10. PZU Półmaraton Warszawski. 1:09:56 Happy and satisfied! Część 2 relacji.

półmaraton warszawski

Wczoraj, w części pierwszej relacji, dojechaliśmy do 16 kilometra. Dokładnie skończyłem za tunelem na Wisłostradzie. Potwornie zmęczony, ale ze sporym zapasem sekundowym. Wyliczałem, że było to ok 35 sekund. Ale słyszeliście, że prawdziwy maraton zaczyna się po 30 kilometrze. Mój prawdziwy Półmaraton Warszawski zaczął się właśnie od 16 kilometra trasy.

Kilometry między 16 a 18 to była prawdziwa walka o utrzymanie tempa. Wiedziałem, że na podbiegu wiele stracę. Zakładałem też, że jak utrzymam to tempo do tego podbiegu, jak nie pęknę, to starczy mi zapasu. I udało się. Skręciłem w lewo na podbieg. Coś tam sobie liczyłem, jaki powinienem mieć w tym momencie czas, ale byłem tak zmęczony, że kompletnie o tym zapomniałem. Ostatnie dwa kilometry pokonałem poniżej 6 minut i 40 sekund, więc cały czas tempo na złamanie 1:10. Zaczął się podbieg. Oczywiście zwolniłem, ale nie było tak strasznie. Wiało trochę, ale nogi dawały radę. Bałem się, że będą jak z ołowiu. Że stanę niemal w miejscu, ale jakoś szło. Na Konwiktorskiej przyspieszyłem. Chciałem jak najszybciej minąć znacznik 19 kilometra. Wiedziałem, że dwa kilometry to już prawie jak meta :) W końcu chorągiewka. 3:39, więc straciłem 20 sekund. Na pewno mam jeszcze zapas, byle wytrzymać.

Nie wyglądałem najlepiej :)
Nie wyglądałem najlepiej :)

No i skręciłem w lewo z Konwiktorskiej. Chyba to był jeden z najgorszych koszmarów w historii mojego biegania. Płasko, ale tak wiało w twarz, że ledwo przebierałem nogami. Do tego kostka brukowa. Przypomniał mi się Maraton Warszawski, gdzie biegłem początkowe kilometry po tej kostce jak sarenka :) Teraz każdy krok to było bardziej odpychanie się od ziemi niż bieg. Ugięte nogi, dupa z tyłu, barki pochylone do przodu. Czyli wszystko to za co tak na Was krzyczę na treningach ;) Ale tak na serio, naprtawdę zaczęło boleć. Nogi miałem jak z ołowiu, a wiedziałem, że muszę do mety już biec ile sił w nogach. Już nic nie widziałem, tylko fragment drogi przed sobą. W końcu chorągiewka, 20 kilometr. 3:27, traciłem kolejne 8 sekund. Kompletnie nie wiedziałem, ile mam zapasu. Poważnie już nie miałem siły biec a tym bardziej liczyć. Płuca bez problemu, ale nogi to już była istna katastrofa…

Teraz mógłbym napisać, że myślałem o wszystkich którzy mi kibicują. O każdej osobie która na mnie liczy i czeka na mecie. I, że to ten doping i wsparcie niosły mnie do mety. To by się świetnie sprzedało :) Ale prawda jest taka, że w tym momencie tak mnie wszystko bolało, że chciałem to już tylko skończyć. Miałem tak dość, że o niczym już nie myślałem, tylko o tym, żeby się położyć. Spojrzałem na ten cholerny zegarek na 20 kilometrze. 1:06:20 Ostatni kilometr muszę pobiec w 3:20, pod ten cholerny wiatr. Przynajmniej skończyła się ta kostka, wyprostowałem się, zacząłem już finisz. Skręciłem w prawo, chyba ulica Ossolińskich. Tam dosłownie zalało mi nogi betonem. Ale wiedziałem, że za 100 metrów powieje w plecy. Ciekawe, czy ktoś tam kręcił filmik. To był pokaz najgorszej możliwej techniki biegu jaką można zobaczyć. Jakbym orał pole.

Skręciłem w prawo. W oddali zobaczyłem metę. Na szczęście lekko z góry. Równy asfalt. Wiatr w plecy. W końcu. Znowu zacząłem szybko biec, bardzo szybko. Było tam naprawdę pełno kibiców. Szczerze, nie widziałem nikogo, zerkałem tylko w stronę zegara. Nadepnąłem na linię 21 kilometra. Na zegarze 1:09:38, wiedziałem, że się uda! Ostatnie 100 metrów biegłem już ze świadomością, że to zrobiłem! Udało mi się jeszcze podnieść ręce do góry. Czas netto 1:09:56. Nie ważne ile, nie ważne który byłem. Cel miałem jeden, w końcu go zrealizowałem. Musiałem się położyć, musiałem odpocząć. Jeszcze gratulacje z Rafałem Czarneckim, z Piotrkiem Mielewczykiem. Gratulacje od organizatorów, od Magdy Lewandowskiej z Fundacji Maraton Warszawski, od Pana Marka Troniny. Oni wszyscy dobrze wiedzieli, jak zależy mi na tym biegu. Udało się!

finiszowa_prosta_pw2015

Czy kiedyś byłem bardziej szczęśliwy na mecie? Myślałem nad tym, ciężko powiedzieć. Chyba jednak w Lozannie. Ale tam wygraną celebrowałem przez kilka kilometrów :) Lucerna, Rimini? Olbrzymie szczęście, ale to nie to. Ja uwielbiam walczyć. Uwielbiam się ścigać, czy to z innymi zawodnikami, czy to z czasem. Jak coś przychodzi łatwo, to nie ma takiej radości. Tutaj wyrwałem to na sekundy. Przez 21 kilometrów nie wiedziałem, będzie, czy nie będzie. Biegłem pod olbrzymią presją, którą w sumie sam sobie sprezentowałem. Biegłem po serii niepowodzeń, gdzie jednak w kilku ważnych startach zawodziłem. To bez wątpienia taki bieg, który zapamiętam do końca życia.

meta_magda_lewandowska

A na mecie. Setki gratulacji. I słowo setki nie jest tu na wyrost. Byłem w szoku, ale dosłownie każda osoba przekraczająca metę zatrzymywała się przy mnie i pytała się, czy udało się złamać 1:10 :) Jakbym nie złamał tej bariery to chyba bym się zakopał pod ziemię. A ponieważ czekałem na brata i Kasię to tak odpowiadałem jak katarynka „tak, udało się, wszystko super” :) Oczywiście piona z rodzicami, którzy jak zawsze są przy mnie i bracie i nas dopingują. Chyba jeszcze byłem w euforii po biegu, bo nawet nie czułem żadnego bólu. Przybiegł Paweł. Co prawda trochę zabrakło mu do założonego czasu, ale też zrobił życiówkę! Teraz czekałem na Kasię. Czekałem cały w nerwach. Na metę zaczęła wpadać grupa na 1:30. Kasia była wśród nich. Dała z siebie wszystko. Na mecie przeżyliśmy chyba wszyscy chwilę grozy, kiedy z wycieńczenia nie mogła ustać na nogach i złapać oddechu.

kasia_nosze

Na szczęście nic poważnego się nie stało. Trochę pojeździliśmy noszami :) i po 20 minutach już spacerowaliśmy powolnym krokiem ( w ogóle nie spacerujemy innym i nikt, absolutnie nikt nie chodzi wolniej niż my :D ) w stronę sceny. Strasznie miłe są te chwile, kiedy ludzie do Ciebie podchodzą i mówią, że czytają Twojego bloga, że to ich inspiruje, że chcą zdjęcie albo zwyczajnie uścisnąć Ci dłoń i podziękować za to co robisz. Tego dnia uścisnąłem najwięcej dłoni w swoim życiu. Kasia chyba też :) Nie wiedziałem, że mamy tylu fanów i kibiców. To niezwykle motywujące i budujące.

bartek_kasia_pw2015

Ale szczerze, chcieliśmy już usiąść. Jednak żołądek dawał o sobie znać, zaczęły się jakieś skurcze ze zmęczenia. Usiedliśmy na ławkach z innymi zawodnikami i rodziną. Ja poszedłem z bratem po kawę. I raptem dostaję telefon, że dekorują drużynę. Wybiegam z tej kawiarni i wtedy pierwszy raz poczułem ile kosztował mnie ten bieg. Prawie się przewaliłem, złapały mnie takie skurcze, że przez chwilę szedłem jak robot. Na szczęście zdążyłem na scenę i odebrałem nagrodę w imieniu drużyny. Chyba wszyscy byli mocno zaskoczeni, bo stawiła się tylko garstka zawodników. A mi pozostaje się tylko cieszyć, że dalej biegam w drużynie, która z roku na rok wygrywa klasyfikację drużynową w Półmaratonie i Maratonie Warszawskim. WARSZAWIAKY debeściaki! :)

warszawiaky_pw2015

Dostałem też SMSa, że jestem drugi w M30. Wow, fajnie było zmienić kategorię. 17 miejsce open i 2 w kategorii :) Również odebrałem nagrodę. Zamieniłem kilka słów z Markiem Troniną i odebrałem gratulacje. Cały czas pozowałem też do zdjęć, taka rola blogera :D Ale już zaczynały się problemy z licznymi bólami. Chyba adrenalina opadała. Pora wracać do domu.

bartek_wiekowa_2015

Dziś jest już dzień po biegu. I wiem, ile ten bieg mnie kosztował. Boli mnie wszystko, dosłownie wszystko. Nawet po maratonie byłem w lepszym stanie. W nocy w ogóle nie wiem czy spałem, bo nogi za bardzo mi nie pozwalały. A ja też już nie chciałem za bardzo szaleć z ibuprofenem. Więc napisałem posta, żeby nie gapić się bez sensu w sufit. To ile osób w ostatnich godzinach odwiedzało mój profil na FB, bloga, Instagram to naprawdę dla mnie niesamowita sprawa. W życiu bym nie powiedział, że tyle osób może być zainteresowane moim biegiem. Niesamowicie miłe i budujące. Ale spoko, jeszcze nie zmieniam się w celebrytę, bieganie dalej na pierwszym miejscu. Więc jak mam trening albo stoję na starcie przed zawodami to nie proście o selfie, bo gryzę ;)

blady_bartek_pw2015

A na koniec jak zwykle, ale nigdy o ty nie zapomnę. Dziękuję za doping. Wiem, że mało kogo widzę na trasie. Nawet nie podnoszę głowy. Nie podziękuję ręką. Ale ja to słyszę, to mnie napędza. Mam najwięcej kibiców na biegu, w którym biegnie 13 tys osób! To jest niezwykle budujące. Dziękuję na pewno wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki i o 11:10 wisieli już na tablicy online z wynikami :) Dziękuję rodzinie, że zawsze są na biegu i mnie wspierają. Bratu, za to, że mam z kim biegać i który pomaga mi czasem wyjadać słodycze, jak ja już nie mogę :) I przede wszystkim dziękuję Kasi! Za to, że ze mną jest. Że mnie wpiera, rozumie i pomaga realizować cele. I, że mnie goni do spania i odpoczynku, kiedy ja zawsze mam jeszcze coś do zrobienia :) Bez niej nie było by tego sukcesu. Dziękuję Wam wszystkim!

More from Bartosz Olszewski

Co nas nie zabije…

Ten wpis jest zainspirowany moim niedzielnym treningiem. Planowałem długie wybieganie, 30 –...
Read More