37. PZU Maraton Warszawski – na ile biegnę?

maraton błędy

Nawet nie wiecie, ile razy dostał już to pytanie. Chyba powinienem sobie wytatuować odpowiedź na czole. Niestety w wypadku tego maratonu odpowiedź jest bardziej skomplikowana i żeby wszystko zmieścić, musiałbym użyć tak małej czcionki, że i tak nikt by nie przeczytał.

Prawda jest taka, że najbliższy Maraton Warszawski to dla mnie wielka niewiadoma. Startowałem w maratonie w Reykjaviku. Trzy tygodnie później miałem start w Krynicy. Już te trzy tygodnie mocno mnie psychicznie wykończyły. Zresztą opisywałem to w podsumowaniach tygodnia. Jednak pozbierałem się, zmotywowałem i ta Krynica wyszła wręcz rewelacyjnie.

Po Krynicy zostały dwa tygodnie do Warszawy. Nie oszukuję się, wiem, że nie ma możliwości, żebym był w pełnej dyspozycji. Nie jestem. Przez pierwsze kilka dni treningi po Krynicy szły mi źle. Wręcz fatalnie. Niech przykładem będzie moje 3×6 km w tempie 3:30 (wolniej niż maraton), które skończyłem po 6 kilometrach biegu i wróciłem do domu. Zwyczajnie na więcej nie miałem siły. Nawet nie chęci, nie dałem rady.

Druga sprawa to głowa. Szczerze, nie chciało mi się już trenować. Byłem najzwyczajniej w świecie zmęczony. Jakby to nie był Maraton Warszawski, to na 100% odpuściłbym start. Jednak to Warszawa. Tutaj debiutowałem, ten maraton kocham najbardziej, tutaj mam najwięcej kibiców. Mógłbym biec treningowo, ale nie chcę.

No i pora odpowiedzieć na pytanie, na ile biegnę? Jeżeli będzie pogoda to ruszam pewnie na 1:12 na połówce. A później zobaczymy. Będę starał się trzymać to tempo jak najdłużej. Jeżeli będzie pogoda, wiatr nie przeszkodzi i będzie z kim biec, to może nawet całkiem daleko tak zabiegnę. Ale ten maraton jest dla mnie olbrzymią zagadkę. Wiem, ze organizm mam już trochę wyeksploatowany i nie wiem jak zachowa się po 30 kilometrach biegu. Z drugiej strony bieg na 2:27, 2:28 nie ma dla mnie sensu. I tak się mocno wyeksploatuje, a nic mi to nie da.

Pozytyw w tym taki, że zawsze w Warszawie startowałem pod duża presją wyniku. W tym roku naprawdę jej nie mam. Jak już mówiłem, ja swoje już w tym roku zrobiłem. Będę chciał pobiec jak najszybciej, zająć jak najlepsze miejsce. Ale jak nie wyjdzie, jak mnie zetnie i stracę dużo w drugiej połowie biegu, to trudno. Pójdę na Ulicę Baśniową, zjem olbrzymi puchar lodów z bitą śmietaną i w końcu będę mógł spokojnie odpocząć.

Niemniej jednak, trzymajcie kciuki! Bo ja w dobry czas mimo wszystko wierzę. Porozmawiam jakoś ze swoim organizmem. Już mu obiecałem, że sobie odpoczniemy. Może uda mi się go przekonać, żeby na te dwie i pół godziny zapomniałem o cierpieniu i dał z siebie wszystko. Przeważnie się dogadujemy.

Fot: Andrzej Chomczyk, sztukakadru.pl

More from Bartosz Olszewski

Las Vegas Marathon – jeszcze bieg czy już impreza?

Czasem ścigając się na trasie kolejnego biegu trochę żałuję, że nie mogę...
Read More