Ciężki trening w górach – różnice i ciekawe spostrzeżenia

Dziś zrobiłem pierwszy ciężki trening w górach. Wszyscy straszą, że w górach to jest inne bieganie. Jest ciężej, tlenu mniej, człowiek się dusi i łapie powietrze jak ryba wyjęta z wody. Dziś przyszedł czas, żeby to zweryfikować.

Minęło 6 dni od czasu, kiedy przyjechaliśmy do St. Moritz. Dziś wypada 7 dzień. Wczoraj, po dniu odpoczynku i jedynie lekkiego rozbiegania, postanowiłem zrobić pierwszy ciężki trening w górach.

Długo się zastanawiałem co biec. Pierwszy raz biegam na takiej wysokości. Więc zacząłem rozsądnie od drugiego zakresu. W koło jeziora. Mocno trzymałem się zakresów pulsu. Nie chciałem przekraczać 155 uderzeń serca na minutę. I szok, tempo jak na nizinach. 3:45, 3:40, 3:41… Zrobiłem tak sześć kilometrów, i byłem przekonany, że te gadanie o górach, i jak to się ciężko tam biega, to bzdury. Wskoczyłem na bieżnię i postanowiłem zrobić 4 km biegu ciągłego. Ruszyłem.

Zrobiłem pierwszy kilometr w 3:20 i już dyszałem jak lokomotywa. Zrobiłem drugi i już mnie odcinało. Skończyłem. Trzeciego bym nie wytrzymał. Postanowiłem robić to na odcinki po dwa kilometry, ale i tak tych 3:20 min/km nie utrzymałem. 3:22, :3:23, 3:21 itd. Ogólnie mordęga.

Ale w ogóle zostawmy trening i tempa. W Warszawie biegałem dwa razy na tempie 3:20 min/km. Dwa razy to były odcinki po 4 kilometry i za każdym razem przekraczałem na nich puls 180. Co więcej, ja potem przyspieszałem i wchodziłem na puls 185, 186. I tak normalnie zachowuje się mój organizm.

A co się dzieje w St. Moritz? Mój maks z dzisiejszego treningu to 174! Ja już nie mogłem szybciej. Byłem wypoczęty, „gryzłem trawę”, dawałem z siebie ile mogłem. Nogi miałem już naprawdę mocno zakwaszone, paliło jak diabli. A to po dwóch kilometrach. Dwóch kilometrach na pulsie, na jakim biegam półmaraton!

I to jest właśnie ta różnica biegania na wysokości. Rozbiegania czy drugie zakresy idą tutaj naprawdę dobrze. Nie mam z tym problemów, a okoliczne krajobrazy sprawiają, że czas leci szybciej i aż chce się biegać.

Ale trzeba pamiętać, że na wysokości jest mniej tlenu w powietrzu. Tim Noakes w swojej książce Lore of Running pisze, że nasze VO2max w pierwszym tygodniu spada nawet o 15% (wysokość 2200 metrów npm). A czas uzyskiwany na dystansie 5 kilometrów jest średnio o 8.5% gorszy niż na poziomie morza.

I właśnie tutaj jest ta różnica. Ja biegnąc na pulsie 174 już praktycznie jechałem na swoim VO2max (przynajmniej tak to rozumiem). Już brakowało mi tlenu i organizm nie był w stanie wejść na wyższe obroty. Natomiast jak biegłem tempem 3:40 to mimo wszystko nie wchodziłem w dług tlenowy, nogi mam znakomicie przyzwyczajone do takiej prędkości i nie był to dla mnie duży wysiłek.

Na pewno jeszcze w najbliższych dniach o tym poczytam i postaram się napisać o tym jakiś ciekawy artykuł. Bo temat jest naprawdę bardzo interesujący. A Wy zobaczcie, jak wygląda 2 kilometry biegu w tempie 3:20 min/km w Warszawie, a jak wygląda w St. Moritz. Co ciekawe, w Szwajcarii były lepsze warunki pogodowe :)

180 po 4 kilometrach 3:20 min/km i spokojnie wszedłem w 186 na tempie 3:12 min/km, trening na poziomie morza
Maks 174, trening na wysokości, tempo 3:20 min/km
Maks 174, trening na wysokości, tempo 3:20 min/km

More from Bartosz Olszewski

Boston Marathon 2018 – dużo jeszcze o nim nie wiesz!

To był jeden z najwspanialszych biegów jakie oglądałem. Legendarna trasa, potwornie ciężkie...
Read More