Co nas nie zabije…

Co nas mie zabije

Ten wpis jest zainspirowany moim niedzielnym treningiem. Planowałem długie wybieganie, 30 – 32 kilometry w pierwszym zakresie. Od piątku nic się nie wiodło, dosłownie wszystko wskazywało na to, że to się nie może udać. Walka, żeby jednak zrobić ten trening, trwała naprawdę długo. Sami przekonajcie się, że czasem jednak warto ruszyć tyłek, nawet jak wszystko idzie nie po naszej myśli.

Zaczynając od nieszczęśliwego piątku. W planach miałem 5*2 km w tempie progowym. Niestety lał deszcz i wiało tak mocno, że chwilami wręcz mnie stawiało w miejscu. W efekcie pod wiatr walczyłem jakbym ciągnął za sobą wóz, a z wiatrem biegłem w założonym tempie. Szybciej nie byłem w stanie, bo tak byłem zmęczony po odcinku bieganym pod wiatr. Trening zrobiłem, wróciłem do domu, zjadłem, poszedłem spać.

warszawskibiegacz

W sobotę rano trudno było dojść nawet do łazienki. Pojechałem na Pola Mokotowskie i ruszyłem na rozbiegania. Nogi z ołowiu, ciągnąłem je za sobą. W dodatku jeszcze trochę spałem. Nie był to trening życie. Żeby było ciekawiej, okazało się, że wieczorem muszę iść na siłownię. W niedziele wypadło mi kilka rzeczy, więc trzeba było zrobić siłę dzień przed wybieganiem. Nie odpuściłem, zrobiłem. O dziwo miałem mnóstwo siły. Na przysiadach tak się zagalopowałem, że zrobiłem chyba 9 serii :) Wieczorem na imprezę i tak skończyłem sobotę.

W niedzielę wstałem o 7:30 ale byłem nieprzytomny. Poszedłem spać, 8:30 dalej nieprzytomny. 9:00 zwlokłem się z łóżka. Wyglądam za okno. Leje deszcz, pada jakiś śnieg. Wieje jak cholera. Nogi z ołowiu, w perspektywie 30 km :) Załamany wypiłem dwie kawy, zjadłem dwa tosty i siedziałem godzinę zastanawiając się, wyjść, czy nie wyjść. Często tak robię, ale zawsze wychodzę. Kwestia tylko kiedy :) Ubrałem się odpowiednio i ruszyłem.

O dziwo od początku dobrze mi się biegło. 4:25 min/km i zero męczenia. Zrobiłem 5 km, już byłem przemoczony, ale nie było tragedii. Połączyłem się z bratem, który skończył zawody i razem biegliśmy kolejne 15 km. Tempo 4:20, ale zupełnie przemokłem. W dodatku miałem problemy z żołądkiem (te imprezy mnie wykończą :) ) i dwa postoje na toaletę. Przemarzłem do szpiku kości. Jeszcze tylko 5 km. Przyspieszyłem, żeby się rozgrzać. Tempo poniżej 4:00. Skończyłem ze średnim 4:15 i pulsem 133.

Co nas nie zabije

Ten przykład pokazuje, że nigdy nie warto przekreślać treningów. Nawet jak harmonogram nam się sypie, pogoda nie pomaga, żołądek niedomaga, to i tak w końcu możemy zrobić rewelacyjny trening. To było jedno z dwóch najlepszych rozbiegań od jesiennych maratonów, a o mały włos nie zrezygnowałem z niego, na rzecz dwóch krótszych biegów. Nie poddawajcie się, zawsze warto się zmusić do treningu. Na koniec wasza satysfakcja będzie podwójna!

I jeszcze jedna uwaga. Cały czas testuję różne konfiguracje treningu siłowego w połączeniu z jednostkami treningowymi. Dziś znakomicie się sprawdziła siła dzień przed długim w pierwszym zakresie. Postaram się za tydzień zrobić podobnie i zobaczyć, czy znowu się to sprawdzi. Jeżeli tak, to opiszę szerzej, jak łączę siłę z codziennym bieganiem.

More from Bartosz Olszewski

Po jakiej nawierzchni biegać szybkie treningi?

Temat rzeka. W końcu mamy setki rodzajów treningów, niezliczoną różnorodność podłoża po...
Read More