Koral Maraton 2015 – część druga relacji

Koral Maraton

Byłem w Muszynie. Za mną była już ponad połowa biegu. Biegłem na drugim miejscu i czułem, że nikt mi już tego miejsca nie zabierze. Teraz trzeba było tylko dobiec do mety, trzymając cały czas szybkie tempo biegu. Nie ryzykować, jeżeli nie będzie to potrzebne. Wiedziałem, że najbliższe 10 kilometrów będzie decydujące.

Odcinek z Muszyny do Powroźnika prowadził lekko pod górę i cały czas pod lekki wiatr. Zwolniłem, można powiedzieć, że biegłem na 95% możliwości. Cały czas z lekką rezerwą. Spokojnie mijały kolejne kilometry, a ja odliczałem dystans do kolejnych punktów strategicznych. Na początku była to miejscowość Powroźnik i zakręt w prawo, w kierunku Tylicza. Wszystko było ok., nogi pracowały jak należy, oddechowo czułem się dobrze, energii też mi nie brakowało. W dodatku nic poważnie mi nie dokuczało. Wiem, że jak to piszę, to może się wydawać, że dla mnie taki bieg to spacerek. Ale mówię, że nic nie bolało mnie w sensie kontuzji albo jakiś urazów. Natomiast ogólnie boli wszystko.

Następnym punktem był 30 kilometr i fragment, gdzie podbiega się pod dość stromą górkę, robi nawrót i już pędzi w kierunku głównego podbiegu w Tyliczu. Na nawrocie minęliśmy się z Kenijczykiem. Otrzymałem tam niesamowity doping. Przez megafon słyszałem to jeszcze późno po tym, jak oddaliłem się od tej strefy. Jednak traciłem już 80 sekund do zawodnika z Afryki. Kątem oka zobaczyłem też Bartka Gorczycę, byłem jakieś dwie minuty przed nim. Dalej biegłem swoje.

Profil trasy Koral Maratonu z mojego GPS
Profil trasy Koral Maratonu z mojego GPS

Gdzieś około 32 kilometra spotkałem Adama Kleina z bieganie.pl Zamieniliśmy kilka słów, chyba zdziwił się, że mnie widzi :) Pozdrowiliśmy się i pobiegłem dalej (oczywiście to wszystko w biegu, nie zwalniając tempa). Zjadłem pół żelu, o kryzysie nie było już raczej mowy. Lekko przyspieszyłem. Czekałem już na podbiegi, a raczej jeden długi podbieg.

Nie wiem czy wiecie, ale w maratonie najbardziej męczy ta monotonia równego, bardzo mocnego tempa po płaskim terenie. Cały czas pracuję te same mięśnie, cały czas na maksymalnych obrotach. Chwilami człowiek marzy o tym, żeby zmienić rytm, żeby zwolnić. Ja już chciałem zwolnić, obciążenia są wtedy dużo mniejsze. Podbiegając, nawet pomimo faktu, że puls rośnie bardzo wysoko, to jednak nie walimy już z taką siłę nogami o ziemię. Stawy odpoczywają. Można spokojnie coś zjeść i łatwiej się napić.

W końcu byłem w Tyliczu i ruszyłem pod górę. Zaczęła się wspinaczka. Cztery kilometry, 170 metrów w pionie. Po 35 kilometrach maratonu to naprawdę wyzwanie. W dodatku najgorsze jest ostatnie 200 metrów, gdzie już naprawdę jest stromo jak cholera. Tam naprawdę już praktycznie nikt nie biegnie. Wszyscy idą, maszerują. Każdy tylko czeka na koniec. Pamiętam jak rok temu wbiegałem pod tą górę i tylko co chwila się pytałem z błagalnym wzrokiem „daleko jeszcze”. I tak za każdym zakrętem. Niestety cały czas było daleko.

W tym roku było o tyle lepiej, że już dokładnie wiedziałem co mnie czeka. Przynajmniej psychicznie się na to przygotowałem. Jak tylko zaczął się podbieg, od razu zjadłem pół żelu. Napiłem się wody. Dobrze oblałem. Większość podbiegu pokonywałem równym tempem, średnia około 4:00 – 4:10 min/km. Problemem był jeden kilometr, gdzie cały czas było mocno pod górę, tam zwolniłem nawet do 5:00 min/km a chwilami myślałem, że już maszeruję a nie biegnę. Natomiast właśnie tam dostałem wręcz ogłuszający doping na punkcie odżywiania. Naprawdę, biegałem trochę maratonów, ale takiego dopingu od wolontariuszy nie otrzymałem nigdy. Zresztą na każdym punkcie byli niesamowici, zagrzewali do walki, pomagali jak mogli. BRAWO!

Wbiegłem na górę. Ostatnie 200 metrów już ze łzami w oczach. Piekło potwornie. Ale jak tylko zaczął się zbieg, to nogi miałem naprawdę lekkie. Szybko się rozpędziłem. Miałem już dość tego maratonu, byłem obolały, zmęczony i głodny. Mogłem truchtać do mety, ale chciałem to jak najszybciej skończyć. Rozpędziłem się i leciałem do mety. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Kenijczyk już bardzo się meczy, zwalnia a jego przewaga maleje w oczach.

Szalona końcówka
Szalona końcówka

Jak tylko dobiegłem to zabudowanego obszaru Krynicy, natychmiast dostałem niesamowity doping i informację o stracie do prowadzącego. Co chwila ktoś mi krzyczał ile dokładnie tracę sekund. Większość mnie znała, krzyczeli po imieniu. Z takim wsparciem nie da się oszczędzać sił. Puściłem nogę i zacząłem biec ile sił. Przewaga malała. Kiedy minąłem 40 kilometr, było to już tylko jakieś 30 sekund.

Często ludzie pytają mnie, dlaczego biegam? Nie potrafię składnie i z sensem odpowiedzieć na to pytanie. To, dlaczego biegam, działo się właśnie w tym etapie zawodów. To uczucie rywalizacji, współzawodnictwo, pogoń za uciekającym rywalem. Te dziesiątki kibiców w koło zagrzewających Cię do walki. To jest właśnie powód, dla którego biegam. Leciałem z tej góry jak na skrzydłach. Nic mnie już nie bolało. Kolejne kilometry mijały w tempie 3:05 min/km. Był 41 kilometr. 25 sekund straty. Nie było już szans, niestety. Cały czas biegłem mocno, zmniejszałem różnice, żeby na mecie wynosiła ona 18 sekund. Odrobiłem niemal minutę. Na mecie byłem drugi z czasem 2:31:36, bardzo szczęśliwy i zadowolony z jednego z najlepszych maratonów jakie pobiegłem w życiu.

krynica_koral_3

Ale oczywiście nie zdążyłem jeszcze się napisać wody, a już myślałem, co by było gdyby. Naprawdę byłem bardzo zadowolony, ale jakbym się nie oszczędzał między 20 a 30 kilometrem, to może różnica na górze byłaby minimalna i wtedy toczylibyśmy zaciętą walkę bark w bark. Z drugiej strony, kto wie, czy takiego biegu nie przypłaciłbym bardzo dużą utratą sił i kryzysem po 30 kilometrze biegu? W tej chwili tego nie wiem. Jakbym biegł jeszcze raz, to na pewno bym zaryzykował.

Na mecie rozejrzałem się w poszukiwaniu Kasi. Nie było jej, już wiedziałem, że ona też biegnie cały dystans. Dałem kilka wywiadów, i czekałem niecierpliwie, aż przekroczy linię mety. Już przybiegły dwie pierwsze kobiety, w końcu pojawiła się Kasia. Biegnąc dokładnie tak jak ja rok temu, czyli treningowo w drugim zakresie, przybiegła na trzecim miejscu. Byłem strasznie szczęśliwy. To był niezapomniany weekend. W sumie to wszystko nam się udawało, sukces gonił sukces, na pewno zapamiętam ten festiwalbiegowy do końca życia.

Na koniec jeszcze dekoracje. Na te trzeba było trochę poczekać, ponieważ wręczenie nagród rozpoczęło się dopiero po godzinie 16:30 Byłem bardzo zmęczony, ale ogólnie dobrze zniosłem ten bieg. Naprawdę bywało dużo gorzej. Co zapamiętam z Krynicy poza sukcesem w plebiscycie na Biegowego Dziennikarza Roku oraz drugim miejscem w maratonie? Na pewno niesamowity doping kibiców. Coś takiego do tej pory zdarzało mi się odczuć tylko w Warszawie, gdzie większość biegaczy mnie zna. W Krynicy ostatnie 3 kilometry biegu to było coś niesamowitego, coś, co obudziło by nawet trupa i zmusiło go do biegu :)

krynica_koral_2

Jeżeli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, to za rok ponownie przyjedziemy do Krynicy. Tutaj w ten jeden weekend w roku naprawdę czuć atmosferę biegania. Moim zdaniem przy takiej liczbie biegów i eventów, organizacja stoi na bardzo wysokim poziomie. Żeby wyobrazić sobie skalę wydarzenia, trzeba wiedzieć, że tych biegów jest ok. 20! A więc Krynico, do zobaczenia za rok!

Fot: maratonypolskie.pl

More from Bartosz Olszewski

Tydzień 0 – 168 godzin zakwasów

Właśnie zacząłem czytać książkę „Jak bardzo tego chcesz” wydawnictwa Inne Spacery. Książka...
Read More