Bieg z Radością – Stary człowiek a może

Bieg z Radością

Absolutnie nie uważam się za staruszka. Ale nie ma co się oszukiwać. Lata lecą a człowiek młodszy nie będzie. Co nie znaczy, że nie może być szybszy :) Nawet nie wiecie jak cieszy mnie te życiówka z Biegu z Radością. Nie dlatego, że to życiówka. Nie dlatego, że zająłem 3 miejsce w naprawdę mocnym biegu. Ale dlatego, że udowodniłem sobie w końcu to w co nieprzerwanie wierzyłem. Że możliwości mam sporo większe, potrzebuję tylko zdrowia i motywacji.

Wiele osób pytało, czy to góry oddały :) Nie, 2 tyg w górach nic nie zmienią. Zwyczajnie od długiego czasu trenuję regularnie, staram się dobrze dobierać treningi pod zawody które mnie czekają. Ale co chyba najważniejsze. Wróciły zawody. Udało zapisać mi się na Amsterdam (półmaraton) oraz Maraton w Walencji. I złapałem olbrzymią dawkę motywacji. A na tym zawsze najlepiej mi się trenuje. 

Dzień przed tą dychą poszedłem na rozruch i byłem pewny swego. Tzn. milion rzeczy może się stać, ale wiedziałem, że w dobrym biegu jestem gotowy na życiówkę. Na rozgrzewce było równie dobrze. Noga lekka, oddech spokojny. Nic nie boli. Nina pierwszy raz mi kibicowała na zawodach, więc trzeba było zrobić swoje :)

Szybko jeszcze o Biegu z Radością. Super impreza! Naprawdę atrakcje na miejscu przy takim lokalnym biegu robią wrażenie. Dzieci mają pełno zabawy, dorośli również. Dużo kibiców. Super szybka trasa. Fajne samochody w salonie Toyoty :D Na pewno ten przeciągnięty start o prawie 20 minut na minus. Wiem, że ludzie kupowali jeszcze pakiety, ale było serio zimno i ludzie marźli ten cały czas na starcie. Lepiej w takim wypadku poinformować odrazu, że start będzie przesunięty. Ale nie czepiam się, bo sami organizatorzy (co bardzo chwalę) pytali się co można poprawić i co zawalili :) Na pewno prowadzący samochód na pętli gdzie dubluje się już biegaczy to średni pomysł. Rower, motor etc. Szczególnie ostatnie 500 metrów gdzie już zwyczajnie się zatrzymał bo nie mógł przejechać a Krzysiek pocałował szybę :D Ale serio, jak planujecie za rok życiówkę, ciężko o szybsze 5 i 10 km. Przepraszam też, że uciekłem po dekoracji w kategorii głównej, ale Nina krzyczała, że chce spać do domu, siła wyższa ;)

A jeżeli chodzi o sam bieg. Pierwszy kilometr w 3:07 (za szybko minimalnie, ale pod kontrolą). Potem 3:10, idealnie. Miałem tutaj też dużo szczęścia, bo prowadzili chłopaki z biegu na 5 km (dzięki Dominik). Więc pierwsze 2.5 km wchodziłem spokojnie w bieg. Potem po nawrotce już tak wesoło nie było. Ale wiatr wiał lekko w plecy i tak zameldowałem się na 5 km z czasem 15:50 (2 sek do życiówki ;) ). Ale na tym etapie biegu byłem naprawdę spokojny. Miałem siły, wiedziałem, że jak nie zrobię głupoty to będzie 32 złamane. A życiówkę może mi zabrać kataklizm. 

6 i 7 kilometr to nawet 10 sek niepotrzebnej straty…

Później tempo siadło. Schowałe się trochę, żeby odpocząć. Ale kilometry w 3:15 i 3:16 to było zdecydowanie za wolno. Mnie tutaj nie obchodziło kompletnie miejsce, tylko czas. Jeszcze poprowadziłe pół kilometra mocniej pod lekki wiatr i potem po nawrotce ile sił do mety. Biegłem z Olkiem Wiąckiem i Krzyśkiem Wasiewiczem. Na ostatnich 2.5 km się rozjechaliśmy. Ja już ruszyłem co sił bo nie mogłem czekać (na nawrotce miałem minimalny zapas). W pewnym momencie Olek przejechał obok jak pociąg Pendolino ;) Ostatni km to już była rzeźba. Serio nogi się uginały a ja odliczałem każdą sekundę. Krzysiek ruszył mocniejszy finisz (ahh, że ja mogę liczyć tylko na końską wytrzymałość :) ). Ja biegłem swoje i minąłem metę na 3 miejscu z czasem 31:53 netto. 

Tu widać na wykresie pulsu, że był zapas

Życiówkę miałem z 2013 roku, 32:25. Potem tylko raz złamałe oficjalnie 33 minuty (Bieg w Konstancinie). I wiecie co, ja wcale jakoś nie jestem podjarany, jakby to był szczyt moich możliwości. Wręcz przeciwnie, traktuje to jako otwarcie rozdziały sub 32 i macham do sub 31. Przecież dalej chcę złamać 2:20 w maratonie. Więc bieganie na poziomie 31 dycha to wymóg, żeby to zrobić. Inaczej mogę porywać się z motyką na słońce. 

Tutaj jeszcze widać jak kadencja spada wraz ze wzrostem zmęczenia. Nad tym też trzeba popracować.

Przy okazji podziekowania dla mojej kochanej żony, która z Niną pewnie straciła tam więcej energii niż ja na biegu :D I dla Was kibice! Jak zwykle bieg w Warszawie to dla mnie czysta przyjemność. Setki okrzyków zagrzewania do walki, chłopaki obok nie wiedzieli co się dzieje. Super, że jesteście!

A teraz czas wracać do żywych. Bieg nie zmasakrował mnie jakoś. Mam “zakwasy” mocne na czwórkach. Lewa łydka też lekko trącona. Ale fizycznie czuję się znakomicie. Rozbieganie biegłem spokojnie w pierwszym zakresie a tempo miałem 4:10 min/km. Jeszcze mam problem z przywodzicielem, ale myślę, że to pierdoła. Największym błędem był mega ostry hindus po biegu. Był pyszny, ale co mi się działa w żołądku to zachowam dla siebie :D

Kończąc. 2/4 życiówki zrobione. Za tydzień w niedzielę, o 13:00 startuje w półmaratonie w Amsterdamie. To moim zdaniem będzie najtrudniejszy wynik do poprawy. Z kilku względów. Ale jestem w 100% przekonany, że jestem w stanie nabiegać życiówkę. 

More from Bartosz Olszewski

Garmin 620 – Recenzja

Garmin 620 to obecnie flagowy model biegowy w kolekcji Garmina. Mnóstwo funkcji,...
Read More