Każdy czasem ma dość

strefa komfortu

Nie chcę mi się. Naprawdę cholernie nie chce mi się wychodzić dziś na trening. Jestem zmęczony, zabiegany, średnio u mnie ze snem a w dodatku w kolejce czeka kilka książek do przeczytania. I jeszcze konsola, znowu mam ochotę w coś pograć. Za oknem z kolei moja „ulubiona” pogoda na bieganie. Zimno, deszcz i wiatr…

Bo prawda jest taka, że każdy czasem ma dość. Nie ma ludzi niezniszczalnych. U mnie praktycznie zawsze to głowa mówi, że ma już dość, rzadko kiedy ciało. Chyba to wynika z tego, że ten sezon to najbardziej udany sezon w mojej biegowej historii. W sumie, to wszystko mi się udawało. Na początek w końcu przełamana granica 1:10 w półmaratonie, po ponad dwóch latach starań! Później z marszu, zupełnie bez planowania życiówka w maratonie. Zaraz potem zwycięstwo w Wings For Life World Run, w biegu, w którym w ogóle miałem nie biec, bo byłem zmęczony treningami. Później obóz w St. Moritz i potwornie ciężki, ale bardzo udany trening. Życiowa forma, znakomity bieg z „niezapomnianym” finiszem podczas Biegu Powstania Warszawskiego. Później jeszcze lepszy Bieg w Krasnopolu. I w końcu wygrana w Reykjaviku.

Z jednej strony sukcesy napędzają. Z drugiej, żeby nabiegać to, co nabiegałem w tym roku, musiałem wykonać mnóstwo ciężkiej pracy. Nie pamiętam, żebym kiedyś trenował tak ciężko, na takiej intensywności. To wszystko się opłaciło. Ciężka praca się opłaca! Ale zrobiłem wszystko z nawiązką, w sumie to już po wiośnie mogłem spocząć na laurach. W końcu naprawdę poczułem, że muszę odpocząć, zrobić sobie wolne, naładować akumulatory.

Ale przede mną jeszcze Festiwal Biegowy w Krynicy i Maraton Warszawski. O ile pierwszy potraktuję jak rok temu i pobiegnę maraton w formie długiego, mocnego wybiegania. A czy dobiegnę do mety to pokaże sytuacja na kolejnych kilometrach biegu, to Warszawy nie mogę sobie odpuścić. To z tym biegiem jestem najmocniej związany, to Ci kibice najmocniej mnie wspierają i dopingują co rok. Ten start trzyma mnie jeszcze jakoś w ryzach. Nie chce kończyć sezonu przed Warszawą. Jeszcze nie teraz.

Po niemal dwóch beznadziejnych tygodniach, w końcu w niedzielę był jakiś przebłysk nadziei. Ciężki trening, 3×8 km tempem maratońskim. Zrobiłem, przeżyłem i nawet nieźle się po tym czuję. Pierwszy raz od dwóch tygodni moja głowa nie krzyczała co sekundę „dalej nie dasz rady, zwolnij, przerwij, wracaj do domu”. Znowu jestem w grze, czekam na Warszawę.

Ale z drugiej strony nie łudzę się, życiową formę miałem podczas maratonu w Reykjaviku. Do Warszawy już się nie przygotuję tak dobrze. Za mało czasu, za dużo odpuściłem. Nie wiem co się będzie działo w Krynicy. Ale szczerze, czekam już na październik i chwilę wytchnienia.

I na koniec w kwestii motywacji. To, że czasem mi się nie chce, nie znaczy, że tego nie robię. Śmieci też nie chce m się wyrzucać. A wyrzucam. Ubrań tez nie chce mi się prasować a…, no dobra, chodzę w pogniecionych :) Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma we mnie biegowego romantyzmu, i oczywiście miał 100% racji. Mam jasno zdefiniowany cel, wiem, co muszę zrobić, żeby go osiągnąć i zasuwam na to cały rok. A jak mi się nie chce? Mówię sobie, że nie po to trenowałem dzień w dzień przez ostatnie miesiące, żeby teraz wszystko zaprzepaścić, bo mi się nie chce. Popatrzę na kilka swoich zdjęć, gdzie osiągałem sukces. Na podobne zdjęcia znajomych. Posłucham kilka motywujących kawałków w drodze do domu. Zakładam buty, zaciskam zęby i zapierdzielam. Bo w życiu każdy ma gorsze dni. Ale jak będziemy rezygnować, jak nam coś nie wychodzi, to na pewno nigdzie nie zajdziemy. Więc jak Ci się nie chce, to zaciśnij zęby, zakładaj buty i rób swoje. Lepsze dni na pewno przyjdą, szybciej niż myślisz.

PS – obrazek wymowny, ale nie stawiajcie jeszcze na mnie krzyżyka ;)

More from Bartosz Olszewski

Ultravasan 90 – z nieba do piekła część 1

Chyba do żadnej relacji nie zbierałem się tyle czasu. Szczerze Wam powiem,...
Read More