Jak moja forma odbija się od dna. W 5 dni od zera do 10 km biegu.

bieganie po kontuzji

Leżę w łóżku i zastanawiam się, czy jest w moim ciele mięsień, który mnie nie boli. Moje łydki są jak kamienie, uda napompowane jak po serii przysiadów. Ciężko mi się rusza rękoma i nawet śmiech sprawia mi problem. A przy tym wszystkim czuję się jak najszczęśliwszy człowiek na ziemi, bo w końcu mogłem wrócić do aktywności!

Przerwa

Przerwa była długa i bolesna. Bolesna w przenośni, bo kontuzja nie sprawiała mi bólu o ile nie biegałem. Natomiast już od początku marca musiałem porzucić wszelką aktywność związaną ze sportem. Chodzić o kulach, zapomnieć nawet o treningu zastępczym czy uzupełniającym. Trzy tygodnie przeleżałem w łóżku. Dla kogoś kto przez ostatnie niemal 30 lat związany był ze sportem, to był spory cios. Co prawda Podczas 10 lat przygody z bieganiem miewałem jakieś drobniejsze kontuzje, ale nigdy takie, które zupełnie wykluczyłyby mnie ze sportu. Jak to mówią, zawsze musi być ten pierwszy raz. 

Idąc do lekarza w czwartek 10 maja modliłem się, żeby w końcu wyniki badań okazały się dobre. Sam gapiłem się w monitor godzinę i wydawało mi się, że jest całkiem dobrze. Ale tylko lekarz mógł to zweryfikować. I w końcu! Nie jest idealnie, ale jest bardzo dobrze. Mogę ruszać na trasę. Co prawda mam miesięczny “okres próbny”, ale mogę zaczynać!

Pierwszy trening i totalna masakra

Nie będę już przynudzał o kontuzji. Bo to smutna historia. A ja tutaj chcę opowiadać o tych szczęśliwych, czasem zabawnych chwilach po moim powrocie. Oczywiście już do lekarza pojechałem ze strojem sportowym i z butami, tak na wszelki wypadek. No i z gabinetu ruszyłem prosto na siłownię. Jeździłem na rowerze równo godzinę. Trening uzmysłowił mi, że moja wydolność przestała istnieć.

Pedałowałem naprawdę lekko, a mój puls rósł i rósł. Niemal odrazu wszedłem w drugi zakres. A potem puls doszedł do 173, czyli ponad progiem… W koło jezioro z potu. A ja się zastanawiam, jak to możliwe, że jeszcze nie tak dawno kręciłem tak z pulsem 110-120? Jeszcze trochę poćwiczyłem. Postanowiłem wzmocnić nogi. Trochę brzucha, stabilizacja, rozciąganie i pojechałem na bieżnię na WAT. Tam chciałem przebiec pierwsze 100 metrów.

BNP, tylko, że ja nie przyspieszałem

I o ile rower jeszcze mogłem zaakceptować, to biegania już nie. To była istna masakra. Nawet cieżko mi to opisać, bo się nie da. Biegłem i każdy element mojego ciała żył własnym życiem. Głowa chyba straciła połączenie z kończynami dolnymi. Stopy w ogóle robiły co chciały. Ręce chodziły, jakbym miał porażenie. Nie no, masakra. Do tego wszystkiego ból stawów. Jak mnie bolały kostki, w końcu lewa to nawet za dużo ziemi nie dotykała przez ostatnie miesiące. No i tempo. Dałem z siebie wszystko. Czas? 2 minuty na 400 metrów. Tempo 5:00 min/km. A ja wypluwam płuca, jakbym właśnie pobiegł to w 72 sekundy, czyli 3:00 min/km.

Zajechany, ale szczęśliwy

Byłem szczęśliwy, że mogę biegać. Że mogę jeździć na rowerze i ćwiczyć. Ale moja forma to byłą totalna masakra! Szczerze, tym faktem byłem kompletnie załamany. W ogóle nie wiedziałem, jak ja mam wracać do tego biegania, skoro nie mogłem normalnie przebiec 400 metrów!

Drugi dzień i przełom

Poszedłem na siłownię pojeździć na rowerze. Puls ponownie wysoki, ale już nie tak bardzo jak dzień wcześniej. Skończyłem oglądać jakiś serial na Netflixie i po godzinie wymyśliłem sobie trening biegowy. Wszedłem na bieżnię mechaniczną, ustawiłem nachylenie na 15 (nie wiem czy to 15%, czy tylko jakaś skala, ale było stromo). Prędkość 6 km/h. I zacząłem maszerować. Po 2 minutach przeszedłem w bieg.

Trening wygląda na mocarny, a tak naprawdę obciążenia minimalne

Wymyśliłem sobie, że tempo 6-7 km/h i takie nachylenie spowodują, że stawy i plecy praktycznie nie będą obciążone. Będą pracowały tylko mięśnie, z którymi akurat wszystko było ok. Ale uniknę tego łupania nogami o ziemię. I się udało! Biegłem 20 minut! Bardzo powoli, bardzo małe kroczki, ale ręce chodziły jak trzeba. Płuca pracowały, a nogi nie bolały. Tylko piekły. Uff, mam to za sobą!

Jeszcze nigdy mnie nie pochwalił, ale o tak go lubię :D Dr. Łokieć!

Byłem też u Mateusza, żeby rozluźnił mi nogę. Pospinany byłem strasznie. Bolała mnie pachwina. Na szczęście po wizycie było dużo lepiej. I nie zapeszając, z każdym kolejnym dniem dokucza co raz mniej.

Trzeci dzień i pierwsza w życiu zakładka

Poszliśmy z Kasią na rower. Wiadomo, we dwójkę zawsze raźniej. Kasia miała w planie trening 50 km w tym 10×2 km mocno. Ustawiłem Kryśkę, poprawiłem siodełko, założyłem kask z daszkiem, skarpetki biegowe i podobno jeszcze źle włożyłem okulary. Chociaż tutaj opinie są podzielone, bo miałem okulary pod paskami. A podobno tylko triatloniści zakładają na paski, a kolarze pod. Ale ja jestem totalnym Januszem kolarstwa i w sumie w ogóle o tym nie myślałem. Ważne, że miałem kask, bo inaczej w trzy dni po powrocie zebrałbym więcej hejtu, niż przez 10 lat biegania ;)

Lubię takie treningi, czas tak szybko leci…

Powiem Wam, że byłem zadziwiony moją formą na rowerze. O ile w bieganiu była masakra, to tutaj dotrzymywałem kroku Kasi, która, uwierzcie mi, potrafi przycisnąć. Co prawda chwilami miałem dość, siedziałem na kole i modliłem się o koniec, ale zrobiłem wszystkie 10 odcinków po 2 kilometry. Jak się później okazało, osiągnąłem puls 196! Od 4 lat nie przekroczyłem 190. Płuca się napracowały, nogi szczypały, ale po kontuzji ani śladu. Cieszyłem się jak dziecko, ale do 50 kilometrów musieliśmy jeszcze pokonać ostatnie 8 przez las.

Pomogło lepiej niż żel energetyczny :)

Obecnie problemem nie jest tylko moja forma, ale też trochę waga. Sami rozumiecie, 4 miesiące przerwy, a ja uwielbiam jeść. Więc na ten rower energetycznie za dobrze się nie przygotowałem. Stwierdziłem, że dam radę na wodzie. A jak pokazał puls, moja ekonomika też poszła w las. No więc dwa kilometry przed metą zaczęło odcinać mi prąd. Starałem się jechać, ale prędkość spadała. 25, 20, 15 km/h. Ciemno w oczach, stanąłem, usiadłem na przystanku i miałem dość roweru na miesiąc :) Na szczęście Kasia miała w zapasie jakiś żel, polałem się wodą, ogarnąłem i po kilku minutach elegancko dokręciłem do 50 km.

Tak, to jest moje 5 km po 5:30 min/km. Z hakiem! I dwoma postojami…

Ale to nie koniec. Kasia poszła biegać 8 km. A mnie prawie zjadły komary. Więc po odpoczynku, posiłku i uzupełnieniu płynów, stwierdziłem, że potruchtam. Zrobiłem 5 km. Dwa razy się zatrzymując. Z pulsem ponad 170, a tempem 5:33 min/km. Ale zrobiłem to. 2 dni po 400 metrach masakry pokonałem 5 km, niemal ciągiem. To był dobry dzień!

I jeszcze trochę o tym biegu :)

Czwarty dzień i najdłuższy rower

Wiem, że to już uznacie za wariactwo. Ale spokojnie, wytłumaczę się, zanim jeszcze zacznę pisać. Ogólnie o ile z bieganiem na pewno muszę uważać, to z rowerem już nie. Siedząc dolna część kręgosłupa nie jest podatna na wstrząsy, są one minimalne. A lekkie ruchy miednicy i czasami jakaś dziura w asfalcie to ułamek tego, co dzieje się podczas biegania. Więc zdecydowałem, że idę z Kasią na 90 km roweru. 

Janusz kolarstwa :)

Na początku jechało się wspaniale. Kilometry leciały a ja sam nie mogłem uwierzyć, jak szybko pedałuję. Zero bólu (poza tyłkiem, pomimo bardzo dobrych gaci, swoje przeszedł dzień wcześniej). Teraz nawet miałem żel, batonik i dużo izo. Ale i tak przeszarżowałem trochę. A jak ostatnie 25 kilometrów zaczęło wiać centralnie w twarz, to chwilami chciało mi się płakać. Jechaliśmy jak dwuosobowa ucieczka w klasyku. Kasia ciśnie, a ja przylepiam się do koła i łapię oddech. Zmiana i ja umieram, a Kasia łapie oddech na moim kole. Ile mi radości sprawiła ta jazda! Co z tego, że cały dzień byłem nieprzytomny. Ale jaki szczęśliwy!

Piąty dzień i widzę światełko w tunelu

A dziś, czyli 14 maja przebiegłem pierwszą dychę. Poszedłem do lasu (staram się wybierać miękkie podłoże) na 5 km. Ale po pierwszej pętli czułem się lepiej niż po pierwszym kilometrze, kiedy to sztywne nogi po rowerze nie chciały pracować. Więc spokojnie zrobiłem drugą pętlę. Już wolniej, nie chciałem znowu zobaczyć pulsu 190 :) Średnia z biegu, 5:19 min/km. Średnie tętno 156. Porównując to z czwartkiem, zrobiłem postęp jakby to było kilka lat pracy.

Podsumowanie

A piszę to, żebyście zobaczyli, że nie należy się łamać, tylko działać. Że po ciężkich kontuzjach wszyscy mają ciężko. Serio, mam wszędzie takie zakwasy, jakbym wczoraj skończył Wingsa. Ale będę dalej powoli, cierpliwie robił swoje. I zobaczycie, że z każdym dniem będzie lepiej i lepiej. Nie wolno się poddawać. Zawsze trzeba wiedzieć co się chce osiągnąć i dążyć do celu. Ja narazie chce przebiec 5 km poniżej 20 minut. Trochę może mi to zająć :) W ogóle narazie nie myślę o życiówkach itd. Nie porównuję się ze sobą sprzed pół roku. Chce zrobić 5 km w 20 minut. Potem będę myślał co dalej. Czuję się jak na początku mojej biegowej przygody. 

Poza tym pamiętajcie o jednym. Zawsze obciążenia treningowe musicie dobierać do swojego stanu wytrenowania. Najlepiej po konsultacji z lekarzem albo dobrym fizjoterapeutą. Słuchać organizmu i działać powoli. Nie naśladujcie moich treningów. Róbcie swoje, realizujcie swoje cele i cieszcie się, że możecie uprawiać sport. A wyniki? Jak będziecie rozsądnie trenować, z odpowiednią motywacją i determinację, na pewno przyjdą. Powodzenia. A ja idę porolować mięśnie nóg. Bo mnie Dr. Łokieć zabije :D

More from Bartosz Olszewski

Ładowanie węglowodanów

Ładowanie węglowodanów to dość często poruszany temat wśród maratończyków. Co ciekawe dość...
Read More