Czy start w zawodach na pewno jest dla Ciebie?

zawody

Zanim zacznę pisać, od razu złagodzę atmosferę. Trochę nauczony doświadczeniem, wiem, że niektórzy się gotują, zanim doczytają do końca. Żeby było jasne. Nie oceniam w tym tekście Twojego poziomu biegowego. Nie twierdzę, że są biegacze lepsi i gorsi. Nie staram się nikomu powiedzieć, że od jakiegoś tempa, to już nie jest bieg. Nie o to mi chodzi. Więc spokojnie, cokolwiek poniżej przeczytasz, nie czuj się urażony. No to do lektury.

Biegam już od jakiegoś czasu. Nie jest to wieczność. W sumie to nie jest to nawet długo, bo to raptem sześć lat. Jednak interesuję się bieganiem, sporo czytam na ten temat, mam świadomość tego jak bieganie wyglądało dawniej. Jak się rozwijało. Gdzie było w latach siedemdziesiątych, a gdzie jest teraz. Jeszcze nie tak dawno byliśmy brani na ulicy za wariatów. Za ludzi marnujących swoje siły i cenny czas na coś zupełnie bezużytecznego. Teraz jesteśmy już postrzegani jako naturalny element krajobrazu. Nie wszędzie, ale jednak idzie to w dobrym kierunku.

Na przestrzeni lat zmieniała się nie tylko ilość biegaczy, postrzeganie biegania jako sportu masowego, ale również cele, dla których biegamy. W chwili obecnej aktywność fizyczna i ruch z nią związany jest zwyczajnie modny. A bieganie to najpopularniejsza forma aktywności fizycznej. Najłatwiejszy dostęp do zawodów, wspólnych treningów, spotkań. Biec może niemal każdy. To kolejny punkt, który mnie niesamowicie cieszy. Im nas więcej tym lepiej.

Obecnie na ulicy można spotkać setki biegaczy wychodząc na trening. Na treningach grupowych potrafi pojawić się więcej osób, niż jeszcze jakiś czas temu startowało w zawodach. Biegaczy, z których każdy ma jakieś inne cele. Dla jednego to będzie przełamywanie własnych słabości i walka z kolejnymi sekundami. Ktoś będzie biegał, żeby schudnąć lub zwyczajnie dla zdrowia. Jest też grupa biegaczy, która lubi się przy tym dobrze bawić. Spotykają się ze znajomymi, robię selfie, zdjęcia, dla nich to nic innego jak forma spędzania wolnego czasu. Kiedyś może bym się z tego śmiał. Teraz mówię, czemu nie! Każdy ma swoje bieganie i każdy powinien czerpać z niego radość.

Mam nadzieję, że udało Wam się przebrnąć przez ten wstęp. Teraz przejdźmy do sedna sprawy. Jako, że biega nas coraz więcej, również zawody są oblegane przez biegaczy. Na maratonach i półmaratonach są bite rekordy frekwencji. W mniejszych biegach pakiety czasem kończą się po kilku minutach. Biegi to czasem już nie imprezy sportowe. Nazwałbym je eventami. Przykład to On The Run w Warszawie. I po raz kolejny dla mnie to bardzo fajne zjawisko. Po liczbie zainteresowanych i poziomie organizacji widać, że takie imprezy mają sens i trzeba je organizować. Ale…

No właśnie. Moim zdaniem czasem bieganie schodzi trochę na drugi plan a najważniejszy staje się start w zawodach. Do końca nie rozumiem w jakim celu. Tzn. rozumiem cele typu pokonać samego siebie, przebiec te 5 kilometrów. Zrealizować marzenie, pokonać dystans maratonu. Tylko problem jest gdzie indziej. Często staramy się to zrobić po linii najmniejszego oporu. I tak biegnę w biegu na 5 kilometrów i widzę ludzi maszerujących po pierwszym kilometrze! Widzę jak na maratonie ludzie idą po 4 kilometrach, oszczędzają siły i kontrolują czas, żeby zmieścić się w limicie, 6 godzin! A jak to za mało to poszukają jakiegoś biegu z większym limitem. W ostateczności wystartują w jakimś ultra. Tam często sama wędrówka wystarczy, żeby w takim limicie się zmieścić. A biegacz ultra, to brzmi dumnie!

I pytanie, czy na pewno o to chodzi? Czy startując w zawodach biegowych powinniśmy skupiać się na tym, żeby zmieścić się w limicie czasu? Albo, żeby jakość dojść do mety? Nie zaczniemy jeszcze na dobre biegać, ale już chcemy dostawać medale. Nie przebiegniemy na treningu ciągiem 20 kilometrów, a już chcemy być maratończykami. Nie przebiegliśmy nigdy maratonu, ale już chcemy być biegaczami ultra. A, że większość potrafi przy okazji jeździć na rowerze i pływać żabką, to może od razu triatlon? Jakoś w limicie się zmieścimy.

Pytanie czy o to chodzi? Bo na pewno znajdzie się maraton w którym limit czasowy będzie taki, że cały przejdziemy pieszo z kilkoma postojami na lunch. Tylko pytanie po co? Bo chcecie się pochwalić? Bo to jakoś podbuduje wasze ego? Według mnie sami powinniście czuć, że to co zrobiliście, to było coś. Czy takie pójście na łatwiznę, po najmniejszej linii oporu, naprawdę daje Wam to poczucie? Nie lepiej trochę potrenować? Nie mówię tutaj o treningu jaki ja robię. Mówię o regularnym, przemyślanym bieganiu. Nawet powoli. Stopniowym zwiększaniu objętości i tempa biegu.

Zacznijmy od mniejszych zawodów, na 5 kilometrów. Ostatnio usłyszałem, że to dystans dla dzieci. Niestety teraz mamy takie właśnie myślenie, że to ilość kilometrów robi z nas herosów. Lepiej przejść 42 kilometry w 6 godzin niż przebiec 5 kilometrów w 15 minut. Nie utrwalajmy tego błędnego przekonania. Mamy bardzo dużo startów na 10 kilometrów. Jeżeli wszystko będzie dobrze szło, wystartujcie w dużych zawodach, poczujcie atmosferę dużego biegu masowego. Przed wami teraz otworem stoi półmaraton i maraton. Przygotujcie się do niego. Zobaczycie ile Wam radości sprawi przekroczenie linii mety, kiedy odpowiednio się przygotowaliście i zrealizowaliście swoje cele. A jeżeli nie macie czasu, siły, możliwości, wagi, wieku, determinacji (niepotrzebne skreślić) to może zwyczajnie ten maraton nie jest dla Was. I nie widzę sensu, żeby go odhaczyć tylko po to, żeby go odhaczyć. Bo to nie jest wyczyn.

Na koniec pozostaje mi życzyć Wam udanych zawodów. Mam nadzieję, że będziecie dobierać je rozsądnie i w zgodzie z własnymi możliwościami. Pamiętajcie, startujecie w zawodach biegowych. Jeżeli w biegu na 5 kilometrów przeszliście 4, to sami odpowiedzcie sobie na pytanie: po co startowaliście w tych zawodach? Ja chyba wolałbym iść na spacer. Albo mówiąc wprost, spiąłbym poślady, potrenował nawet miesiąc i całe te 5 kilometrów przebiegł. Wolno bo wolno, ale na raz. Dumny z tego, że nie poszedłem najmniejszą linią oporu!

More from Bartosz Olszewski

Tempo maratońskie a trening

Moim zdaniem jeden z najlepszych treningów w trakcie przygotowań do maratonu. Świetnie...
Read More
  • Jarek

    Trafne stwierdzenia. Zgadzam się w stu procentach. To co się zaczyna dziać w biegach ulicznych nie przypomina czasami biegu, ani zawodów. Ktoś przecież czas mierzy w jakiś celu,są jakieś nagrody, klasyfikacje wszelkiego rodzaju itd.
    Nie krytykę nikogo, ale Szanujmy się na wzajem.

  • PG

    Korekta obywatelska „jak najmniejszej linii oporu” na „po linii najmniejszego oporu.

  • Piotr

    Oj, zagotowałem się. Bo co tekst to jakiś szkolny, wzorcowy błąd językowy. Bo co to jest „najmniejsza linia oporu”? Zdanie „Często staramy się to zrobić po jak najmniejszej linii oporu.” powinno brzmieć „…po linii najmniejszego oporu…” Czepianie się? Dla mnie trochę jak start w maratonie bez przygotowania. Dlaczego biegacze mieliby lekceważyć ojczysty język? A zapewne wystarczy dwa razy przeczytać tekst przed publikacją.

    • Lukasz P

      Czepianie się.

    • Chudy

      Tekst Bartka też można nazwać czepianiem się. ;)

    • Aga

      Blog jest o bieganiu, nie wiem po co ktoś tu zabiera głos w sprawie błędów językowych, każdemu się zdarza.

    • Co nie znaczy, że nie warto wskazać co warto poprawić (ilość – liczebności niepoliczalne; biegaczy jest liczba) :)

    • krzycho

      Ty baranie jeden,czepiasz się drobiazgów,spadaj leniu pobiegać.

    • p

      … czy to nas aby nie prowadzi do poprzedniego wpisu? (A swoją drogą to racja: biegam też trochę z lenistwa)

    • Paweł

      Spoko, tez zauważyłem. Bartek jest na tyle inteligentny i ma dystans do siebie, że się nie obrazi :-) Jeśli chodzi o meritum, to faktycznie nie rozumiem „biegaczy” spacerujących w biegach i to na 5 k! Jak ktoś lubi spacery, to lepiej kupić kije i uprawiać nordic walking. A tak to lekka żenua iść 4 k na dystansie 5 k :-)))

    • Robert Walczak

      Kto dał nam prawo krytykować drugiego człowieka za to że idzie a nie biegnie? Kim my jesteśmy żeby pisać o kimś, że uprawia „żenua”… Powstrzymajmy się.

    • Ale mowa o zawodach biegowych, prawda? Nikt nikogo nie krytykuje za to, że nie da rady przebiec 5 kilometrów, większość ludzi nie da rady i w niczym gorsi nie są. Tylko po co zapisywać się na bieg, jak się go nie przebiegnie? Ludzkie zachowanie jak najbardziej można krytykować, bo taki idący człowiek może zwyczajnie przeszkadzać biegnącemu.

    • Kris

      I tak i nie . Jeżeli to są zawody biegowe to sama nazwa mówi że nie spacerowe. Tak mi się wydaje

    • Andrzej

      Jak sama nazwa wskazuje, zapisując się na bieg, należy biec, a nie iść. Też jestem zdania, że najpierw należy trenować, by być zdolnym dany dystans przebiec, a potem zapisać się na zawody. Ale niestety teraz sporo lanserów zapisuje się, biegnie bez sensu 1km za czołówką, a potem idzie. Ci sami lanserzy nie odklejają się od swoich smartfonów, ale żeby poczytać cokolwiek, choćby na tym blogu o bieganiu, to już nie. Ważniejsze jest endomondo i selfie. Dlatego mam prawo ich krytykować, bo myślenie przecież nie boli.

    • WarszawskiBiegacz

      Nie do końca o to mi chodzi. Jak ktoś trenuje, chce pokonać te 5 km, nie może na raz, ale np. biegnie zdecydowaną większość, to ok. Przecież to dla kogoś może być wyczyn. Ale jest mnóstwo osób idących po 500 metrach. Pytanie moje, po co i czy nie lepiej się przygotować i postarać się przebiec. Jak chcą to ich wola, ja im nie zabronię. Nawet nic do nich nie mam, nie uważam za gorszych bo każdy ma swoje bieganie. Ale mimo wszystko do końca tego nie potrafię zrozumieć.

  • Ulolo

    Moda na bieganie czy triathlon wśród ludzi opisanych w Twoim tekście jest żenująca. Co więcej osobiście zniechęca mnie to do częstszych startów, gdzie wszyscy „zawodnicy” z życiówką maratońską 5 godzin się na siebie wzajemnie spuszczają endorfinami.

    • kijowybiegacz

      Zawody – to tylko amatorskie imprezy rekreacyjne. Nie wiem czy komuś byłoby by miło gdyby ganić go za słaby poziom na basenie i wpierać, że najpierw niech sobie w wannie popływa zanim na basen przyjdzie. To samo może się tyczyć innych form rekreacji: stoku narciarskiego, narciarskich tras biegowych, lodowisk i itp. We wszystkim jesteście czempionami? Może tam tez komuś blokujecie tor, drogę? Zżera Was ambicja o życiówki, póki warunki w biegu są równe jest ok! – więcej luzu!

    • Donia

      o to to to :D

    • Dominika Grzelak

      Ale tu chodzi o start w zawodach a nie zwykłe bieganie po np. lesie…

  • Donia

    Jest trochę racji w tym co napisałeś. Mój pierwszy bieg w zeszłym roku to 10 km, bo 3 miesiącach biegania to nie był najlepszy pomysł ale stwierdziłam, że 5 km to przecież pestka mimo, że nie zawsze udawało mi się przebiegać ten dystans jednym cięgiem. Obecnie startuję na 5 km, 10 km w październiku mam pierwszy półmaraton ale już wiem, że go w części przemaszeruję. Nie uważam, żeby było to coś złego – mimo przygotowań biegowych i siłowych wiem, że moje nogi nie poniosą mnie cięgiem przez ponad 21 km. Wiem też, że jak uda mi się dobiec będzie to ostatni bieg o takiej długości w chęcią wrócę do 5 i 10 km bo to żadna ujma. Mnie osobiście przeraża fakt coraz większej liczy osób zaczynającej biegać wiosną i zapisującej się na jesienne maratony – ani to mądre ani zdrowe ale jak to mówią mądry Polak po szkodzie, często, niestety. Podsumowując do końca nie wiem jak odnieść się do Twojego teksu, do komentarza kolegi poniżej, że „ktoś przecież czas mierzy w jakimś celu, są jakieś nagrody, klasyfikacje” ale hej! nie wszyscy biegną po nagrody – owszem fajnie jest poprawiać swoje wyniki ale często są to biegi po własne, lepsze ja i szanowanie się nawzajem nie ma z tym nic wspólnego. Do momentu gdy moje biegi i starty będą moją własną walką o lepsze czasy, lepsze dystanse (maraton i ultra to dla mnie majaki w oddali ;)) w granicach rozsądku, będę się zapisywać. Z głową oczywiście i z chęcią dobiegnięcia sporo wcześniej niż zakłada to limit czasu. Pozdrawiam

    • WarszawskiBiegacz

      Powodzenia! :)

  • Okeke

    Bartoszu, sugerujesz z rozczarowaniem przemianę z „biegu” na „event”, tymczasem sam popierasz ideologie tego „eventu” np. poprzez robienie sobie zdjęć z idiotą przebranym za biegającego banana, to jak to z Tobą jest?

    • BartekF

      Jak na kolesia w stroju banana to on biega bardzo szybko, w porównaniu z wieloma biegaczami myślącymi, że są pro ten koleś również jest szybki (często szybszy). A Bartek nie pisze o rozczarowaniu, pisze o tym, że to jest potrzebne. :)

    • Okeke

      Co z tego że biega wg Ciebie „bardzo szybko” skoro swoim strojem i swoją chęcią „przypajacowania” profanuje idee zawodów sportowych.

    • Okeke, zjedz banana i wyluzuj. Pan Banan jest spoko. Z Bartkiem się zgadzam, ale to nie w Panu Bananie sedno sprawy :)

    • Veganowy Pan Banan

      Dzieki BartekF :) Bez bananowego stroju bieglbym jeszcze szybciej, ale nie byloby juz tak smiesznie i zabawnie haha pozdro!

    • Veganowy Pan Banan

      biegam w bananowym stroju dla zabawy i dla promowania weganizmu – to twoim zdaniem Okeke jest idiotyzmem? Nie mowie ze jestem najmadrzejszy na swiecie, choc nazywanie mnie idiota to przesada.

    • Okeke

      Dobrze napisałeś biegasz dla zabawy i promocji, a nie dla wartości fundamentalnych w sporcie jakimi są rywalizacja i osiągnięcia. Wnioskując przyczyniasz się do przemiany zawodów sportowych w event co właśnie jest bolączką tego tematu i niechcianym zjawiskiem.

    • Veganowy Pan Banan

      ja do tych zawodow/eventow jestem przygotowany i stoje we wlasciwej mi strefie. Nie pamietam zebym komus przeszkadzal w biegu, no chyba ze tym ze kogos wyprzedzam i psuje komus humor, co nie jest moim zamiarem.

    • Karol Bielarski

      Spotkałem Venganowego Pana Banana na treningu i to bardzo sympatyczny pozytywny człowiek z celami jakie przedstawił poniżej. Co może wielu zaskoczyć biega bardzo szybko i jest mocnym zawodnikiem. Nazywanie kogoś idiotą z powodu nie rozumienia jego motywacji to zwykłe buractwo.
      Szacunek dla Pana Banana, niesmak po twojej wypowiedzi.

    • Okeke

      To są Twoje argumenty do tematu dyskusji, że spotkałeś go na treningu i był sympatyczny? Suuuuuuper, naprawdę się ciesze, ale jaki to ma związek z tematem?

    • Karol Bielarski

      Jeśli twoimi argumentami i sposobem dyskusji jest nazywanie kogoś idiotą to nie chcę dyskutować z tobą na „argumenty”

    • kasia

      A znasz tego człowieka co biega w stroju banana, że nazywasz go idiotą? Wiesz dlaczego to robi? Wpierw się dowiedz a potem oceniaj.
      Jeżeli chodzi o to co napisał Bartek, zgadzam się w 100%. Sama jestem początkująca. Biegam wolno i póki co trudno jest mi przebiec 5km bez postoju. Dlatego nie porywam się na żadne biegi 5km czy 10km. Bo żadna to dla mnie satysfakcja przemaszerować BIEG. Wolę poczekać, pobiegać, potrenować i wtedy ewentualnie zapisać się na jakiś bieg. Oczywiście marzy mi się maraton, jak pewnie każdemu, ale hola hola:) do tego to ja potrzebuję prawdopodobnie kilku lat świetlnych:). W mojej małej miejscowości (25tys.) są organizowane biegi, ale i marsze, nawet całkiem długie (10, 20, 50, czy nawet 100km). I to są fajne imprezy. Kto nie może biec ten bierze udział w marszu. Żadna to ujma. Wręcz przeciwnie, ważne żeby się ruszać, bo sport to zdrowie:)

    • Okeke

      Nie znam, ale niestety rzuciło mi się w oczy to co robi.

    • WarszawskiBiegacz

      1) Jeszcze jedna wycieczka personalna i nazwanie kogoś idiotą i to będzie Twój ostatni komentarz. Jakim prawem nazywasz kogoś idiotą nie znając do? Nie idąc z Tobą w pyskówkę moim zdaniem wykazał się sporą inteligencją.
      2) Nie ma nic przeciwko temu, żeby biegał z bananem i co 100 metrów zjadał banana. Co w tym złego? Nie piszę tekstu do osób, które nie traktuję biegania jako walkę o każdą sekundę. Nie mam nic przeciwko bawieniu się biegiem i robieniem z tego eventu.
      3) Tekst odnosi się do osób, które za wszelką cenę chcę z jakiegoś powodu ukończyć zawody, nawet idąc cały dystans. Nie zabraniam im tego i nie oceniam. Pytam się tylko głośno, czy nie lepiej się przygotować i być lepiej przygotowanym, a nie tylko zaliczyć. Na pewno są osoby, które z jakiegoś powodu to robią i trzeba to uszanować.
      4) O ile wszyscy się szanujemy i ustawiamy w odpowiednich strefach.

    • Veganowy Pan Banan

      Swietnie to napisalas Kasia – kto nie da rady biec w zawodach, moze wziac udzial w zawodach gdzie sie maszeruje, a z czasem fizycznie bedzie gotowy na bieg. Dzieki :)

  • Domagam się wyjaśnienia, od jakiego poziomu jest to „wyczyn”, a do którego to tylko „wyjście na spacer”.

    Od razu podam przykład:
    Półmaraton Ślężański – Debiut na tym dystansie, kilka razy zdarzyło mi się maszerować, bo podbiegi mnie zniszczyły. Czas: 1:55,37. Mogę zaliczać to jako wyczyn? Czy już spacer, bo jednak nie biegłem przez cały dystans?
    Półmaraton Wrocław – Pomagałem Nat połamać 2:10, bo o takim czasie marzyła. Biegliśmy przez cały dystans, bez przerw na marsz, swoim tempem. Czas: 2:09:49. Wyczyn? Dla Nat niewątpliwie, chociaż zastanawiam się jak Ty to zakwalifikujesz.

    Uważam, że starasz się wartościować biegaczy po ich osiągnięciach i ich prędkościach, a to cholernie niesprawiedliwe. Dyskryminujesz osiągnięcia tych, którzy są wolniejsi. Dla mnie biegi, czy jak je teraz mianujesz „eventy” to zawsze okazja do miłego spędzania czasu, chociaż niejednokrotnie klnę na nich na siebie i swoją słabość.

    • ataagata

      Bartek chyba miał na myśli „nie porywaj się z motyką na słońce”. Myślę, że to jest sedno artykułu, osiągnij coś dla siebie, a nie dlatego, że jest to akurat modne i do wrzucenia na fb. Sytuacja, którą opisujesz jest jak najbardziej ok według mnie, sama biegam często z „pomocą” :) Pozdrawiam

    • WarszawskiBiegacz

      Przyklasnąć! Niewiele osób potrafi spokojnie przeczytać ten tekst i spokojnie do niego podejść i zrozumieć treść.

    • Kamil

      Póki Bartek będzie pisać takie teksty dopóty będą pojawiać się komentarze, które nijak się mają do zawartości tekstu.To tak jak z zachowaniem ludzi na zawodach.Można tłumaczyć w nieskończoność o ustawianiu się w swojej strefie, o przepuszczaniu szybszych a i tak ktoś znajdzie powód by uwypuklić swoje JA.Lepiej też już nie pisać, że nie zbyt dobre jest bieganie na zawodach ze słuchawkami w uszach bo pojawi się fala niezadowolonych.Jeśli potrafisz czytać to wiesz co jest wyczynem dla autora.PRZYGOTOWANIE SIĘ DO ZAWODÓW BY PRZEBIEC CAŁĄ TRASĘ.Chyba łatwo jest rozróżnić bieg od chodu?W życiu do wielu rzeczy trzeba się najpierw przygotować.Problem z bieganiem jest taki, że ludzie sami od siebie nie wymagają nic bo nikt im nic nie może kazać według nich.Powiem więcej, najważniejsza jest koszulka techniczna za półdarmo i mnóstwo gratisów.Gdyby limity (rozsądne) na biegach byłyby wyznaczane od zawsze to nikt by tego nie kwestionował tylko by musiał się przygotować a tak przejdziemy i „Jesteśmy zwycięzcami”.

    • Owszem, potrafię czytać. Potrafię też pisać, mówić, chodzić i jeszcze kilka innych rzeczy. Brawo ja. Skoro to już wyjaśniłem, mam nadzieję, że obejdzie się bez wycieczek personalnych.

      Tłumaczysz mi wielkimi literami, że wyczynem jest „PRZYGOTOWANIE SIĘ DO ZAWODÓW BY PRZEBIEC CAŁĄ TRASĘ”. W takim razie ukończenie Półmaratonu Wrocławskiego z czasem o 15 minut gorszym niż życiówka to wyczyn. Natomiast na ślężańskim byłem tylko zawalidrogą, bo zdarzyło mi się maszerować, mimo iż czas miałem lepszy. Dobrze rozumiem Twoje tłumaczenie „wyczynu”?

      Widzisz, mimo tego, że potrafię czytać, nie potrafię zrozumieć tej argumentacji. Może dla kogoś to właśnie przejście tego dystansu jest wyczynem, pokonaniem własnych słabości, udowodnieniem sobie czegoś?

    • Moim zadaniem wyczynem jest przekroczenie swoich ogarniczeń. Niezależnie czy jest nimi maraton w 5h czy 2:20. Zrobiłem ostatnio 110km w ramach DFBG w czasie gorszym o 7 godzin od zwycięzcy. Według przytaczanych tu argumentów wypadałoby się schować pod krzesło i zamknąć bloga…
      … tymczasem dla mnie był to najtrudniejszy start w życiu. Znaczy się wyczyn.

    • I tu dochodzimy do sedna. Uznawanie czegoś za wyczyn jest sprawą tak indywidualną, że nikt nie powinien wprowadzać jakiegoś durnego wartościowania.

    • WarszawskiBiegacz

      A tutaj to zgodzę się w 100%.

    • mandaris

      ale sam zdaje się pisałeś, że nie byłeś do końca przygotowany i był to trochę szaleńczy spontan ;)

      gdybym wystartowała w najbliższą niedzielę w maratonie to założę się, że też byłby to dla mnie najtrudniejszy start w życiu. Wyczyn? nie bardzo, bom na taki dystans w tym momencie nieprzygotowana.

    • A widzisz, według mnie jednak wyczyn. Brak przygotowania można oceniać negatywnie, ale dotarcie do mety pomimo braku formy jest przekroczeniem swoich aktualnych ogarniczeń

    • WarszawskiBiegacz

      Ok, ale zobacz, z nagłówka mojego tekstu:
      „Nie oceniam w tym tekście Twojego poziomu biegowego. Nie twierdzę, że są biegaczy lepsi i gorsi. Nie staram się nikomu powiedzieć, że od jakiegoś tempa to już nie jest bieg. Nie o to mi chodzi.” a potem piszesz, że ja chcę dzielić biegaczy…

      Oczywiście co do podchodzenia na trasie osobiście nic nie mam i to jest wyolbrzymienie.

    • Kamil, wybacz ale.. moja życiówka w maratonie to 3:02, gdzie kilometr szedłem. Rozumiem, że nie powinienem startować, tylko zadowolić się 3:14, bo tam byłem przygotowany i całą trasę pokonałem biegiem?

    • WarszawskiBiegacz

      Oczywiście nie ma nic przeciwko marszom, to wyolbrzymienie i też nie wiem skąd się wzięło. Chyba teraz czas na tekst „chodzenie nie jest takie złe” ;) Ale serio, uważam, ze w takich biegach jak maraton oczywiście jest to normalne. Można mieć kryzys nawet będąc dobrze przygotowanym. Nie ma żadnego wstydu w podejściu. Sam w pierwszym maszerowałem dwa razy…

    • Piotr Grzelczyk

      Chyba nie zrozumiałeś tekstu. Dla jednych wyczynem jest przebiegnięcie półmaratonu w 1:10 a dla innych w 2:30. Tu nie o to chodzi. Zacytuję:
      „Nie oceniam w tym tekście Twojego poziomu biegowego. Nie twierdzę, że są biegaczy lepsi i gorsi. Nie staram się nikomu powiedzieć, że od jakiegoś tempa to już nie jest bieg. Nie o to mi chodzi.”
      Ale jak porywasz się np na półmaraton i po pierwszym km spacerujesz sobie już do mety bo pozwala Ci na to limit a Ty jesteś zwyczajnie nieprzygotowany Do tego lewą stroną startując ze strefy VIP, bo np nie chce Ci się poczekać kilku minut. Albo trzymając się za ręce z grupą przyjaciół i zajmując całą szerokość trasy i klnąc na wszystkich, którzy Cię wyprzedzą to….. to nie jest wyczyn. Trochę prześmiewczo ale to do takich ludzi odnosi się ten tekst tak mi się wydaje. Lepiej iść na spacer albo wziąć udział w zawodach Nordic Walking (również wg mnie fantastyczna forma ruchu, tylko większość nie wie o co w niej chodzi) – tam też można się poruszać, miło spędzić czas i dostać medal

    • WarszawskiBiegacz

      Czasem się zastanawiam, jaką czcionką napisać wstęp, żeby był przeczytany i zrozumiany…

    • Co z tego, że napiszesz we wstępie, że nikogo nie oceniasz i nikogo nie dzielisz, skoro później to robisz. To tak jakbyś napisał we wstępie „Nikogo nie chcę obrazić” a później w tekście „Marysia jest idiotką”. Nawet jeśli nie miałeś zamiaru nikogo obrazić albo podzielić, to jednak trochę osób ma poczucie, że to robisz.

    • Paweł

      >Domagam się wyjaśnienia, od jakiego poziomu jest to „wyczyn”, a do którego to tylko „wyjście na spacer”.

      Nie da się tego jasno rozgraniczyć. Tak samo jak nie da się jasno rozgraniczyć gdzie kończy się biel, a zaczyna szarość. Skrajne przypadki są oczywiste, np. ktoś, kto wie, że nie jest przygotowany do maratonu, ale jednak biegnie, będzie właśnie adresatem tego artykułu. Ale w środku jest mnóstwo przypadków niejednoznacznych i na dodatek ocenianych inaczej przez różne osoby.
      We Wrocławiu byłeś zającem. To jest inna sprawa, dla Ciebie to ani wyczyn, ani spacer, bo to nie o Twój wysiłek tu chodziło. Moim zdaniem to jest raczej wyczyn, bo dobrze zającować, żeby ktoś osiągnął swój sukces jest godnym pochwały.
      Dookoła Ślęży sprawa jest już niejednoznaczna. Pokonałeś dystans, ale czy styl Cię satysfakcjonuje? Jeśli tak, to ok. Jeśli nie, to czemu porwałeś się na półmaraton? Dlaczego akurat na taki z 200 metrowym przewyższeniem? Szedłeś bo przeszarżowałeś i po prostu poniosłeś porażkę (o tym Bartek też kiedyś pisał), czy szedłeś, bo nie byłeś jeszcze przygotowany?
      Moim zdaniem to właśnie jest tezą artykułu Bartka – żeby każdy wybrał zawody satysfakcjonujące dla siebie. Przeczytałem dokładnie jeszcze raz i nie znalazłem nigdzie potępienia, raczej niezrozumienie. I poradę, że satysfakcja będzie znacznie większa, jeśli zawody będą lepiej dobrane.
      (To poniżej jest w drugiej osobie, ale to nie jest do Ciebie, chociaż odpowiadam na Twój wpis, tylko taka figura stylistyczna)
      Chcesz przeczłapać maraton? Startuj! Jeśli to robisz z kulturą i zasadami, to proszę bardzo, nikt nie zakazuje. Ale czy na prawdę przeczłapanie maratonu daje ci zadowolenie? Hmm… naprawdę nie masz ambitniejszych celów? Z pewnością dodatkowe przygotowania i start, kiedy jesteś przygotowany, będzie bardziej atrakcyjny i satysfakcjonujący. Mimo to startujesz, bo nawet taki mało ambitny cel Ci wystarcza? Startuj, ale nie dziw się, że inni patrzą na to dość sceptycznie, bo wiedzą, że stać cię na więcej.
      A może człapiesz, bo tylko (aż?) na tyle Cię stać, po latach treningu i przełamywania swoich ograniczeń? Może chcesz sobie udowodnić, że nie jesteś wykluczony z aktywności fizycznej? Jeśli się porządnie przygotowywałeś, ale mimo to wszystko na co Cię stać, to bieg w tempie 7m/km, to moim zdaniem jest to wyczyn, a na bartkowe pytanie „po co?” masz jasną odpowiedź. I myślę, że w takim wypadku Bartek też to doceni i z przyjemnością wręczyłby Ci medal, nawet po przekroczeniu limitu czasu. Bo to naprawdę nie o prędkość chodzi.

    • WarszawskiBiegacz

      Słuchaj, powiedz mi gdzie w tym tekście jest mowa o jakimś podziale? Albo inaczej, gdzie używam słowa wyczyn? Albo jeszcze inaczej, gdzie pisze, że nie wolno maszerować na trasie? Jedyne chciałem podjąć dyskusję, czy start w biegu, do którego zupełnie nie jesteśmy gotowi, ma sens, czy może lepiej się przygotować. Dla wielu pewnie ma sens, dlatego to jest dyskusja. Nie bronię im tego i nie mam za złe, nawet jak idą cały bieg.

    • Mam pisać Ci co i gdzie piszesz i co masz na myśli? Serio? No ale ok:

      Podział na grupy pod względem celowości biegania: „Dla jednego to będzie przełamywanie własnych słabości i walka z
      kolejnymi sekundami. Ktoś będzie biegał, żeby schudnąć lub zwyczajnie
      dla zdrowia. Jest też grupa biegaczy, która lubi się przy tym dobrze
      bawić. Spotykają się ze znajomymi, robię selfie, zdjęcia, dla nich to
      nic innego jak forma spędzania wolnego czasu.”

      Gdzie używasz słowa wyczyn? O tu: „I nie widzę sensu, żeby go odhaczyć tylko po to, żeby go odhaczyć. Bo to nie jest wyczyn.”

      O maszerowaniu nie piszesz wprost, że jest zabronione, jednak można odczuć, że trochę piętnujesz tych, którzy to robią: „Jeżeli w biegu na 5 kilometrów przeszliście 4, to sami odpowiedzcie
      sobie na pytanie: po co startowaliście w tych zawodach? Ja chyba
      wolałbym iść na spacer.”

      Skoro nie masz innym za złe, że idą przez cały bieg, to po cholerę ten tekst: „po co startowaliście w tych zawodach”?

      Wybacz, jeśli nie to miałeś na myśli pisząc ten tekst, a ja wredny wyciągam fragmenty wyrwane z kontekstu. Jestem prostym inżynierem i mam słabo rozwiniętą część mózgu odpowiedzialną za domyślanie się co autor miał na myśli.

  • kijowybiegacz

    Od razu błąd językowy, może Autor miał na myśli małą „linię”, a nie mały „opór”.
    Co do tematu, zupełnie się z tym poglądem nie zgadzam. Autor w przydługim wstępie sam docenia rozwój dyscypliny za sprawą zwiększonej aktywności społeczeństwa, a za chwilę gani za udział w zawodach.
    Uważam, że każda forma ruchu oraz każdy przyczynek do jej popełnienia (nawet blaszany medal na tasiemce, nawet pakiet startowy) należy chwalić i podkreślam jesteśmy A-MA-TO-RA-MI!

    • WarszawskiBiegacz

      1) Dlaczego przygłupim? Postaraj się rozwinąć myśl, to może się poprawię.
      2) Nie ganię za udział w zawodach. Nie krytykuję o czym piszę na wstępie. Głośno się zastanawiam, czy udział w biegu gdzie cały bieg się maszeruje ma sens. I tyle. Jak widać powstała fajna dyskusja, każdy ma swoje zdanie, swój pogląd.

    • kijowybiegacz

      1) To chyba nie do mnie
      2)OK

  • Mirek Rogoziński

    Zgadzam się z Tobą. Ostatnio jest jakaś moda na to, by tylko coś ukończyć – nie ważne w jakim stylu. Pokazać, jaką to ma się silną wolę, bo na skrajnym wyczerpaniu dotarło się jednak do tej mety. Zdecydowanie mniej osób woli sprawdzać swoją silną wolę i motywację odpowiednio przygotowując się do tych wyzwań.

    Swój pierwszy maraton tak „przeczłapałem” w nieco ponad 5 godzin i stwierdziłem sobie, że nigdy więcej. Można porządnie potrenować, rzucić sobie wyzwanie i pobiec mocno, na życiówkę. Można umówić się ze znajomymi na spokojny bieg, biec jako zając dla kogoś słabszego. Ale start w czymś na zasadzie „byle tylko ukończyć” to po prostu olewanie sprawy..

    To jest moja prywatna opinia i na wszelki wypadek się z nią nie zgadzam :)

  • emka

    Biegacze, którzy startują, żeby się przespacerować, nie mają za grosz samokrytyki.
    Sama marzę o medalach, ale chciałabym poczuć, że na nie zasłużyłam. W pierwszym biegu masowym wystartowałam po ponad 8 miesiącach biegania dla siebie – dlatego, że dziewczyna, której obserwuję bloga, po 2 miesiącach biegania też startowała – stwierdziłam wtedy, że może jestem gotowa (byłam, przebiegłam całą trasę spokojnie, bez zatrzymywania się).
    Do czego zmierzam?
    W stu procentach popieram Cię Bartku – w biegach powinni startować Ci, którzy biegają. Jeśli nie biegają – niech startują w równie cennych imprezach „chodzonych” – to nie ujma na honorze ocenić właściwie swoje umiejętności.
    Jeśli w biegach biegaliby tylko biegacze, którzy potrafią cały odcinek przebiec, kultura biegu byłaby zdecydowanie wyższa (oczywiście, biegacz też czasami musi zwolnić lub się zatrzymać – co jest np. podyktowane bólem lub potrzebami fizjologicznymi – to normalne).

    • Ale tu jest banalne rozwiązanie – organizatorzy musieliby stać się nieco mniej łasi na kasę i zacząć ustalać sensowne limity czasowe. Maraton w 6:30 to spacer, w 5:00 już się tak nie da.

      Albo jak sugerowałem u siebie – może nie dopuszczać do biegu ludzi, którzy nie mają za sobą doświadczenia na krótszych dystansach. W ten sposób się na nich wymusi trening :)

      http://100hrmax.pl/zawody/bieganie-jest-dla-kazdego-nie-i-nie-zapraszajcie-debili/

    • WarszawskiBiegacz

      No tak, ale wiesz jak to jest. Ktoś się nie mieści w limicie i powiedz mu, że to dla niego koniec biegu. Były takie przypadki w maratonach w Warszawie, ludzie się obrażali. Nie chcieli zejść a już ruch trzeba było puścić. Szli chodnikami i na mecie mieli pretensje że nikt na nich nie czeka. Takich sytuacji nie powinno być. A potem Ci biegacze płaczę na facebooku i dostaje się organizatorowi, jak on mógł.

    • Adam

      Ja za to jestem nienormalny całkowicie – w pierwszym maratonie wystartowałem po 8 latach biegania! To nie żart!

  • Michał

    Bartosz tu jest problem połączenia dwóch światów ludzi którzy walczą o podium i całą resztę biegaczy. Ja pomimo tego, że mam staż biegowy porównywalny z twoim nigdy nie idę na zawody z myślą o podium, ponieważ porównując czasy moje z czołówką znam swoje miejsce w szeregu. Twój poziom sportowy determinuje Twoje podejście.
    Zgodzę się jednak z Tobą, że nie rozumiem motywacji ludzi którzy już na pierwszym kilometrze maszerują, mimo, że nie walczę o czołowe lokaty zawsze staram się dać z siebie wszystko. I nie piętnuje maszerowania, bo samemu mi się zdarza przejść do marszu, ale u mnie jest to wynik przeszarżowania na starcie, co spłacam okresami marszu w końcówce.
    Moje zdanie jest jednak takie, że w biegach ulicznych dawno przestało chodzić o rywalizację…

    • WarszawskiBiegacz

      No tak, ale ja naprawdę codziennie widuję tą „resztę” biegaczy, spotykam się z nimi, trenuję ich, odpowadam im na maile. Oni są dla mnie tak samo wartościowymi biegaczami jak każdy inny biegacz. Poruszam tutaj tylko dyskusję, czy takie startowanie dla przejścia trasy biegu ma jakąś wartość. Na pewno dla kogoś ma, dlatego nie oceniam tych osób, ale poruszam dyskusję. Niektórzy oczywiście oburzają się, ich sprawa. Ale jak widać, powstało bardzo dużo ciekawych opinii i o to chodziło.

      Ps – powodzenia na kolejnych biegach :)

  • Magda

    W regulaminie większości biegów jako cel podaje się: „Upowszechnienie biegania jako najprostszej formy ruchu” oraz „Propagowanie aktywności fizycznej oraz zdrowego stylu życia”. Nic nie wspomina się o wymaganym poziomie zawodników. A limit czasowy ustala organizator i również podaje go w regulaminie. Kiedy zapisuję się na bieg jestem więc świadoma, że część osób pobiegnie lub przejdzie trasę w maksymalnym czasie i nie mam nic przeciwko, oni tak jak ja zapłacili za pakiet i kliknęli, że zgadzają się na takie zasady. O ile każdy ustawi się w swojej strefie czasowej lub jeśli nie ma stref, po prostu na końcu, tak by nie przeszkadzać szybszym.
    Wielu biegaczy zaraża się miłością do tej dyscypliny dopiero, gdy weźmie udział w zawodach. Co więcej zawody te dają im kopa do trenowania tak, aby następnym razem nie być już zawalidrogą ;) Ba, nawet wielu blogerów opisuje swoje pierwsze starty jako kompletną porażkę i nieodpowiedzialną zuchwałość początkującego.
    Można jednak w dalszym ciągu znaleźć takie biegi, gdzie startują wyłącznie ludzie, którzy faktycznie biegają i trenują.
    Podsumowując, uważam, że udział w biegu jest dobrowolny i jeśli komuś nie odpowiadają zasady, które wymyślił organizator, to niech nie biegnie. Tak samo, jak czytanie bloga Warszawskiego Biegacza, którego cenię między innymi za to, że lubi poruszać niewygodne tematy. I choć nie zawsze się z nim zgadzam, to zawsze jego argumenty wywołują ciekawą dyskusję.
    Pozdrawiam!

    • kijowybiegacz

      o! o! o to chodzi właśnie, o to!
      Może niektórzy mają słabe zdolności adaptacyjne i próbują dopasowywać środowisko do siebie, a nie siebie do panujących warunków – patrz regulamin i rzeczywistość.

    • WarszawskiBiegacz

      Magda, ja przeciwko temu też nic nie mam. Serio, nie piszę w tym tekście, że oni nie powinni startować. Piszę tylko, czy ie lepiej się przygotować na taki bieg, niż biec zbędąc zupełnie nieprzygotowanym.

      PS – „Tak samo, jak czytanie bloga Warszawskiego Biegacza, którego cenię między innymi za to, że lubi poruszać niewygodne tematy. I choć nie zawsze się z nim zgadzam, to zawsze jego argumenty wywołują ciekawą dyskusję.” a za to zdanie to powinnaś dostać nagrodę, serio! Chodzi o to, że własnie ludzie często jak mają inne zdanie to się obrażają. A przecież w tym wszystkim chodzi o dyskusję a nie narzucanie swojej woli i swojego zdanie innym.

  • justyna

    To chyba nie jest skierowane do wolnych biegaczy, ale do tych co na pół gwizdka, łatwym wysiłkiem chcą dotrzeć do mety, bo przecież maraton to każdy głupi ptrafi przebiec, nie mogą być gorsi. Tego nie da się uniknąć bo w takim tłumie zawsze będą i ci najambitniejsi, i ci pracujący na swoje średnie życiówki i tacy, co chcą polansować się z medalem. Takim dobrym amatorom jak ty ciężo to zrozumieć, ja jestem w stanie popracować, ale zauważyłam że miło jedną nogą być jednak w tej strefie komfortu, a są tacy co mają gdzieś pracę nad sobą i satysfakcję z pokonywania kolejnych granic. Ja mam zasadę nie przechodzić do marszu ale wcale nie dlatego że uważam to za cieniznę – ot wiem że po pierwszym marszu już jest pozamiatane i walka się kończy.

  • Aga Bartosiewicz

    Większość, potrafi się czepiać zamiast wyciągać wnioski, przykre. Zgadzam się z tym co w tekście, nawet się pośmiałam – „lunch podczas biegu” :)
    Nie wiele osób ma odwagę napisać w prost o tym jak jest – Bartosz trzymaj tak dalej!!!

    • WarszawskiBiegacz

      Dziękuję Aga!

  • Chudy

    Eh dobry tekst. Kiedyś zastanawiałem się nad tym co powoduje ludźmi , że startują w maratonach i tak jak sam piszesz potem wloką się spacerkiem pod limit czasowy. Po pierwsze przez bite x godzin (do wyczerpania) blokują ruch w mieście , po drugie nie mają litości nad obsługą biegu ;). Z innej strony wg mnie to mało zdrowe. Wolałbym potrenować rok, dwa lata dłużej i przebiec maraton w te 4 godziny niż mordować organizm dwie godziny więcej. Maskara. Ktoś może powiedzieć, że niektórzy idą bo mieli kryzys , może skurcz, jakaś kontuzja. No to wtedy trzeba włączyć myślenie, podjąć decyzję o rezygnacji i posadzić tyłek w autobusie. Ale rozumiem, że są też tacy którzy jak Scott Jurek twardo do końca będą przeć mimo skręcenia, złamania i nie wiem czego jeszcze bo żywemu nie przepuszczą. Spotkałem się też z taką (jak to nazywam) sraczką maratonową. Jak komuś mówię , że biegam to od razu pada pytanie „do maratonu ?”. Ku… do żadnego maratonu tylko do 10 km, dla zdrowia , dla kondycji itp. W ludziach wytworzyło się dziwne ciśnienie maratonowe. Jak ktoś biega to na pewno maratony albo jak ktoś zaczyna to od razu wpada w roczny plan do maratonu mimo , że wcześniej nie ruszał się chyba, że po piwo do sklepu. Śmieszne ale i smutne. Na koniec dodam , że tzw. „masówka” zabija ducha biegania, tak jak masówka smartfonów, sretów i tabletów zabiła fotografię. Pozdrawiam.

    • Kamil

      Dokładnie.

  • Adam

    1) Warszawski Biegaczu „po linii najmniejszego oporu” zamiast po „najmniejszej linii oporu” – to ważne by pisać poprawnie, nawet gdy nie rozumie się inżynieryjnych wyrażeń;

    2) Zawody są dla zawodników;

    3) Dla reszty jest impreza biegowa,

    4) Dzięki „tym słabym” i ich wkładowi finansowemu w imprezę – jest więcej dla nagrody dla tych dobrych – zwycięzców zawodów;

    5) Biega się nie dla medalu, ale aby poprawić np. życiówkę, biec z kolegą, poznać miasto, nową trasę w lesie, nowe miejsce;

    6) Ja biegam maratony, ale również turystycznie – wizycie w Paryżu, Warszawie, Rzymie czy Berlinie towarzyszy tydzień lub kilka dni w muzeach, tetrze i mieście, które poznaję również z trasy maratonu. To ponad 40 km zwiedzania podczas imprezy biegowej – unikatowe, 6) Problem jest z ludźmi nie szanującymi stref biegowych. Są maratony w których niemalże przez 2/3 drogi wciąż mijam, czyli ktoś źle zaczął i blokuje trochę drogę;

    7) Proponuję zmienić nazwę bloga na Kontestator Warszawski, gdyż lubisz kontestować rzeczywistość, trochę bez sensu

    8) Ciekawość świata to również dążenie do poznawanie go poprzez różne perspektywy. Dla kochających bieganie – perspektywa biegacza jest WAŻNA. Pamiętaj o tym

    9) Kto zabroni i komu? Czyja kasa tego start.

    Pozdrawiam, i życzę dalszych sukcesów

    • WarszawskiBiegacz

      Adam, ale ja nikomu nie bronię! Gdzie ja napisałem, że nie wolno startować w biegach tym co biegają wolno albo nie biegają? Piszę tylko i wyłącznie o tym, że może warto trochę potrenować, pobiegać, sprawdzić swoje możliwości, zanim ruszymy na zawody. Ale jak mamy swoje powody, żeby jednak i tak zapisać się na bieg, to ok. Ja nie będę miał nic przeciwko, o ile tak jak piszesz, stajemy w swoich strefach.

      Ad 2 i 3 – Nie prawda, mówisz o zawodach stadionowych. Maraton w Berlinie to impreza biegowa, trudno powiedzieć, żeby nie było dla najlepszych zawodników na świecie.
      Ad 4 – Nie prawda, nagrody nigdy nie są fundowane z wkładu z wpisowego. W takim BPW w ogóle praktycznie nie ma nagród.

  • Agnieszka Gabryś

    Ale to nie jest też tak, że na biegach (maratonach i połowkach, bo to widziałam u nas we Wrocławiu) jest miejsce na ludzi na wózkach, biegaczy z elity, maszerów i hordę ludzi z kijkami do nordic- walking? Nie widzę nic złego w takim rozgraniczeniu, zwłaszcza, że wypuszczani z ostatnich stref maszerzy są tak daleko od pędzącej elity, że wyglądają już jak inna impreza. A dzięki temu jest różnorodność, frekwencja, a ktoś, kto nie ma ochoty/ możliwości biec ma szansę przejść piękną, miejską trasę w sumie nikomu nie przeszkadzając.
    Moim zdaniem biegacze powinni się bardziej otworzyć, być bardziej tolerancyjni, zmienić atmosferę- ot w biegach górskich chociażby jest miło, każdy z każdym pogada, pomoże, doda otuchy na trasie, a na biegu miejskim popchnie, wyzwie i nagada, że tak wolno to nie na zawody. Może troszkę mniej profesjonalizmu, to żadna ujma, że kilka kilometrów za czołówką pójdą sobie starsi ludzie z kijkami? Dla wielu z nich wycieczki biegowe, spotkania z przyjaciółmi są ważniejsze niż życiówki, dla wielu życiówki skończyły się kilkanaście lat temu. Czemu odbierać „żółwiom” przyjemność? Zmuszać do biegów górskich czy ultra, gdzie każdy może mieć swoje miejsce?

    • WarszawskiBiegacz

      Agnieszka, ja oczywiście nie odbieram nikomu prawa do takich biegów. Sam startuje czasem nie po to żeby się ścigać, ale żeby miło spędzić czas. Jedyne na co chcę zwrócić uwagę, to pęd za tym, żeby zaliczyć jakiś bieg, dostać medal. Zawody sa oczywiście dla wszystkich, i ten ostatni maszerujący ze znajomym nie jest w niczym gorszy od tego pierwszego. Nie dzielę biegaczy tylko staram się głośno poruszyć temat, czy nie chodzi o to żeby się trochę przygotować, pobiegać na treningu, zanim zdecydujemy się na udział w jakiś zawodach.

  • Mariusz

    W tym roku zadebiutuje w Warszawie. Mam na koncie kilkanaście półmaratonów i wiele km w nogach i do tego biegu podchodzę z wielką pokorą! Ciągle o nim myślę, nie mogę spać, liczę te kilometry z przerażeniem jak to przebiec, jak to ogarnąć! Zdecydowałem się po trafieniu na Pana blog, bo mnie Pan mocno zainspirował do sprawdzenia siebie. Zgadzam się z tym tekstem, sam zastanawiam się czy ten maraton na pewno jest dla mnie? Jednak same zapisanie i opłacenie zawodów dla mnie jest najlepszym motywatorem do ćwiczeń, regularnego wychodzenia i przebiegnięcia km czy to 30 stopni w słońcu czy burze z deszczem. Cała atmosfera zawodów daje niesamowitą energię do treningów. A tacy herosi biegania jak Pan inspirują do zaciśnięcia zębów i przebiegnięcia jeszcze chociaż jednego kilometra, nawet jak to pod górkę. I nawet jak nie uda mi się przebiec a tylko „doczłapać” do mety będę z siebie zadowolony. Każda próba jest lepsza niż rezygnacja. Z każdej porażki czerpiemy doświadczenie które prowadzi w końcu do sukcesu. Ja to tak widzę. A że znajdzie się spora grupa ludzi którzy będą mi mówić że to nie moje miejsce? Trudno! Proszę zorganizować maraton z limitem 3 godzin i problem będzie rozwiązany. Zastanawiam się czy na świecie też jest taki „ból 4 liter”, że ktoś sobie przeszedł maraton? Czy 92letniej babci też się mówi „to nie Pani miejsce”? A poza tematem – świetny blog artykuły! Gratuluję i pozdrawiam wszystkich biegaczy!

    • WarszawskiBiegacz

      Dzięki!

  • Weronika

    Mam podobne zdanie na ten temat, na zawody idę przygotowana, z konkretnym celem.
    Tak samo nie biegam zawodów co tydzień, nie biegam maratonów, nie lubię jeździć na rowerze i biegać rano. Mam swoje zdanie.

    Ale czy to powód żebym się zastanawiała dlaczego muszę mijać na trasie człowieka, który maszeruje? Szkoda życia, a poza tym kim jesteśmy, żeby go oceniać i mówić co ma robić, chyba lepiej zaakceptować takie zachowanie, pozostać obojętnym wobec tego niż marnować czas na rozkminianie tego zjawiska. Szukajmy pozytywnych aspektów naszego życia, a nie przejmujmy się mało istotnymi sprawami.

    Pozdrawiam

  • olaf

    Ciekawy tekst, ale wydaje mi się, że niewiele zmieni – już kilka osób komentuje słowami „Kto zabroni i komu? Czyja kasa tego start” jakbyś zamierzał czegokolwiek zabraniać….[sigh]…
    Ilu ‘pieszych biegaczy’ spogląda na swoje wyniki krytycznie i analitycznie?
    W ilu osobach zachodzi taka przemiana jak u Kasi, w tekście o Jej pierwszym maratonie?

    http://runtheworld.pl/2015/06/02/historia-pierwszego-maratonu/

    Myślę, że dla biegaczy startujących z powodów zbliżonych do Twoich konieczność omijania spacerowiczów, niezbędne okrzyki ‚lewa wolna’ i brak elementarnej kultury biegowej na trasie jest bardzo frustrujące.

    • WarszawskiBiegacz

      „jakbyś zamierzał czegokolwiek zabraniać….[sigh]…” Jako jedna z niewielu osób zrozumiałeś, że ja nie mam za cel nikomu nic zabraniać tylko zwyczajnie poruszyć dyskusję, czy zawsze warto. Szacun! :)

  • Ogólnie się zgadzam, w szczegółach nie do końca. Ja również biegam w zawodach na wynik, ale jednak są osoby, które traktują to jako zabawę, imprezę towarzyską i robią to świadomie, bez żadnych podtekstów i chęci pochwalenie się ukończeniem.

    Piszesz „[…] czasem bieganie schodzi trochę na drugi plan a najważniejszy staje się start w zawodach. Do końca nie rozumiem w jakim celu.”

    Trochę tutaj, pewnie bez złych intencji, imputujesz, że bieganie nie jest na pierwszym planie. A jednak dla wielu bieganie to daleki plan. Biegają raz w tygodniu albo jeszcze rzadziej, w zawodach startują, traktując to jako dobrą zabawę, imprezę w plenerze. Nie zawracają sobie przy tym głowy wynikiem i nie chwalą się ukończeniem na fejsie, a jeśli nawet to robią, to nie na zasadzie: „patrzcie jaki/jaka jestem super”, tylko na tej samej, na której wrzucają fotki z koncertu czy wakacji nad morzem.

    • WarszawskiBiegacz

      Może to zdanie rzeczywiście nie brzmi do końca tak, jak powinno. Ja naprawdę nie mam nic do traktowania biegu jaki eventu, spotkania, dobrej zabawy. Również nie mam nic przeciwko temu, żeby każdy kto ma ochotę na taki bieg się zapisał. Osobiście tylko uważam, że jednak zanim wystartujemy w jakiś zawodach, to warto trochę się poruszać, przygotować i być w stanie biec. Nie mam nic przeciwko marszom, mi się też to zdarzało. Ale nie cały BIEG.

  • Robert Walczak

    Nie do końca się zgadzam. Pewnie piszesz tak, bo przeszkadzają ci piechurzy, których musisz dublować w zawodach i ci oni przeszkadzają. Zawody mają to do siebie, że biegacze tworzą węża – na początku biegną ścigacze tacy jak ty, potem tłum amatorów którzy jakoś tam biegną, a na końcu biegną/idą wszyscy pozostali, ludzie którzy czasem biegną, trochę idą, lubią sobie pogadać podczas biegu. Dlaczego ci ostatni mieliby być gorsi, mieliby być wykluczani? Oni tak samo jak ty zapłacili wpisowe, na mecie dostaną medal. Często dla tych na końcu brakuje już wody na punktach czy jedzenia za metą. Nie przesadzajmy, oni również tworzą klimat imprezy. Niech sobie idą, niech sobie truchtają, niech sobie idą z kijkami. Nie wszyscy potrafią i są stworzeni żeby przebiec ciurkiem nawet te 5 km i ja rozumiem tych ludzi, że również chcieliby poczuć klimat imprezy, być w jej środku, popatrzeć na innych. Niech wszyscy biegają!

    • Dominika Grzelak

      Dla mnie to nie pojęte żeby startować w zawodach, do których się nie przygotowało…

    • WarszawskiBiegacz

      Dobre nazwisko :) A tak serio, to masz rację. Trochę mnie źle odebrałeś. Ja nie piszę, że ktoś jest gorszy, albo żeby kogoś wykluczyć. Nigdy, nigdzie tak nie napisałem. Zastanawiam się tylko głośno, czy czasem nie lepiej trochę się przygotować zanim się ruszy na zawody.

      Co do dublowania. Nie przeszkadza mi nikt kto biegnie wolniej. Czasem ktoś się zagapi, ok, zdarza się. Ale naprawdę na BPW to był szczyt chamstwa gdzie byliśmy wyzywani od najgorszych przez niektórych dublowanych biegaczy. Na takim pucharze maratonu gdzie potrafi być nawet 5 pętli mijamy się nawet po kilka razy, pozdrawiamy, dopingujemy, przybijemy piątkę. I wszyscy się świetnie bawią.

  • Hmmm…. bardzo ciężko jest mi się odnieść do tego co napisałeś. Z jednej strony Cię rozumiem, z drugiej… Kiedyś obiecałam sobie, że nie będę oceniać. Jeśli dla kogoś blaszany medal na sznurku jest wystarczającą motywacją aby pokonać 5 km (nawet pieszo) to niech to zrobi… być może w innej sytuacji nigdy nie pokonałby takiego dystansu. Jeśli ktoś przechodzi biegi, bo starty są modne i potem chwali się znajomym, że przebiegł, to w konsekwencji oszukuje sam siebie i to w sumie jego biznes. Ja starty traktuję jako wyzwanie, uważam, że to najlepszy trening i za każdym razem daję z siebie wszystko i też jest źle… bo słyszę, że traktuję to zbyt serio, że to przecież zabawa, liczy się by dotrzeć do mety… tylko kurde… nie dla mnie! Kiedy mówię, że do maratonu przygotowuję się rok to słyszę, że jestem zbyt zachowawcza. Kiedy przede mną start w półmaratonie, a ja treningowo przebiegam 25 to też źle, bo za ostro trenuję, a z resztą po co ja tak ostro cisnę, przecież i tak przebiegnę… tylko… ja nie chcę tylko przelecieć, ja chcę to zrobić tak, aby zrealizować swój cel, bo tylko wtedy poczuję satysfakcję i ten blaszany krążek będzie miał dla mnie znaczenie.
    Moją bolączką jest co innego… kultura biegowa, a właściwie jej brak. Jak piszesz biegi masowe są eventami, ostatecznie mają coraz mniej wspólnego z bieganiem. Osobiście uważam, że coraz więcej tam lansu i egoizmu, a mniej ludzkich odruchów i myślenia nad tym co się robi. Jak ktoś chce jedynie zmieścić się w limicie czasowym to niech stanie w ostatniej strefie, a nie dumnie ustawia się w pierwszej bo to takie cool. Szkoda tylko, że to cool jest cholernie niebezpieczne. Co więcej mam takie wrażenie, że coraz częściej zapominamy o tym, że nie biegniemy sami, że obok nas są inni ludzie, że czasem warto syganlizować swoje manerwy. Ostatnio na jednym z biegów mazurskich dopadł mnie tuż za linią mety starszy mężczyzna i zapytał kto mnie uczył biegać. Jego nogi sugerowały duży życiowy kilometraż i doświadczenie, więc asekuracyjnie szykowałam się na ostrą zjebkę, bo wiem, że moja technika biegowa pozostawia wiele do życzenia i ogólnie do najlepszych mi daleko…. Jakież było moje zaskoczenie kiedy powiedział mi, że byłam jedną z niewielu osób, która podczas wyprzedzania zaakcentowała planowane zachowanie. Bo przecież teraz to się tak nie robi tylko zwyczajnie zabiega drogę. Kurde jak mi wtedy było przykro…
    PS. Zawsze se strzelam selfie po bieganiu i grzeje mnie co inni o tym myślą :P

    • WarszawskiBiegacz

      Ale ja nie oceniam. Serio. Pisze tylko, czy większym osiągnięciem, większą satysfakcją nie jest bieg, do którego się przygotowaliśmy. Ja zawsze uważałem, że zawody to takie wisienki na torcie, nagrody (chodziarz wolę sam tort niż wisienki na nim :) ).

      A co do kultury, no cóż. Tutaj jest sporo do poprawy. Musimy szanować się nawzajem, inaczej będzie jak jest.

  • najpierw trzeba wystartować w tych zawodach (i nawet przejść te 4 z 5 km), żeby się przekonać czy to dla nas czy (jeszcze?)nie. nie, na treningach to nie jest do końca to samo. na zawodach jest atmosfera, adrenalinka, tłum niesie, kibicie kibicują. ja z reguły na zawodach biegam wyraźnie szybciej niż na treningach.
    pamiętam, że na samym początku (czyli nie tak znowu dawno) jedną z pierwszych rzeczy, które sprawdzałam był limit czasu. i zastanawianie się: zmieszczę się czy się nie zmieszczę. tata mi powiedział (on biega chwilę dłużej i to on mnie w bieganie wkręcił), że na pewno się zmieszczę, bo te limity specjalnie są takie, żeby się każdy mieścił (no chyba, że się czołga). zachęciło mnie to, ośmieliło, pobiegłam. tłum przybiegł przede mną, ale drugi tłum za mną. wszyscy szczęśliwi, dumni z siebie, z uśmiechem na twarzy i medalem na szyi nawet jeżeli większość dystansu przeszli. nieważne. kto ma ambicje biec biegnie. kto ma ambicje bić życiówki trenuje i bije. a kto chce spróbować, przebiec, pobawić się, zobaczyć jak to jest właśnie to robi. i moim zdaniem do tych 5 czy 10 km spokojnie można tak z marszu, z kanapy wstać. bo lepiej wstać i przejść niż nie wstawać z niej w ogóle. do maratonu trzeba podejść poważniej. bo to dłuższy dystans. już samo przejście tych 42 km to też jest spory wysiłek dla nieprzygotowanego. można sobie krzywdę zrobić. tak, serio. 42 kilometrowy spacer to moim zdaniem też wyczyn.

    • Nie zgodzę się. Naprawdę, nie trzeba startować w zawodach na 5 km, żeby wiedzieć, że będzie się (lub nie) w stanie przebiec ten dystans. Tak, trening a zawody to co innego, biegnie się inaczej, ale jak ktoś na treningu nie pobiegnie 5 km, to adrenalina na zawodach go nie poniesie. ” lepiej wstać i przejść niż nie wstawać z niej w ogóle” – polemizowałabym. Jednak 10 km biegu czy nawet marszobiegu to już jakiś wysiłek, epiej nie robić tego prosto z kanapy. Pomiędzy kanapą a zawodami są jeszcze pośrednie możliwości.

  • mandaris

    Ja jestem świeżo po wyleczonej kontuzji. Mogłabym teraz w spokoju trenować, budować utraconą formę i jesienią zacząć się ścigać.
    Mogłabym, ale zapisałam się na zawody już w najbliższą niedzielę.
    Sprawdziłam limit, bo nie byłam pewna czy się zmieszczę.
    Wielce prawdopodobne, że nie przebiegnę całej trasy. Będę maszerować.
    Będę się oszczędzać.
    Na mecie nie poczuję, „że to co zrobiłam, to było coś”.

    Będę się cieszyć z medalu, ale nie będę się nim przechwalać.
    Będę się ze znajomymi po prostu dobrze bawić :)

  • Slaski Radosław

    Bartek organizatorzy imprez szczególnie ci „komercyjni” powieszą Cię za j..a że odbierasz im dostawców hajsu. Rynek imprez biegowych coraz bardziej się nasyca i raczej tendencja będzie spadkowa za rok góra dwa. Trzeba po prostu zachęcić tych którzy bardziej idą niż biegną do treningu lub zaproponować im nordic walking ;-)

    • Bartosz Różański

      Tendencja spadkowa już jest. Jakiś czas temu był podobny wpis u Bartka na blogu. Rynek, przynajmniej w Wawie, już się nasycił, co widac po frekwencji największych biegów (no może poza Biegnij Warszawo i Biegiem Niepodległosci).

    • WarszawskiBiegacz

      Ciekawy jestem co będzie dalej. Moim zdaniem miała tutaj wpływ mnogość imprez i fakt, że ludzie nie chcieli kolejny raz biec tej samej trasy wielkich biegów, takich jak maraton. Ja myślę, że jednak biegaczy przybywa, czas pokaże.

  • ;-)

    Trochę przekornie napiszę, że jeśli ktoś biega wyłącznie dla funu i nie interesuje go wynik albo zwyczajnie nie ma ochoty na czasochłonny i nudny trening, jak najbardziej powinien wystartować w biegu masowym, bo to odpowiednie miejsce dla niego! Wspólny start ze znajomymi w 10-tysięcznym tłumie jest fajnym przeżyciem, zwłaszcza gdy robimy to bez spiny, przez co nie dotykają nas ewentualne niedociągnięcia organizacyjne. I nie ma co ukrywać, że maraton z tych wszystkich biegów jest najbardziej interesujący.
    Za to osobom pragnącym pobić życiówkę, traktującym bieg jak wyścig, szczerze odradzam każdy większy bieg z powodu przeszkód, jakie będą na Was czyhać, a które choćby Warszawski Biegacz wcześniej wielokrotnie opisywał. Elita sobie poradzi, o ile organizator skandalicznie nie zawali sprawy (np. wpuszczenie biegaczy VIP do strefy elity), natomiast pozostali ambitni biegacze powinni raczej szukać kameralnych biegów albo w ogóle unikać zorganizowanych zawodów dopóki nie zaczną uzyskiwać czasów pozwalających na ustawienie się w okolicy czołówki (no choćby <37-38 minut na dychę). Pozdrawiam :-)

    • Oczywiście, że bieg masowy jest dla każdego biegacza – i dla wymiatacza, i dla człowieka biegającego dla czystej radości, nieliczącego czasu. Tylko niech kulturalnie zajmie miejsce w strefie dla siebie. Nikt nikomu fajnych przeżyć nie odmawia, przeciwnie. Na samym wstępie Bartek o tym pisze. Tylko bieg masowy to wciąż bieg, a nie marsz.

    • Adam

      Dokładnie tak samo myślę! W kraju imprez jest dosłownie setki, w tym naprawdę kameralne jak np Triatlon Bagienny w Uhowie, w którym miałem przyjemność startować dwukrotnie – w zawodach tych limit uczestników to ok. 30! A biegaczowi warszawskiemu oraz innym biegaczom warszawskim i wielkomiejskim naprawdę polecam wyjazd w teren do mniejszych miejscowości. Nie będzie tłumów, będzie za to ciekawiej. Centrum Warszawy to raczej słabe miejsce do biegania, nie mam racji?

    • WarszawskiBiegacz

      Nie do końca. Ja bardzo dużo biegam w biegach mniejszych, poza Warszawą. Ale taki bieg jak Bieg Powstania Warszawskiego jest dla mnie czymś wyjątkowym. Pod każdym względem. I zawsze będę w nim startował.

      Problemy na takich biegach będą zawsze, to nie znaczy, że nie warto o tym pisać i dążyć do tego, żeby świadomość biegaczy i organizatorów rosła z każdą kolejną edycją.

  • Ja się w stu procentach zgadzam. Bo gdybym chciała przejść maraton czy nawet 100 kilometrów, zapisałabym się na rajd pieszy. To też są fajne imprezy, są endorfiny, towarzystwo, czasem też medale (ostatnio byłam na takim rajdzie z psem). Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego ktoś się zapisuje na biegi i z góry zakłada, że będzie maszerował.

    Mój pierwszy maraton (I Poznański, a więc baaaardzo dawno;)) był dla mnie spełnieniem marzeń o pokonaniu królewskiego dystansu. Byłam źle przygotowana, miałam marną wiedzę na ten temat, w efekcie mój debiut to 4:58’58 (wtedy limit był 5 godzin, a więc totalnie na styk), ale CAŁY CZAS BIEGŁAM (truchtałam prawie w miejscu pewnie, ale nie był to marsz) i to był mój cel od samego początku: przebiec. I tak – byłam bardzo dumna, bo mogłam powiedzieć z czystym sumieniem: przebiegłam maraton. Potem były jeszcze dwa maratony (nie jestem maniaczką zaliczania jak największej ilości startów;)), za każdym razem z nową życiówką, więc super (już nigdy nie dałabym się namówić na maraton w 5 godzin – to zabójstwo :D, no chyba, że już wtedy jak będę starować w kategorii K80).

    Masz też absolutną rację jeśli chodzi o absurdalną wręcz rywalizację o to, kto dłuższy dystans ma na koncie. Ja półtora roku temu podjęłam decyzję, że trenuję pod biegi 5-10 km, bo moim celem jest przygotowanie się pod starty w zawodach canicrossowych (bieg z psem). Oczywiście kontrolnie startuję sobie w zawodach „tylko dla ludzi”. Piątki i dyszki często towarzyszą półmaratonom czy maratonom. Zawsze wtedy słyszę: „a dlaczego tylko dyszka?”.

  • Krzysiek

    Jak zaczniecie biegać z takimi wynikami, jak Pan Banan, to dopiero wtedy się zabierzcie za komentowanie tego czy tamtego (…)
    Okeke – nie bądź taki „hej, do przodu…” Co takiego (konkretnie) rzuciło Ci się w oczy, co robi Pan Banan podczas zawodów…?
    No co robi…?
    Biegnie, cieszy się, bawi tym co właśnie robi..?
    Czy komuś blokuje bieg, czy staje na początku (w strefie VIP) i za chwilę blokuje bieg…?
    Co robi, pytam?
    Bo wydaje mi się, że najbardziej „przeszkadza” Ci to, że Cię po prostu wyprzedza… mimo, że nie ma na sobie półdarmowej koszulki pakietowej tylko kawał materiału/płachty/czegoś, w czym Ty pewnie nie byłbyś w stanie przebiec 1KM…
    A wydaje mi się, że w biegach (zawodach) zorganizowanych mimo wszystko (jeszcze) liczą się wyniki (sportowe/czasy) które Pan Banan ma zdecydowanie lepsze niż cała rzesza jego krytykantów i malkontentów w tym temacie…

    • WarszawskiBiegacz

      Pan Banan jest mistrz! :) Tylko musi się poskładać bo coś się ostatnio połamał bidak. Ale serio, takich pozytywnych osób więcej w bieganiu trzeba!

  • Tomasz Wyszomierski

    Dopóki każdy startuje ze swojej strefy, to dla mnie jego prywatna sprawa jaki ma cel i po co go realizuje. Sam rzadko biegam w dużych zawodach bo wkurzaja mnie strasznie ludzie którzy maszeruja 1 km po przekroczeniu linii startu. A startuje np. ze strefy 40-45min na 10k. Wg mnie to jest najzwyklejszy brak szacunku. Może zrobimy akcję „kop w tyłek” dla każdej maszerującej osoby, która ewidentnie stanęła w złej strefie? Każdemu mijającemu ulźy trochę, a i strach się rozniesie szybko wśród wszystkich zawalidróg maszerujących ze słuchaweczkami na uszach ;)

  • Ja też tego nie rozumiem. Mogę zrozumieć przejście do marszu, kiedy łapie nagły ból. Ale nie uwierzę, że masowo łapał ludzi ból po 1 kilometrze, w sytuacji jaką opisujesz. To coś jak oszukiwanie na zawodach – po co? Przecież w zawodach – mówię o amatorach – chodzi o to, żeby przebiec, mieć satysfakcję, dla niektórych poprawić czas. Przejść, żeby dostać medal? Równie dobrze można sobie go zamówić w sieci… Przejść, żeby się pokazać znajomym? To łatwiej już podejść na metę i cyknąć sobie zdjęcie. Też nie twierdzę, że są biegacze lepsi czy gorsi, ale jak ktoś przez trasę idzie, to jest chodziarzem, nie biegaczem.

  • Doktor Ragan

    Nie wiem Bartku czy słyszałeś o bieganiu metodą Gallowaya(w sumie żadna to metoda i na pewno słyszałeś; ) ). On zaleca już od początku wplatac marsz w bieg np w sekwencji 5 minut biegu i minuta marszu. Sam od niej zaczynałem i przebieglem moje pierwsze 5 km i polmaraton. Skoro ktoś mieści się w limicie to dlaczego mamy mu odebrać radość ze startu i rywalizacji? Bardziej chyba chodzi o to żebyśmy sobie wzajemnie nie przeszkadzali i ustawiali się tam gdzie nasze miejsce.
    Metoda pomogła mi też pokonać barierę psychologiczną bo bałem się że sobie nie poradzę z tą odległością na zawodach. Teraz biegam normalnie ale mam szacunek do każdego biegacza.
    Pozdrawiam

    • WarszawskiBiegacz

      Ale nie nie mówię, że sam marsz jest zły! Ktoś zobaczy w tekście słowo marsz i już wyolbrzymia, że ja uważam, że nie powinno się absolutnie chodzić na biegach. A sam przechodziłem do marszu. Przynajmniej dwa razy na maratonach.

      Ale to o czym piszesz to marszobieg. A nie 5 km marszem do mety. I tutaj również, ja nie bronie nikomu iść 5 km. Ale głośno myślę, czy to ma sens. Czy nie lepiej zadać sobie trud, potrenować i zrobić np. taki marszobieg?

  • Seweryn Szeląg

    A może na sprawę trzeba spojrzeć z innej strony? Im biegacz szybciej biega, tym ma większą kulturę na trasie. Wie gdzie jego strefa, lewa wolna, itp. A ci co dla fanu po całej szerokości w grupie, nie ta strefa, itp. Szanujmy się nawzajem.

    • WarszawskiBiegacz

      Szanujmy się – słowo klucz

  • Zupełnie niepotrzebny ten przytyk do triathlonu, bo tu akurat limity są bardziej wyśrubowane. Trening trzech dyscyplin nawet 20 godzin tygodniowo jest nawet bardziej wymagający od startu w zawodach, więc raczej nie ma tu nikogo z przypadku.

  • Agnieszka

    A ja się nie zagotowałam! ;)

    Bieganie zaczynałam od wychodzenia na godzinne spacery. Później był bieg przeplatany marszem. Pamiętam ile radości sprawiły mi pierwsze dwa kilometry przebiegnięte bez zatrzymywania! Stopniowo coraz więcej, coraz szybciej! :D W końcu było i 5 km! Ale mimo namawiania znajomych powiedziałam, że nie pójdę na żaden bieg (nawet na 5 km) póki nie będę w stanie przebiec 10 km. W tym momencie 10 km nie stanowi już aż takiego wyzwania. Mam za sobą i udział w biegu (przebiegniętym biegu). I kolejne cele postawione! Ale faktem jest, że każdy wykonany zgodnie z planem trening to też sukces! Szkoda iść na łatwiznę… Traci się dużo radości po drodze!

    • adam

      ‚W tym momencie 10 km nie stanowi już aż takiego wyzwania’ dokłądnie o tym jest wpis Bartka. Przebiegnięcie dla Pani 10 km nie jest wyzwaniem, domyślam się, że przebiegnięcie 5 km to pestka całkowita. A w jakim czasie jest Pani w stanie najszybciej przebiec te dystanse? Czy próbowała Pani przebiec je szybko czy tylko pokonać dystans? W mojej ocenie ambitna amatorka powinna biegać 5 km w 22 minuty. Czy będzie Pani chciała dążyć do tego celu czy raczej pójść i w ilość – półmaraton, maraton, ultramaraton, bieg 24 h, bieg tygodniowy, bieg miesięczny? Wciąż wolno, wciąż bez formy… (Proszę te pytania traktować jako ogólne, nie odnoszę się dokładnie do Pani, lecz do postawy, z którą się często spotykam, vide: 5 km jest dla dzieciaków)

    • Agnieszka

      Może odniosłam mylne wrażenie… Jeśli tak to Bartek może mnie poprawić… Ale nie odniosłam wrażenia, że wpis jest o tym, że jeśli nie biegnę 10 km w 30 minut to biegi są nie dla mnie. A raczej, że żeby wziąć udział w biegu należy się przygotować. Ja się przygotowywałam…

    • WarszawskiBiegacz

      Agnieszka, to jest oczywista oczywistość, jak ktoś to inaczej rozumie to ja już nie mam siły tracić czasu i tłumaczyć.

    • realista

      To jeszcze parę-paręnaście lat treningów i Agnieszka może dorośnie do tego, że długo nie jest i od zarania dziejów nie było problemem (no dla początkujących z wieloletnimi zaległościami wszystko jest problemem). Trudność zawsze polegała na „szybko” nie „długo”…

    • Agnieszka

      Wbrew pozorom mam świadomość, że długo nie jest problemem… Napisałam też, że „kolejne cele postawione”. Każdy od czegoś zaczynał. Nie należy podcinać ludziom skrzydeł tylko dlatego, że ma się większe doświadczenie.

    • WarszawskiBiegacz

      Oczywiście mówimy o bieganiu ;)

  • Gosia

    Po drugiej stronie lustra, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Biegam od 20.07.2015 i odbyłam
    4 treningi w tym raz przebiegłam 5km i wystartowałam w zawodach. Dobiegłam do
    mety i mam już listę kolejnych startów w których zamierzam wziąć udział. Dla
    mnie śmieszna jest napinka ludzi biegających i udział elit w zawodach o
    pietruszkę. Zawody amatorów to zawody amatorów, dlaczego startują w nich
    medaliści z mistrzostw i profesjonalni biegacze? Dlaczego nigdy nie będę miała szansy
    stanąć na podium, bo wyśrubowane czasy mistrzów nigdy mi na to nie pozwolą? Postuluje
    nie wręczać żadnych nagród medal na mecie jest wystarczającym uhonorowaniem.
    Może to wykruszy z udziału pazernych wyjadaczy z kosmicznymi życiówkami, którzy
    pchają sie pierwsi na linię startu! I teraz napisze prowokacyjnie – przecież i
    tak wszystkich wyprzedzą bo są najszybsi! Po biegu rozgorzała dyskusja o czasy
    netto i brutto, które mnie nic a nic nie obchodzą ale dlaczego mam zapomnieć,
    że czas netto będzie moją życiowym rekordem, bo takie są zasady PZ i
    profesjonalnych biegów? Przecież startowałam w biegu amatorskim i do cholery
    właśnie czas netto jest moim rzeczywistym czasem. To po co ten cały pomiar z
    bajerem na bucie? Nigdy nie lubiłam biegać, ale coś mi odbiło, pobiegłam i mi
    się spodobało i może jestem dziwna ale nie kręci mnie udział w zawodach ze
    sławami, nie wiem kto zacz, nie znam ludzi. Chce biec z amatorami nawet takimi
    co po 1 km zaczną maszerować, a co, przynajmniej ich wyprzedzę – bo ja biegnę całe 5km.

    • Iwona Januszyk

      Nie na każdym biegu biegnie elita – medaliści mistrzostw Polski, wiadomo, ze na takim wielkim, w Warszawie są, ale chyba niesprawiedliwym byłoby zakazywać im startu? Naprawdę nagrody w takich biegach są słabe, tu chodzi o coś więcej, mi jest miło oglądać tych niesamowitych ludzi, a nawet zaszczyt startować razem w biegu.

      Jednak… jak chcesz podzielić amatorów od zawodowców? Bartek jest amatorem, a nigdy go nie dogonisz, kobiety amatorki 5km w 18:30 spokojnie potrafią pobiec, nawet bez trenerów. Sama jestem amatorką i na brak podium nie narzekam, często nawet byłam zaskoczona wysokością nagród!! Jednak startować zaczęłam dopiero gdy na 5km kręciłam się ok 20 min a na 10km ok 42min….. bo ja po prostu nie lubię zamiatać tyłów.

    • realista

      No bez jaj! Oczywiście odróżnić amatorów od zawodowców jest ciężko, ale nikt mi nie wmówi, że Bartek jest amatorem. Jest wyczynowym biegaczem (obstawiam, że wielu Polaków z czołówki biegowej biega znacznie mniej niż Bartek) i kropka, a że poziomem sportowym nie powala, to już osobna (i zapewne dyskusyjna) kwestia.
      Co do wypowiedzi Gosi, to dla przekory napiszę, że ja jestem przeciwny dawaniu medali każdemu za ukończenie. Medale zawsze były dla najlepszych. To takie amerykańskie, doczołgałeś się na metę i good job, pierdnąłeś, ale jak pachnąco, itp. Pazerni to nie są ci wyjadacze, tylko właśnie taka pani Gosia, bo to ona chce posmakować tego na co inni ciężko zapracowali. A tak pod rozwagę: bez tych sław, które Gosia ma w głębokim poważaniu nie byłoby większości tych biegów…

    • Iwona Januszyk

      Ja bym się jednak sprzeczała z tym amatorstwem. Zawodowiec to ktoś, kogo zawodem jest bieganie i z tego się utrzymuje, zupełnie inaczej się trenuje gdy właśnie trening jest jedynym Twoim zajęciem na dzień, a zupełnie inaczej, gdy nie można się w 100% zregenerować i trzeba upychać treningi w niewygodnych porach (przez pracę jeszcze idzie się zmęczonym na ten trening…). Dodatkowo trenerzy i opieka fizjo robi swoje…

      a co do medali się zgadzam, takie za udział to w większości daję kibicującym dzieciom albo… nie wiem co się z nimi dzieje :)

      Oczywiście owocnej ciężkiej pracy @realisto :)

    • realista

      To w takim razie w polce nie ma biegaczy-zawodowców. Szost, Lewandowska, Chabowski są zatrudnieni w wojsku. Bartek wygrywa tak jak i oni pieniądze na zawodach, pewnie dostaje rzeczy (większość medalistów Polski nie dostaje) i zapewne zarabia większe pieniądze prowadząc treningi niż wiele osób z dobrymi życiówkami. Przypuszczalnie jest zawodowcem w dużo większym stopni niż oni. Fizjoterepeutów każdy musi opłacać sam, albo ma to po znajomości. No Bartek nie ma trenera, ale to jego wybór.

    • Iwona Januszyk

      Zatrudnieni w wojsku… w zespołach sportowych! Nie tylko oni, większość najlepszych sportowców jest zatrudnionych w wojsku (nie tylko w polsce Laetitie Roux kojarzysz? ona też :P), ale to osobny temat

    • WarszawskiBiegacz

      Tak, kokosy na tym robię. W zeszłym roku wygrałem na zawodach nie więcej niż 4 tys zł. Na sam lot do Vegas wydałem ponad 3 tys. Nie ma sensu ta dyskusja.

      Piszesz o wyborach. Tak, ja pracuję na normalnym etacie, nie mam trenera, opieki fizjo itp. To moj wybór, wybrałem, że zawodowo zajmuję się branżą IT a nie bieganiem. Nie wiem co w tym tak trudno zrozumieć.

      Już nic nie mam do dodania w temacie. I tak nikt nikogo nie przekona.

    • realista

      To czy kokosy czy nie, to zależy jak spojrzeć (dwumiesięczna pensja to chyba nie tak źle jak na „amatora” + nagrody rzeczowe i darmowy sprzęt od firm sponsorskich) i tutaj faktycznie nie ma co dyskutować.
      Tego czy uważasz się za wyczynowca, czy amatora też nie zmienię. Może jednak spróbuję z drugiej strony: każdy ma jakieś wyobrażenie wyczynu. W takim razie czy mógłbyś wymienić powiedzmy 10 Polek, które biegają długie dystanse i uważasz je za wyczynowców. Gdybyś to samo zrobił jeszcze u facetów to już w ogóle byłoby marzenie. Sądzę, że to dałoby obraz kogo uważasz za wyczynowca (bo ewidentnie nie kogoś kto zarabia na bieganiu, w końcu Ty zarabiasz niemałe pieniądze i nie jesteś według twojej nomenklatury wyczynowcem).

    • WarszawskiBiegacz

      W moim odczuciu ta dyskusja ie ma dalej sensu. Serio, nikt nikomu nic nie udowodni, każdy ma swoje zdanie, niech tak zostanie.

      Tylko odróżnij jeszcze przychód od dochodu, to naprawdę są dwie różne rzeczy. Istnieje coś takiego jak Koszty Uzyskania Przychodu.To dość istotne przy liczeniu, ile się zarabia. Mi wychodzi dochód na minusie, słaba perspektywa na utrzymywanie się z biegania…

    • WarszawskiBiegacz

      Pracuję na pełen etat. Nigdy nie byłem w żadnym klubie sportowym. Nigdy nie byłem w żaden sposób wspierany przez PZLA. Zacząłem trenować mając 25 lat. Nigdy nie miałem trenera. Nigdy nie korzystałem z żadnej odnowy, bo nawet czasu na nią nie mam. I tak starcza mi na 5 – 6 godzin snu.

      Co ja mam wspólnego z zawodowcem? Serio pytam. Ja mam w nosie kto jak mnie będzie nazywał, ale chciałbym wiedzieć, co mnie łączy z zawodowym biegaczem?

    • realista

      A to sorry, teraz już rozumiem. Zawodowiec to ktoś, kto:
      * nie może pracować na pełen etat (prawie wszyscy biegacze seniorzy jednak gdzieś pracują),
      * nigdy nie był w klubie sportowym (a Warszawiaky to co?)
      * nie jest wspierany przez PZLA (błagam biegaczy długodystansowych jest wspieranych przez PZLA?)
      * nie ma trenera (wiele osób nie ma trenera, ty wybrałeś, żeby nie mieć, twoja sprawa)
      * nie można korzystać z odnowy (a rolowanie, basen, jazda na rowerze, sen to nie odnowa?)
      * śpi > 6h dziennie (a kto ci każe prowadzić treningi i bloga, każdy sam dysponuje swoim czasem).
      Generalnie świetna definicja…

  • Iwona Januszyk

    A ja myślę, że wszystko przez ten lans….. Po każdym biegu facebookowy wyyysyyyyp zdjęć medali za sam udział…. osobiście uwielbiam na mniejszych biegach oglądać gości w zadeptanych butach, w zwykłych ciuchach, bez żadnych bajerów, którzy tak odbiegają ‚elicie lansu’, że tamci nie są w stanie zauważyć numeru tych zadeptanych butów :)
    Smutne jest to, że biegacze wolą szpanować ciuchami i bajerami, niż trochę potrenować…. mam takie lekkie wrażenie, że zatraca się cała idea

  • Michał Wolański

    Świetny wpis i mądre przemyślenia. A po komentarzach widzę, że sporo czytelników źle zrozumiało Twoje intencje, choć wyjaśniałeś je kilka razy w tekście. Widzę komentarze oburzających się, że krytykujesz (i ja też, bo mam identyczne zdanie jak Twoje), ludzi idących na zawodach. A przecież to nie tak. Jeśli nie przeszkadzają innym, to niech choćby na klęczkach tę trasę przebędą, ich rzecz. Tylko właśnie – PO CO? Ktoś kto przeszedł 4km w zawodach na 5km czuje się biegaczem? Jest z siebie dumny?

    Chodzi o wywołanie refleksji w nas samych, a nie krytykę kogoś.

    Mnie już kilka razy nazwano snobem ze względu na to, że rzekomo boli mnie, że tak wiele osób kończy maratony, więc ja jako maratończyk jestem mniej „elitarny”. Nic z tych rzeczy, serio…

  • Lukasz Michal

    Nie zgadzam się z Panem. A co np z bieganiem metoda gallowaya albo osobami dla których udzial w zawodach jest tylko etapem w drodze do upragnionej figury i właśnie dzięki tym zawodom nie tracą motywacji do dalszej pracy??

    • WarszawskiBiegacz

      Odnośnie pierwszego punktu to ja nigdy nie powiedziałem, że iść podczas biegu to coś złego. Chodziło mi o to, że niektórzy idą od samego początku, nie dlatego, że to jakaś metoda, tylko dlatego, że nie sa w stanie praktycznie nic ubiec.

      Co do drugiego. Tak, masz rację. Dlatego też nie mowie, że dla wszystkich to bez sensu. Pytam się, czy warto? Jeżeli dla kogoś to motywacja i chęć do dalszej pracy, to warto.

  • Kasia M. Julia Oleksy

    A ja się zgadzam z tekstem. Nie po to biorę udział np. w „BIEGU przez most” by takie zawody PRZEJŚĆ. Faktem jest że zdarza mi sie czasem przejść do marszu po kilku kilometrach ale to moment na złapanie dwóch, trzech dużych oddechów i ruszam dalej. Gdybym chciała się przejsć do bym zapisała się na akcje typu ”Maszeruję Kibicuję”.
    Mnie się marzy udział w maratonie, a co. Taki dystans mnie przeraża ale… hej, kiedyś i 10 kilometrów mnie przerażało póki ot tak sobie ich nie przebiegłam. Wolno bo wolno (6:00min/km) ale dałam rade. Jednak póki co nie jestem na siłach by przebiec maraton więc nie widzę sensu pchać się na siłe.
    I zgadzam się też z tym czy jesteśmy zadowoleni ponieważ wystartowaliśmy a potem pomaszerowaliśmy – rok temu startowałam w biegu na dyszkę ale głupia ja rozpoczęłam go prawie że sprintem. Po dwóch kilometrach myślałam ze umre. I tak biegłam sobie i maszerowałam. I co? Uważam że to był najgorszy mój bieg. Bo to nie był dla mnie bieg tylko udawanie że niby miałam siłę i dotarłam do mety.

    • WarszawskiBiegacz

      Kasia, dzięki za komentarz! Od siebie dodam, że maraton nie jest taki straszny, ale trzeba systematycznie i rozsądnie biegać. Na pewno kiedyś go przebiegniesz. Powodzenia życzę! :)

  • Ostatnio miałam bardzo podobne przemyślenia, ale stchórzyłam przed ich upublicznieniem… Zaczynałam od biegania wieczorem, bo ludzie komentowali. Nawet nie komentowali – nabijali się :P I choć od tamtej pory nigdy nie porzuciłam tego sportu, w pewnym momencie miałam wrażenie, że zostałam w tyle…bo nie „startowałam”. Od kilku lat, gdy bieganie stało się modne, w imprezach ulicznych bierze udział coraz więcej moich znajomych. Z jednej strony – spoko, wiem, jak to uzależnia i życzę, żeby jak najwięcej osób też to poznało. Z drugiej – lekko mnie irytują (zazwyczaj) świeżynki, które obwieszają sobie ścianki przy biurku w pracy medalami, a na służbowej integracji przedstawiają się: „biegam półmaratony”, podczas gdy w rzeczywistości był to jednorazowy incydent na granicy limitu czasowego. Oba przypadki z życia wzięte. Czasami chciałabym, żeby to bieganie było chociaż odrobinę…niewiele…ciut mniej modne :-)