Bill Rodgers „Marathon Man” – recenzja

Marathon man

W sumie to całą recenzję mógł bym zamknąć w jednym zdaniu. Najlepsze książka sportowa jaką czytałem. Tak naprawdę w ogóle nie wiem, czy jakaś książka zrobiła na mnie takie wrażenie. Ale postaram się przynajmniej trochę opisać, dlaczego „Marathon Man”, której autorem jest Bill Rodgers, stała się moim numerem jeden na liście książek poświęconych tematyce biegowej.


Jak ktoś jeszcze nie wie kim jest Bill Rodgers. Jest to legenda amerykańskich biegów długich, czterokrotny zwycięzca maratonu w Bostonie, czterokrotny zwycięzca maratonu w Nowym Yorku. Poza tym z większych sukcesów wygrał maraton w Fukuoce, który w latach siedemdziesiątych uważany był za nieoficjalne mistrzostwa świata w maratonie. Człowiek legenda. A nic nie zapowiadało, że będzie wielki…

Książka opowiada o tym, jak ze zwyczajnego chłopaka, Rodgers stał się najlepszym maratończykiem swoich czasów. Opowiada o jego codziennych przebieżkach z Amby Burfoot. Późniejszej rozłące z bieganiem. Okresem studenckim, gdzie tak naprawdę Bill codziennie imprezował, palił papierosy, nie stronił od alkoholu (ale nie mylić z alkoholizmem :) ). I pewnego razu zobaczył maraton w Bostonie, prowadzącego i zwycięskiego kolegę z treningów, Amby’ego. Postanowił, że wygra w Bostonie, w swoim mieście. I dopiął swego!

Jest to opis silnej woli i poświęcenia. Myślicie, że naszym biegaczom jest ciężko? Przeczytajcie, żeby zobaczyć jakie warunki do treningów mieli maratończycy w USA w latach siedemdziesiątych. Bill pokazuje, że można. Bez żadnego wsparcia, ledwo wiążąc koniec z końcem. Z wiedzą o treningu przekazywaną z jednej osoby na drugą zejść w maratonie poniżej 2:10. Kluczem jest tu pełne poświęcenie, codzienny trening (dość powiedzieć, że opuścił najwyżej dwa dni pod rząd podczas całej kariery!!!), olbrzymi kilometraż (dochodzący do 300 km w tygodniu). A do tego wszystkiego praca, na pełen etat, bo za coś żyć trzeba. Osobiście nigdy nie miałem biegowego idola, teraz już mam.

Przy okazji Bill w żadnym wypadku nie rozczula się nad sobą. Czytając „Marathon Man” chwilami było mi go strasznie szkoda, ale to jest człowiek, który widzi tylko pozytywne strony. Niesamowicie ambitny, pogodny. Czytając kolejne strony ma się ochotę wyjść i biec. Pokazuje, jak inspirujące może być bieganie. Ile dla niego znaczyło i jego kolegów. W czasach, kiedy wszyscy patrzyli na Ciebie jak wariata. Bo przecież po co biegać, skoro nie ma za to żadnych pieniędzy. Za wygraną w Bostonie nagrodą był wieniec laurowy. Przyjmowanie pieniędzy było zabronione, w końcu był to sport „amatorski”…

Przy okazji czytamy opis mila po mili pierwszego triumfu Rodgersa w Bostonie. Rok 1975, idealne warunki. Cel miał tylko jeden, wygrać. Nie chodziło o czas, nie interesowało go żadne miejsce poza pierwszym. Po dwóch sromotnych porażkach kiedy schodził na odcinku Newton Hills, tym razem nic nie zmienił w taktyce. Od początku biegł tylko po jedno, zwycięstwo! Na starcie stał w koszulce bawełnianej, na której wypisał nazwę klubu. Na głowie duża wełniana czapka. Rękawiczki robotnicze kupione na chwilę przed startem przez jego brata. A na nogach nowe Nike, co prawa za duże, ale podarował mu je parę dni wcześniej sam Steve Prefontaine. Dla mnie te fragmenty były szczególnie interesujące. Kilometr po kilometrze odtwarzałem sobie swój bieg, te same emocje, te same trudy biegu, zabójcze zbiegi. Legendarny Heartbreak Hill. Żeński koledż. Przy okazji poznajemy historię tego biegu, jego największe legendy. Clarance DeMar, John Kelly, Johnny Kelly, Amby Burfoot. Żałowałem tylko jednego, że nie przeczytałem tej książki przed biegiem. Wtedy na pewno pobiegłbym mądrzej, przy okazji czerpiąc wszystko z tego biegu. Maratonu, którego tradycją i historią możnaby obdzielić wszystkie inne maratony razem wzięte. Po przeczytaniu tej książki postanowiłem, że nie chce biec NY, Londynu. Chcę jeszcze raz zmierzyć się z trasą w Bostonie! I uważajcie, bo zapewniam, że u was będzie podobnie :)

„Marathon Man” to również książka pełna inspiracji. Osobiście z żadnej innej książki nie zyskałem tak wiele, co po przeczytaniu „Marathon Man” Rodgersa. Te wszystkie powieści o ultra wegetarianach, śmieszne książki o treningu, chowają się przy tej pozycji. Więc jeżeli chcecie przeczytać coś wybitnego, to nie zastanawiajcie się ani sekundy. Gorąco polecam!

A wady? No cóż, książka jest po angielsku. Więc na pewno nie każdy będzie mógł ją przeczytać. W takim wypadku wypada tylko błagać Galaktykę, żeby w końcu przestała brać się za książki o biegowych „podróżnikach” i przetłumaczyła książkę o prawdziwym biegaczu, maratończyku, legendzie maratonu!