5 najlepszych treningów w 2017 roku

Budzę się z zimowego snu. A raczej z grudniowego, bo ciężko nazwać to zimą. Prawda jest taka, że przez ostatni miesiąc odpoczywałem mocno od blogowania. Nazwijmy to roztrenowaniem od bloga :) Ale mamy Nowy Rok, silne postanowienia noworoczne. Jednym z moich był właśnie powrót do regularnego pisania. A więc zaczynamy w 2018. Na początek trochę miłych wspomnień, czyli najlepsze treningi jakie zrobiłem w poprzednim roku. Lubię się pozytywnie nastrajać przez nowymi wyzwaniami.

1) Chodzież i 21 km w drugim zakresie

Do Chodzieży pojechaliśmy na Kasi start w triatlonie. Dzień wcześnie postanowiłem zrobić ostatni mocny trening przez zbliżającym się startem w Ultravasan 90. Byłem po wolnym dniu. Ale byliśmy po kilku ładnych godzinach w samochodzie. Ogarnialiśmy hotel, depozyty itd. W końcu już późnym popołudniem się przebrałem i wystartowałem niepewnie na 21 km, z nadzieją zakręcenia się w okolicach tempa 3:40-3:45 min/km.

Jednak to jak biegło mi się tego dnia ciężko wytłumaczyć. Już pierwszy kilometr wyszedł w 3:33 min/km a puls pokazywał, że wcale nie jest za szybko. Lekko zwolniłem do 3:38 min/km ale to było naprawdę wolno tego dnia. Skończyłem na 3:30 min/km, półmaraton (na GPS) pokonałem w 1:13:43 a wszystko na pulsie 157, czyli w drugim zakresie. Dzień konia. Najlepszy dzień w roku (poza 7 maja i Mediolanem ;) ).

Trzeba tutaj powiedzieć, że byłem równe 2 tygodnie po zjeździe z gór. I już drugi raz potwierdziło się, że właśnie wtedy mam optymalna formę. Następnym razem jak będę jechał na obóz, powrót zaplanuję tak, żeby do startu pozostały dwa, a nie trzy tygodnie. Oczywiście, jeżeli życie pozwoli :D

2) S8 i 4×3 km biegu ciągłego

Ostatni test przed Półmaratonem Warszawskim. Byłem w bardzo ciężkim treningu do Wingsa. Bardzo duża objętość, trudno mi było powiedzieć na co mnie stać na półmaratonie. Dlatego postanowiłem pobiec 3×3 km progowo, na prostym, asfaltowym odcinku. Przerwa około 4 minuty w truchcie. Wyszło kolejno 3:18, 3:18, 3:13, 3:13 min/km na pulsie 157/166/169/171. Drugi i czwarty odcinek pod lekki wiatr. W tym momencie byłem pewny, że 1:10 złamię. A dlaczego zrobiłem 4 a nie trzy? Bo tak mi się dobrze biegło, że postanowiłem jeszcze dokręcić, z myślą trochę o późniejszych startach. Każdy z tych odcinków, nawet ostatni, kończyłem z małą rezerwą. Dla porównania wczoraj kończyłem na średnim tętnie ok. 170, ale tempo 3:21 min/km. 8 sekund to dużo, bardzo dużo…

3) Mediolan i 5×1 mila

Mediolan to nie tylko Wings For Life, ale również jeden z najlepszych treningów jakie zrobiłem w zeszłym roku. Byliśmy na obozie w St. Moritz. Już mocno zmęczeni. Pojechaliśmy do Mediolanu. Był środek lata, żar lał się z nieba. Musieliśmy po rozgrzewce zamieniać stadion, z jednego nas przegonili. W samochodzie spędziliśmy trzy godziny. W końcu ambitnie ruszyłem tempem 3:10 min/km. Utrzymałem, i powtórzyłem to na każdym kolejnym odcinku. Różnica między najszybszym a najwolniejszym zamykała się w 1 sekundzie. A uwierzcie mi, że o każdą sekundę walczyłem jak lew :) To był tydzień z objętością ok 200 km, więc uwierzcie, nogi nie były za lekkie. A po treningu z Kaśką byliśmy tak odwodnieni, że ze zwiedzania Mediolanu nici :)

4) Krasnopol i długi wybieganie przed Wingsem

Sprawdzający trening przed Wings for Life w Mediolanie. Tydzień po maratonie, a trzy tygodnie przed zawodami. Trzymałem się pulsu. Biegałem drogami asfaltowymi, po dość pofałdowanym terenie. Kto był na Suwalszczyźnie, wie o czym mówię. Było wietrznie, ale biegłem po pętli. Na początku pomagało, pod koniec przeszkadzało. Największym problemem był brak picia przez niemal 30 km. Ostatecznie wyszło 42.2 km (ok, nie jest to przypadek) ze średnim tempem 3:41 i na pulsie 153 (idealnie). Czas „maratonu” to 2:35:47 A łącznie z rozgrzewką i schłodzeniem pokonałem 47 km i 400 metrów.

Jednak bardzo szybko doszedłem do siebie i jak widać w Mediolanie zaprocentowało.

5) Wigilia, siłowania ZdroFit na Bemowie i 4×3 km (18 km/h) z przerwą 1 km w drugim zakresie (16 km/h).

Tu nie chodzi o prędkości, ale o test silnej woli. Było potwornie gorąco, ja zaplanowałem taki a nie inny trening i postanowiłem go skończyć. Nie pamiętam, kiedy polewałem się wodą na siłowni, nie pamiętam, kiedy tyle razy walczyłem z samym sobą, żeby nie przycisnąć STOP, nie pamiętam, kiedy tyle czasu po treningu leżałem na taśmie. I kiedy musiałem tyle po sobie sprzątać. I takie treningi są czasem potrzebne.

Tak naprawdę mógłbym pisać dalej. W samym St. Moritz zrobiłem 3-4 trening, za które dałbym sobie medal :) W drodze do Wingsa może biegi nie były spektakularne, ale sama objętość i nakładające się obciążenie, które ciężko opisać, sprawiają, że były to niezwykle trudne, a jednocześnie udane treningi. Mam nadzieje, że 2018 przyniesie jeszcze lepsze biegi. Czego sobie i Wam życzę!

More from Bartosz Olszewski

Bieg Tropem Wilczym 2014 – relacja

Przyszedł czas na jakieś przetarcie. Ciągle tylko treningi, baza, wytrzymałość. Ale brakowało...
Read More