Bieg Niepodległości, Zoffee, jedzenie – dlaczego warto wpaść do Poznania?

bieg niepodległości

Powiem Wam, że nigdy tak naprawdę nie byłem w Poznaniu. Przejazdem, raz biegłem Wingsa i tyle. Ale nawet biegnąc zawody, nie miałem czasu wychylić się za hotel. No ok, byłem w Starym Browarze i tyle. Po ostatnim weekendzie mogę powiedzieć, że nie tylko mają tam super biegi. Ale to również piękne, wspaniałe miasto, z rewelacyjna ofertą gastronomiczną i znakomitymi terenami do biegania.

Bieg Niepodległości

Zacznijmy jednak od samego biegu. Bałem się takich tłumów. Nie samego biegu i tego, że będę musiał się przepychać, bo nie biegłem na czas. Ale stresowałem się, jak to wyjdzie organizacyjnie. W końcu miało wystartować ponad 20 tys ludzi! Pakiety odebraliśmy dzień przed biegiem. Było pełno stoisk, zero tłumów, duży plus. Przeszkadzał tylko dym z Food Trucków. Swoją drogą kto wpadł na pomysł umieszczenia kilkudziesięciu olbrzymich grilli pod dachem hali :D Ale obok trwał festiwal piwa, więc jakaś frytka i burger musiały być. Skupmy się jednak na biegu.

Pogoda była idealna. Chłodno, bez wiatru, słoneczko. Wcześnie ruszyliśmy na start i już w koło stragany z okazji Świętego Marcina. Pełno rogali i smakołyków. Przedzieramy się jednak, ludzi naprawdę co raz więcej. Jeszcze 20 minut do startu, wszędzie bramki i trochę nie wiemy gdzie mamy iść. Ruszamy za tłumem, na początku nie trafiamy do strefy. Stoimy w tłumi i już nawet tracimy nadzieję, że dostaniemy się na czas. Zaczyna się hymn, ciarki przechodzą. Serio, to była niezwykła chwila.

Postanawiamy zawrócić i jakimś cudem, już po starcie trafiamy w swoją strefę. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to właśnie oznaczenia prowadzące ludzi na start i później wskazujące drogę po mecie. W takim tłumie wolontariusze nie mają już siły, nie widzą gdzie kto ma iść. Zwyczajnie nie da się tego ogarnąć. Znaki kierujące do konkretnej strefy były przy samych wejściach. Natomiast tak naprawdę trzeba było przejść 500-1000 metrów, żeby tam dojść. Nie czepiam się, ale znam organizatorów i Wiem, że chcieliby wiedzieć, co można zrobić lepiej. Z większych uwag, tylko ta. Teraz już będzie cukierkowo ;)

Z Kasią wpadliśmy na start trzy minuty po strzale startera. Nikogo już nie było, więc pobiegliśmy zupełnie sami. Ktoś mógłby powiedzieć, że chcieliśmy dobrze wypaść na zdjęciach, ale serio, to nie było zaplanowane. Na pierwszych metrach głośny doping, pozdrawiają nas kibice. Nie przebiegliśmy 500 metrów i już wpadamy w tłum biegaczy. Hmmm, ktoś chyba „pomylił” strefy, ale to już temat na inny wpis. Biało-czerwone koszulki, morze koszulek, robią wrażenie. Biegniemy naprawdę szybko, biorąc pod uwagę, że wyprzedzamy setki, a potem tysiące biegaczy. W dodatku początek mamy cały czas pod gorę. Trasa była szeroka i dobrze zabezpieczona. Nie było momentu, gdzie zrobiłby się korek.

I tak pokonaliśmy podbieg na 6 kilometrze, a potem zbieg do mety. Szalone tempo 3:45 min/km (planowaliśmy nie biec szybciej jak 4:15 :) ), kilka zespołów, ponownie kibicie, piękna droga przez park i już jesteśmy na ostatniej prostej. Mijamy metę z czasem 42 z hakiem. Dobrze, że to nie był żaden bieg na życiówkę i, że biegliśmy razem. Bo pomyliliśmy z Kasią numery między sobą :D Strefa mety jest super zorganizowana. Duża, szeroka, wolontariusze przesuwają biegaczy do przodu. Dostajemy przepiękny, pozłacany medal w kształcie miecza! I ja łapię rogala. Skłamałbym mówiąc, że to pierwszy, bo na śniadanie też zjadłem. Nie polecam, cały bieg odbijało mi się makiem :D

W tym roku w Polsce 11 Listopada biegli dosłownie wszyscy. Biegi były wszędzie. Osobiście uważam, że to piękna, rodząca się tradycja i dla nas, biegaczy, super sposób na świętowanie tego dnia. Ilość biegów, ilość biegaczy, przerosła chyba oczekiwania organizatorów. Do tego wspaniała pogoda w całej Polsce. Myślę, że z roku na rok te biegi będą jeszcze lepsze. W końcu sami organizatorzy muszą gdzieś to doświadczenie zdobywać. Sami biegacze jeszcze muszę się nauczyć radzić sobie w takim tłumie i przede wszystkim postępować zgodnie z wytycznymi. Ustawiać się w swoich strefach, być wcześniej na starcie. Ale ja serio byłem pełen obaw, a wyszło i tak świetnie! I mam nadzieję, że za rok będzie jeszcze lepiej.

Poznań i Święty Marcin

Wracając wpadliśmy w obchody Dnia Świętego Marcina. Jak ktoś lubi stargany, tłumy, pochody, koncerty itd. to na pewno mu się spodoba. Nie pamiętam takich tłumów na ulicach polskich miast, chyba, że to była demonstracja. Wszędzie kolorowe, wspaniały pochód, inscenizacje, przekazanie kluczy a do tego miliony rogali. Serio, byłem w szoku. Oczywiście jest jak z tłustym czwartkiem i pewnie w każdy inny dzień te rogale są lepsze. W ogóle ja nigdy nie byłem fanem bułek z makiem (wiem, wiem, teraz to przesadzam, nazywając to bułką :D ). Ale zjadłem chyba 6 tego dnia. I kolejnych kilka przywiozłem do Warszawy. Dalej uważam, że drożdżówki z Lukullusa nic nie przebije ;)

Zrobiliśmy też mały obchód po restauracjach. Było tego tyle, że nie widziałem co wybrać. Byliśmy w dwóch. Lars, Lars and Lars oraz Concordia Taste. Obie znakomite! Więc jak szukacie czegoś pysznego w Poznaniu, z trochę wyższej półki (ja zwyczajnie uwielbiam smacznie zjeść), to na pewno będzie znakomity wybór. Ale restauracji i knajp do których chętnie bym poszedł było mnóstwo. Jest z czego wybierać. Do tego kawiarnie! Na każdym rogu. Lubię taki klimat i może to trochę przesada, ale lekko przypominało mi to klimatem Auckland i to na pewno jest dobry kierunek rozwoju!

Zoffee i bieganie

A jak już jesteśmy przy kawie. Oczywiście jednym z punktów wizyty w Poznaniu było spotkanie z Zosią i Marcinem. Zosię możecie znać z Kobiety Biegają. Marcina, bo to taki przystojniak co naprawdę szybko biega. I razem prowadzą małą kawiarnię Zoffee. Robią genialną kawę. I serio tutaj nie upiększam rzeczywistości. Mają swoją, specjalnie dla nich wypalaną mieszankę pod Poznaniem. Marcin szaleje przy ekspresie, Zosia podaje genialne robione przez nich ciasta. A do tego na miejscu mają biblioteczkę książek biegowych. Jeżeli jesteście z Poznania i kochacie kawę, bieganie albo zwyczajnie miłe towarzystwo to się pytam, dlaczego Was tam jeszcze nie było? :D

Z Zoffee mamy rzut beretem do Rusałki. Kilometr przez Park Sołecki, 500 metrów chodnikiem i jesteśmy. A tam dziesiątki kilometrów przepięknych tras biegowych. Ja dobiegłem aż do Jeziora Strzeszyńskiego. Łącznie to była wycieczka na 30 kilometrów. Obok tez jest cytadela, coś dla osób lubiących więcej przewyższeń. Ogólnie cudo, natychmiast wysyłam tam każdego, kto gości w Poznaniu i szuka tras do biegania.

Niestety nasza weekendowa wizyta w Poznaniu dobiegła już końca. Mam nadzieję, że szybko tam wrócę. Na razie wstępnie planuję w maju, wiadomo w jakim celu :) Bieg Niepodległości zostawił po sobie piękne wspomnienia. Samo miasto nas zachwyciło. Jedzenie mają tam przepyszne a w Zoffee mógłbym zaczynać każdy dzień. Dwa espresso i na Rusałkę :) A teraz koniec tego słodzenia i czas wracać do pracy. A wy pochwalcie się swoim Biegiem Niepodległości. Gdzie startowaliście, jak impreza? Jak Wam poszło. Czekam na komentarze i miłego dnia!

More from Bartosz Olszewski

Podsumowanie tygodnia 2014.03.24 – 2014.03.30

Kompletnie zapomniałem o podsumowaniu tygodnia. Dopiero ktoś mi przypomniał, więc postanowiłem kontynuować...
Read More