Koniec długiego biegania na ten rok?

Foto: Ulf Palm

Długo zastanawiałem się, co jeszcze pobiec w tym roku? Jakie zawody? Po Ultravasan90 usiadłem zły, chciałem jeszcze zakończyć ten rok jakimś mocnym akcentem. Natychmiast wpadł mi do głowy maraton. Koniec listopada albo grudzień. Zdążę odpocząć i się przygotować. Zaatakować życiówkę. Jednak trochę czasu minęło, głowa ochłonęła i chyba przyszedł czas na zmianę planów.

Prawda jest taka, że ja jestem już cholernie zmęczony. To był zdecydowanie najtrudniejszy rok, odkąd zacząłem biegać. Na początek całą zimę przygotowywałem się na sezon wiosenny. Kombinowałem jak mogłem, przebiegłem setki mocnych kilometrów na siłowni, kiedy na zewnątrz panował mróz i leżał śnieg. Cały czas w tym okresie miałem problemy z biodrem. To nie pomagało, często zmieniałem treningi, przekładałem, jednak bez żadnych przerw (w przygotowaniach do wiosny zrobiłem 1 wolny dzień) dotrwałem do półmaratonu. Pobiegłem go z pełnego treningu, zrobiłem życiówkę chociaż uważam, że w pełni wypoczęty mógłbym zaatakować 1:09.

Następnie maraton. Tutaj wyszło moje zmęczenie. Nie dałem rady, zabrakło, od połowy szurałem nogami. Ale cel był inny. Tak naprawdę jeden, Wings For Life. Objętość tygodniowa oscylowała między 160 a 190 km w tygodniu. A mówimy tutaj tylko o samym bieganiu. Do tego przez zimę zrzuciłem naprawdę dużo kilogramów. Trzymałem się diety i na starcie w Mediolanie stanąłem lepiej przygotowany niż kiedykolwiek wcześniej. Byłem fizycznie i psychicznie nastawiony na idealny bieg. I się udało. Jednak ten bieg kosztował mnie bardzo wiele. Wyeksploatowałem tam organizm to absolutnych granic możliwości. Ciężko było mi się podnieść, bardzo ciężko.

Jednak w perspektywie miałem już bieg w Szwecji. 90 km, ponownie ciężkiej rywalizacji. Szybko wróciłem do treningów i w czerwcu byłem już w pełnym gazie. Pod koniec miesiąca byłem w stanie treningowo przebiec dychę poniżej 33 minut, w lesie. Wyjechaliśmy z Kasią na 3 tygodnie to Sankt Moritz. Tam objętość jeszcze rosła. Średnio 200 km w tygodniu. Dużo objętości, ale jeździliśmy do Włoch, żeby na poziomie morza robić bardzo wymagające treningi. Pod koniec obozu byłem szybszy niż kiedykolwiek wcześniej. Z perspektywy czasu żałuję, że nie wystartowałem od razu po powrocie na 10 km. Zostały trzy tygodnie do startu w Ultravasan. Odpocząłem. Zyskałem lekkość. Na tydzień przed startem byłem w stanie biegać 3:30 min/km w drugim zakresie! To był dla mnie szok, wiedziałem, że wszystko zaplanowałem dobrze, że wszystko zagrało. Żałowałem, że nie biegnę maratonu. Na pewno byłem gotowy na życiówkę.

W Szwecji skończyłem na czwartym miejscu. Z jednej strony sukces, z drugiej duży niedosyt. Nie byłem w stanie pokazać wszystkich swoich możliwości. Nie byłem też w 100% przygotowany na taką trasę, ale mimo wszystko jestem przekonany, że mogłem tam walczyć o wygraną. Skończyło się jak się skończyło. Potwornie zmęczony, obolały i rozbity wróciłem do Warszawy. Chciałem zaraz zapisywać się na maraton.

Minęły trzy tygodnie. Trochę ochłonąłem. Mam za sobą 8 miesięcy potwornie ciężkiej pracy. Bez przerw. Psychicznie zwyczajnie muszę odpocząć. Ale również fizycznie. Doskwiera mi kilka urazów. Mogę z nimi biegać, pytanie ile czasu, jak mocno, na jakiej objętości? Nie mam chyba siły, żeby ponownie wejść w pełen rygor przygotowań pod maraton i 12 tygodni zapierdzielać jak przed Wingsami. Muszę odpocząć. Muszę nabrać ochoty, lekkości. Ciało musi się w pełni zregenerować.

Czy to znaczy, że idę na długi urlop? W żadnym wypadku. Biegam, trenuję i pod koniec roku chcę być naprawdę szybki. Ale o maratonach i dłuższych biegach na razie zapominam. Może 10 km, może półmaraton. Mam dużo bardzo ambitnych planów na 2018 rok. I naprawdę będę potrzebował dużo energii, żeby to zrealizować i do wszystkiego się przygotować. Dlatego teraz stawiam na przygotowania pod 10 – 21 km, dużo treningu uzupełniającego i doprowadzenia ciała w 100% do sprawności. A 20018 rok? Już nie mogę się doczekać. Cel numer jeden? Maraton na wiosnę. Za długo to trwa, w końcu trzeba się rozprawić z tym 2:25. A nic mnie tak nie motywuje, nic nie sprawia tyle radości jak szybki maraton. Uwielbiam ten dystans, królewski bieg. A później? A później będzie już tylko trudniej… ;)

PS – w myśl zasady nigdy nie mów nigdy. Gdybym raptem zobaczył, że wszystko pięknie idzie, a ja latam nad tartanem jak nigdy wcześnie, to czemu nie, może spróbuję jeszcze w tym roku. Jak mnie ktoś zaprosi na maraton z Jamajki albo innego równie odlotowego kraju to chyba też się skuszę, nawet turystycznie. Ale w tej chwili zawieszam worek z butami na maraton na kołku. Niech sobie odpoczną do wiosny.

More from Bartosz Olszewski

10 powodów dla których powinieneś wystartować w Wings For Life World Run

Nie ukrywając, słysząc o tym biegu po raz pierwszy, wydawało mi się,...
Read More