Co bym zmienił w swoim bieganiu, gdybym zaczynał od nowa?

Wyobraźmy sobie sytuację, że cofam się 7 lat, do 2010 roku. Mam za sobą rok treningów, zaczynam całkiem dobrze sobie radzić. Powoli zbliżam się do 40 minut na 10 kilometrów. Powoli myślę o ataku na 3 godziny w maratonie. Od tego czasu bardzo dużo się zmieniło. Jestem w zupełnie innym miejscu. Biegam dużo szybciej, moja wiedza o bieganiu i treningu jest dużo większa. Jednak czy wszystko bym powtórzył? Czy cofając się w czasie, moje przygotowania wyglądałyby tak samo? Na pewno nie!

Przez te kilka lat popełniłem masę błędów. Jedna bardziej świadomie, drugie mniej. Nie wiem, co by było gdyby. Nie lubię gdybać. Nie wiem, o ile lepszym byłbym teraz biegaczem, gdybym tych błędów uniknął. A może skończyłbym z kontuzjami? To zawsze jest jedna wielka niewiadoma. Jednak poniżej lista tego, co w mojej ocenie robiłem źle i czego na pewno bym nie powtórzył:

  1. Za szybko skupiłem się na treningu do maratonu. Wyniki na 10 km się poprawiały, bo poprawiać się musiały. Zwiększałem objętość, zwiększałem intensywność. Jednak od niemal początku mojego biegania maraton to było to, na czym mi najbardziej zależało. Trenując drugi raz od zera, bardzo mocno bym się skupiał na treningu pod 10 km. Chciałbym zrobić jak największy zapas prędkości. Nie koniecznie wiązałoby się to z rezygnacją z maratonu. Czemu nie? Ale trening ustawiłbym pod 10 km. Więcej interwałów. Więcej pracy na VO2max. Teraz mi tego brakuje. W pewnym momencie stałem się niemal biegaczem liniowym. Na treningu potrafiłem mieć problem z 3×3 km po 3:30 min/km, po czym w 2015 biegłem ponad 50 km w Wings For Life ze średnią 3:40 min/km. Oczywiście praca tlenowa, jaką wykonałem w tym czasie, niesamowicie mi pomaga. Jednak teraz brakuje mi szybkości. Ciężko robić mi specyficzny trening maratoński na odpowiednich tempach, nie mając tego zapasu z lat poprzednich. W efekcie muszę się cofnąć z treningiem, żeby ponownie iść do przodu. Właśnie jestem w fazie cofania.
  2. Ślepo gapiłem się w GPS, a raczej w średnie tempo treningu. Nie znosiłem biegać wolniej niż zakładałem. Nie znosiłem, kiedy średnia dni, tygodnia, miesiąca była gorsza, niż średnia z ostatniego czasu. W efekcie za szybko biegałem rozgrzewki. Za szybko biegałem schłodzenia. Za szybko biegałem przerwy między odcinkami i biegi regeneracyjne. Jedyne, co biegałem za wolno, to akcenty. Bo zwyczajnie nie miałem już na to siły.
  3. Niewolnik objętości. Tak, czasem jak coś zaplanowałem to musiałem zrobić. Ogólnie rzecz biorąc, to pozytywna cecha sportowca. Ja praktycznie nie odpuszczam treningów. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć treningi, których nie zrobiłem. Natomiast czasem ustalając sobie jakieś tygodniowe objętości, bez sensu wychodziłem na trening, który służył temu, żeby „kilometry się zgadzały”. Bez sensu. Takie treningi potrafią tylko zaszkodzić.
  4. Nie rozciągałem się. Czasem coś mnie naszło. Trochę się pogibałem. Ale ogólnie patrząc na moje bieganie, to pozbawione ono jest rozciągania. Efekt był taki, że byłem cały pokurczony. Do dziś nie wiem, jakim cudem się wtedy nie rozleciałem. Dalej nie jestem ekspertem rozciągania, dalej nie jestem w tym najlepszy i daleko mi do regularności. Ale rozciągam się, czuje się z tym dużo lepiej i na pewno będę to kontynuował.
  5. Trochę bardziej pilnowałbym się z odżywianiem. Potrafiłem pochłaniać jednego burgera za drugim. Nawet dużo biegając, czasami łapałem kilka kilogramów nadmiarowej wagi. Później musiałem to zrzucić. Przez okres kilku tygodni jechałem na deficycie. Czasem połowę kalorii czerpiąc z lodów. Bo z tych nigdy nie umiałem zrezygnować. Chodziłem i biegałem osłabiony. Przeważnie się udawało, ale ta dieta i utrzymanie wagi zawsze sprawiały mi najwięcej problemów. Na szczęście już się z tym uporałem.
  6. Na samym początku założyłbym bloga :)

Oczywiście błędów było dużo więcej. Większość jednak to małe błędy. Część zupełnie świadoma, jak np. częste starty w maratonach kosztem treningu. Ale to już świadome wybory, czasem zwyczajnie większą radość sprawiał mi start w maratonie niż kolejne treningi.

Pisząc powyższe i czytając to później, zastanawiam się, jakim cudem mój organizm to przetrwał? Przez te wszystkie lata w sumie miałem może jedną cięższą kontuzję i 6 tygodni przerwy od biegania. Raz był to ITBS i 2 tygodnie przerwy. Raz bolało mnie kolano, ale akurat jechałem na urlop. Oczywiście przerabiałem już problemy z rozcięgnem podeszwowym, biodrem, przywodzicielami, stopami, kaletką, piętą. Ale nigdy nie wykluczało mnie to zupełnie z treningu. Na pewno nie na dłużej niż 2, 3 dni. Cud? Możliwe. Mogę tylko zasugerować wam, nie bierzcie ze mnie przykładu. A raczej bierzcie przykład z moich błędów i nie powielajcie ich!

PS – a co Wy byście zmienili patrząc na przebieg swojej biegowej kariery?

More from Bartosz Olszewski

Wcale nie jesteś zwycięzcą!

Ten tekst chciałem zadedykować wszystkim „wygranym” ostatniego maratonu. Ale również innych biegów....
Read More