Letnie przesilenie

Letnie przesilenie

Za bardzo nie lubię pisać o sobie i swoich treningach, ale wypadało by chyba zrobić małe podsumowanie okresu wakacyjnego. Okresy gdzie 2 tygodnie spędziłem na kontuzji, 10 dni obżerałem się w Hiszpanii po czym jeszcze spędziłem wspaniałe cztery dni w Trójmieście. Przy tym starałem się wracać do biegania, męczyłem się jak nowicjusz na zwykłych rozbieganiach, ciągle marudziłem na swoją formę i już chwilami traciłem nadzieję :) No ale wakacje się skończyły, przesilenie minęło, czas się ogarnąć.

A więc od początku. Niestety przytrafiła mi się kontuzja pasma biodrowo-piszczelowego (poświęcę temu zagadnieniu oddzielny wpis). Kolano bolało potwornie, ledwo chodziłem. No ale zarzuciłem jakiś nurofen, ibuprom i jeszcze ze dwa treningi docisnąłem. Skończyło się na dużym zapaleniu i przymusowym odpoczynku. 14 dni nie robiłem nic! Chyba już nic gorszego spotkać biegacza nie może. Nie mogłem jeździć na rowerze, ćwiczyć siłowo, pływać. Bolało i tyle, musiało się zagoić. Robiłem co mogłem, trochę rehabilitacji, godziny na wałku do masażu, jakieś wymachy lekkie nogi, wzmacnianie mięśni odwodziciela. No i cud, udało się :) Wróciłem do biegania. Początki były straszne. Z życiowej formy znowu wpadłem w jakiś dołek. W dodatku kilka treningów musiałem przerwać bo zaczynało boleć. Ale przynajmniej wiedziałem, że na maraton jeszcze się wyrobię. Oczywiście jeżeli kontuzja nie wróci. Przy okazji przez te 14 dni jadłem. Jedni piją z nerwów, drudzy palą. Ja jem słodycze i fast foody. I było tego dużo, naprawdę dużo. I tak ruszyłem do Hiszpanii, do Kadyksu.

Andaluzja, mój ukochany region Europy. Słońce, plaża, mili ludzie, przepyszne jedzenie, wspaniała atmosfera. Kadyks ekstra, polecam każdemu. W dodatku byliśmy goszczeni przez koleżankę, która zapoznała nas z najfajniejszymi miejscami i miejscowymi zwyczajami (dziękuję Ziomku!). Ale nie przewidziałem jednego. Raz, że nie będzie po czym tam biegać a dwa, że nie będzie nawet metra kwadratowego cienia. Niestety to bardzo stare miasto, biegać można tylko promenadą po płytach z betonu, kostce brukowej, marmurze i malutkich kamyczkach. Moje stawy dziękują mi za to do dziś :) W dodatku 10 dni słońca i cały czas ponad 30 stopni. Ale biegałem, nie poddałem się. Plan zrobiony. Tempo oczywiście mniejsze ale i tak chwilami już padałem z wycieńczenia i odwodnienia. A 32 km o 12:00 przy 33 stopniach było już przeżyciem jedynym w swoim rodzaju. Szczególnie, że było to 32km BNP :) No i jeszcze jedno, kuchnia Hiszpańska. Tak tłusta, że McDonald to jedzenie dietetyczne. Ale przepyszna. Więc wracałem z Hiszpanii ważąc 69 kg (waga startowa to ok 65 :) ). Trzeba się było w końcu ogarnąć.

W Polsce niestety te dodatkowe kilogramy nie pomagały. Biegało mi się ciężko, ledwo nadążałem za bratem :D Zaczęły się problemy z bólem czworogłowych, łydek, stóp. Czułem się jak jakiś kaleka. No ale maraton czeka, więc cisnąłem. W końcu wyjazd do Trójmiasta (podziękowania dla Ani Żabki za gościnę!). Pierwszy dzień jeszcze fatalny, ale potem dużo snu, plaży, impreza, sen i w końcu dobry trening! Nie wiem skąd się to bierze, jakim cudem ale w końcu bylem zadowolony. To polskie morze jakoś dobrze na mnie działa bo rok temu też znakomicie mi się tam trenowało. I w ten sposób wróciłem do Warszawy. Już lżejszy o 2.5kg, w lepszym humorze i z nadzieję na dobry bieg w Warszawie. Teraz czeka mnie sporo pracy nad wytrzymałością tempową bo tutaj mam największe braki. Do tego trochę sprawności i rozciągania, żeby jakoś ogarnąć te moje pozbijane mięśnie nóg. We wrześniu starty kontrolne i jazda po nową życiówkę. Mam nadzieje, że się uda. Znowu zacząłem w to wierzyć i to trzyma mnie w treningu.

A tak poza tym, w tym roku utwierdziłem się w przekonaniu, że po starcie docelowym powinniśmy robić przerwę. Jeżeli naprawdę chcemy poprawiać wyniki, biegać coraz szybciej to musimy odpocząć zarówno fizycznie jak i psychicznie. Inaczej zwyczajnie nadejdzie taki moment gdzie nic nam się już nie chce, wszystko zaczyna boleć, a każde wyjście na trening jest męczarnią (przynajmniej ja tak mam). Trzeba tego unikać bo wtedy olbrzymia praca jaką wkładamy, całe poświęcenie prowadzi tylko do jeszcze większego zniechęcenia albo kontuzji. Dlatego radzę przynajmniej na dwa tygodnie zapomnieć o bieganiu, najlepiej gdzieś wyjechać i cieszyć się wolnym czasem. Bawić, jeść, zwiedzać. Na trening jeszcze przyjdzie czas :)

 

More from Bartosz Olszewski

Faceci w rajtuzach

Już od dawna chciałem podjąć temat panów biegających w rajstopach, rajtuzach, no...
Read More