Bieg Wśród Krasnych Pól – Czyli coś z niczego

bieg wsród krasnych pól

Nie będę ukrywał, że Bieg Wśród Krasnych Pól darzę olbrzymią sympatią. To moje ulubione trasy biegowe, na których staram się biegać kiedy tylko mam czas jechać na Suwalszczyznę. Piękne okolice, pagórkowate terany i Krasnopol, gdzie jestem traktowany trochę jak lokalny bohater. W tym roku miało mnie tak nie być, jednak historia potoczyła się inaczej. A ja po raz kolejny przekonałem się, jak wspaniałe biegi rozgrywane są na Suwalszczyźnie.

W tym roku biegałem już Reso Suwałki 10.5 Rok temu zachwycałem się Maratonem Wigry i Biegiem Bobra. Tutaj nawet ewentualne niedociągnięcia organizacyjne bledną przy całej atmosferze oraz życzliwości ludzi. No i te okolice! Jak zgubiłem się na Maratonie Wigry to nawet nie byłem specjalnie zły, zwyczajnie zwiedziłem trochę więcej okolicy :) W tym roku w Krasnopolu postanowiłem zrobić ostatni test przed zbliżającym się wielkimi krokami głównym startem w tym roku, Ultravasan90. Wybrałem ten bieg, ponieważ jest mocno pagórkowaty, po urozmaiconym terenie. W dodatku dzień później mogłem szybko wyjść na trening, dłuższy bieg, ponownie na trasie podobnej do tej, na jakiej będę rywalizował w Szwecji. Z pełnego treningu miałem stanąć i pobiec mocno, praktycznie na maksa. W końcu to zawody. Chciałem wiedzieć gdzie jestem z formą na 2 tygodnie przed głównym startem.

Oczywiście wszyscy byli przekonani o mojej łatwej wygranej. Prawdę mówiąc nie znoszę tekstów w stylu „mamy już wygranego”, „spróbuj dziś nie wygrać”, „o, widzę, że dziś walka o drugie miejsce”. To jest sport i nigdy nic nie wiadomo. Nie wiesz z kim będziesz się ścigał, co może stać się na trasie. Takie mówienie trochę uwłacza wysiłkowi który wkładasz w taki bieg, bo wychodzi na to, że tylko dopełniasz formalności. Tak nie jest. Uwierzcie mi, że nikt nie lubi jak mu się tak mówi. A wystarczy powiedzieć np. „daj z siebie wszystko” albo najzwyklejsze „trzymamy kciuki”. Jak się okazało w tym biegu, wcale nie musiałem wygrać. Walka toczyła się do samego końca a o pozycji na mecie zadecydował sam finisz. I pewnie fakt, że „biegłem u siebie”. Może zwyczajnie miałem więcej motywacji?

Wystartowaliśmy o 14:00, było dość ciepło, potwornie wiało. Pierwszy kilometr dość płaski, potem trzy pod górę i pod wiatr. Ruszyłem szybko zgodnie z założeniami, 3:15 min/km. Szybko na plecach usiadł mi zawodnik z Białorusi. Natychmiast zostaliśmy sami. I walczyliśmy z trzecim przeciwnikiem, z wiatrem. Po 4 kilometrach byliśmy już tak zniechęcani (cały czas czołowy, mocny wiatr), że tempo na pierwszym zbiegu wręcz spadło, a my postanowiliśmy chyba odpocząć. Za bardzo nikt nie chciał dyktować szaleńczego tempa. Dzielnie na rowerze kibicowała nam Kasia, która właśnie skończyła swój trening rowerowy. Ale jak sama mówiła, na naszych twarzach bardziej przebijało się to zniechęcenie niż walka o każdą sekundę.

Skręciliśmy w lewo, na polne drogi. Tam co chwilę podbieg, zbieg, podbieg, zbieg. Przeważnie mocno pracowaliśmy na podbiegach, żeby potem odpoczywać na zbiegach. Zawodnik z Grodna okazał się bardzo przyjazny. Kiedy wypadł mi kubek z wodą, oddał mi połowę swojego (wiem, brzmi śmiesznie, ale to pokazuje, że rywalizacja rywalizacją, ale sport to piękna sprawa).

Z perspektywy czasu, to te środkowe kilometry przebimbaliśmy. Niski puls i brak ataku na zbiegach. Spokojnie mogliśmy biec dużo szybciej. Ściganie zaczęło się na 9 kilometrze. W najtrudniejszym terenie. Trawa, dziurawa droga polna, bardzo ostry zbieg i jeszcze większy podbieg. A później kilometrowy zbieg asfaltem i ostatnie odcinek po szutrowej, pagórkowatej drodze, w stronę mety. Tam już mocno cisnęliśmy. Ale chyba razem czekaliśmy na finisz. Bo nawet przy bardzo mocnym biegu nikt nie odstawał na krok. W końcu ostatnie 300 metrów. Spiąłem się w sobie, ruszyłem ile sił w nogach i zrobiłem przewagę. Na 100 metrów do mety już uginały mi się nogi, chyba za wcześnie ruszyłem :D Ale to wystarczyło. Po raz kolejny mogłem cieszyć się z wygranej w Krasnopolu. Naprawdę finiszując tam czułem się, jakbym finiszował u siebie w domu. Piękna chwila!

A teraz coś dla tych, którzy uwielbiają jeść. Na mecie własnej roboty (tak, z okolicznych domów) kartacze, babka ziemniaczana, kiszka, soczewiaki, kilka rodzajów ciast! Zjadłem taki miks, że chyba jeszcze się trawi :D Ale było pyszne, autentycznie super. Przypomniałem sobie dzieciństwo i wakacja u babci na Podlasiu. Nie wiem kto robił kiszkę, ale szacun, była rewelacyjna!!! W koło trwał jarmark. Scena czekała na dekorację. Trzeba powiedzieć, że poza biegiem dla dorosłych, były też biegi organizowane dla dzieci. A to wszystko o czym piszę powyżej to inicjatywa lokalnej społeczności. Bez żadnych nakładów finansowych. Każdy dorzucił coś od siebie, gmina pokazała, ze chcieć to móc. Wpisowym była dobrowolna wpłata na cele charytatywne. Mógłbym chwalić tak w nieskończoność, SUPER!

Ok, ale wracając do czysto sportowych aspektów. Jak mi poszedł ten sprawdzian? Hmmm, w sumie nie wiem… Tempo 3:23 min/km, ale spokojnie mogło być sporo szybciej. Po bardzo ciężkiej trasie. Średni puls 172, czyli bliżej do półmaratonu niż 10 km. Cały czas z lekką rezerwą, ale z drugiej strony nie miałem takiej lekkości, strzału, dynamiki. Teraz pozostało mi 12 dni, żeby tą lekkość zyskać. Zdecydowanie schodzę z kilometrów. Biegam dużo mniej. Jeszcze jeden bieg ciągły, raz długi, drugi zakres a ostatni tydzień to już odpoczynek z mocniejszym rozruchem we wtorek. Jest dobrze, pozostaje wierzyć, że wszystko co najlepsze przyjdzie 19 sierpnia. O 5 rano ;)

Mam nadzieję, że za rok ponownie uda się wystartować w tym biegu. Nawet zupełnie turystycznie, uwielbiam tę atmosferę. A dla chętnych zwiedzenia Suwalszczyzny, macie jeszcze w tym roku Bieg Bobra i Maraton Wigry. Polecam, też mają kartacze! :D

More from Bartosz Olszewski

Ełk Triathlon – te triatlony to naprawdę super zabawa i przyjaźni ludzie!

Spodobały mi się sztafety triatlonowe. Jako, że sam jeszcze nie jestem w...
Read More