywatnego czasu, czasem zdrowia, zmęczenia. Kosztuje nas też sporo pieniędzy ;) Ale kochamy to robić. To nasze hobby. Nasza pasja. I tak naprawdę, ja kocham obie strony biegania. Gdyby było tylko kolorowo, gdyby wszystko wychodziło, byłoby nudno. Nie byłoby tych emocji. Adrenaliny. To jest piękne w bieganiu i w zawodach. Szczególnie w maratonie. Ciężko wyrazić, jak byłem szczęśliwy mogąc ponownie stanąć w maratonie w wysokiej formie i walczyć o życiówkę. Niezależnie jak to się potoczyło, ja jestem wdzięczny, że w końcu jestem zdrowy i dalej gotowy robić na najwyższym poziomie to, co sprawia mi taką przyjemność.

Rozruch przed zawodami w ogrodach Turii

Ale tak, jestem cholernie rozgoryczony. Można tego nie rozumieć. Ale wiem, ile kosztowało mnie przygotowanie się na ten bieg. Ile poświęciłem. Jak ciężko pracowałem. Codziennie, dwa razy dziennie. Ile lodów i ciastek sobie odmówiłem :) I w momencie kiedy wszystko zagrało. Kiedy mam tę szansę jedną na naprawdę długi czas. Kiedy wszystko się układa. Mam super grupę. Super mi idzie. Czuję już połowie biegu, że to jest ten dzień. Raptem jeb! Wszystko się sypie. Nie powiem “luz, nic się nie stało”. Nie powiem “super, 2:27 to fajny wynik”. Jestem zły. Pewnie mogę być tylko na siebie. Ale to nie jest złość w stylu “załamałem się”. Tylko “muszę cholera więcej pracować i na wiosnę pokazać, gdzie moje miejsce”. Jeżeli przechodziłbym obojętnie obok biegów które nie poszły po mojej myśli, na pewno bym się nie rozwijał. 

A tu Cheptegei nabiegał rekord świata 26:11 na 10000 metrów. Pobiegłem 100 metrów szybszym tempem! :D

A teraz przejdźmy do biegu. Napiszę standardową relację bo jeszcze pamiętam dokładnie ten bieg a po latach może będę chciał sobie przypomnieć. Startowaliśmy o 8:15 rano. Razem z Pawłem (moim bratem) wstaliśmy bardzo wcześnie, około 5 rano. Ale czułem się świetnie. Już dzień wcześniej robiłem rozbieganie w pierwszym zakresie, na pełnym luzie, biegnąc ok 4:00 min/km. Po parku. Zjadłem lekkie śniadanie (bułka z miodem), kawa, spacer i się zaczęliśmy zbierać. Mam to wszystko przećwiczone i już działam trochę jak na automacie. Poszliśmy na przystanek. Tam okazało się, że odwołali nasz autobus, ale google maps to najlepszy wynalazek 21 wieku. Więc szybko ogarnęliśmy alternatywę. Było jeszcze zupełnie ciemno. Słońce wschodziło o 8:06. Około 10 stopni. I tak na start dotarliśmy na 7:30. 

Tam szybka piątka z Kubą Pawlakiem, który relacjonował bieg na bieganie.pl Buty, żele i szybko poleciałem na start. Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane. To bardzo duży maraton i tutaj nie ma wolnej amerykanki. Trzeba kierować się zgodnie z kolorem numeru. Ja skorzystałem jeszcze z kibelka i poleciałem się rozgrzewać. I tutaj było ciężko. Mało miejsca, tak naprawdę ciężko było zrobić przebieżkę. Więc biegałem 80 metrów w jedną stronę i nawracałem :) I tak jakieś 7 minut. Kilka wymachów. Jeszcze ze 3 przebieżki. I na start! W szoku byłem ile osób stoi przed zającem na 2:50. To ciężko opowiedzieć. Może teraz już o tym napiszę. Z czasem 2:27 skończyłem prawie na 200 pozycji! Wojtek Kopeć po super biegu na 2:23:08 nie wszedł do pierwszej setki!!! Jak to zobaczyłem to nie wierzyłem. Tu zwyczajnie przyjeżdża mnóstwo szybkich biegaczy. I się nie dziwię, bo bieg zorganizowany jest po mistrzowsku. Ale o tym później. 

Startujemy i ta masa zaczyna się przesuwać. Pierwsze sekundy dosłownie idę. A potem wariactwo. Trzeba mieć silne ręce. Kilka naprawdę przykrych wywrotek. Trzeba bardzo tam uważać na starcie. Pierwsze sekund są bardzo ryzykowne. Grupa bardzo się rozciągnęła. Kątem oka zobaczyłem Wojtka. Starałem się biec blisko, wiedziałem, że Wojtek będzie biegł podobnym tempem. A narazie kompletnie nie było żadnego podziału na grupy. Długi szpaler biegaczy… Pierwsze kilometry łapię czasy zgodnie z oczekiwaniem. Ponieważ mocno wieje, jedne są szybsze od zakładanego tempa, inne wolniejsze. Ale łapię rytm. Między 2 a 3 kilometrem zaczepiam się grupy która okazuje się jest drugą grupą kobiet. Na 5 kilometrów mam 17 minut. Idealnie, tak chcę biec. Dobiegam do pierwszego punktu z wodą. I tutaj muszę chyba poświecić temu cały akapit. 

Nigdzie nie wiedziałem takich punktów z wodę. Na początku stoją stoły ścisłej elity. Każdy z 15 zawodników ma swój oddzielny stół. Z daleka super widoczny po numerze na chorągiewce. Dalej są stoły elity gdzie mamy po 4 bidony na stole. Rozmawiałem z Krystianem Zalewskim, miał taki stół. Jednego zawodnika nie było. Więc w praktyce to były trzy bidony i jak mówił, pełen komfort chwytania swojego picia. Następnie znowu stoły już z większą ilością bidonów. A później woda z buteleczek. Z obu stron drogi. Nie wiem ile to miało, ze 100 metrów? Potem kosze i uwaga! Znowu kilka osób z wodą, jakby ktoś nie chwycił wcześnie. Serio, pełen komfort picia. Później były oczywiście jeszcze izo, żele itd.

Tutaj zmierzamy

A więc piję wodę na 5 kilometrze. Polewam się i lecę dalej z grupę. W sumie to nic się nie dzieje. Łapiemy 10 kilometrów w 34 minuty. Piję izo na punkcie. Żele z kofeiną chciałem jeść od połowy biegu. Wypijam ok 100 kcal. I lecę dalej. 15 kilometrów i 51 minut. Nie no, jest pięknie. W dodatku kibice! Są na całej trasie, ale są punkty, gdzie są ich setki, a nawet więcej. Około 17 kilometra przez kilometr biegniemy szpalerem ludzi. Ale serio, tak jak na Tour de France :) Takie rzeczy na żywo widziałem tylko w Bostonie. Na pewno NY, Londyn. Ale nie spodziewała się tyle w Walencji. Grupa chwilami mocno przyspiesza. Nie wiem czy to kwestia kibiców. Czy jakieś zawodniczki pospieszają. A może wiatr? Ale między 15 a 19 kilometrem tempo mamy 3:20 min/km. Co ciekawe, wszystko gra. Patrzę na stoper jak łapię międzyczasy i puls cały czas pokazuje 165. To dla mnie świetna wiadomość i bardzo pozytywnie nastawia mnie do biegu. Najlepsze maratony biegałem na średnim 166-167 więc jak widać wszystko jest pod kontrolę. A lecimy na 1:11:30 półmaraton. 

I tutaj kończymy. Druga część relacji tutaj.

More from Bartosz Olszewski

Swiss City Marathon – relacja

Podsumowując Swiss City Marathon 2013 mogę powiedzieć jedno: cel zrealizowany! Udało się...
Read More