10 Maraton Warszawski – relacja, część 2

10 Maraton Warszawski

Wracamy na trasę biegu. Za mną 21 ciężkich kilometrów. Półmaraton minąłem w 1:14:16, mógłbym powiedzieć, że idealnie w punkt. Idealnie, gdybym miał siłę na dalszy bieg. A tych sił nie było. Ciężko wyrazić emocje z tamtych chwil. Złość, zrezygnowanie? Sam nie wiem. W pewnym sensie strach. Co to będzie przez następne 21 kilometrów? Wiadomo jakimi kryzysami mogą kończyć się maratony. Pamiętałem swój bieg z Bostonu i Rzeszowa. Zwyczajnie się bałem, że ostatnie kilometry będę „czołgał” się do mety.

Na Krakowskim Przedmieściu spotkałem ekipę Bridgestone. Niesamowici ludzi, których przygotowuję do pokonania 10 kilometrów 13 października w Berlinie. Nawet było mi wstyd, że oni dają radę, a przecież mają dużo trudniej niż ja. Zacisnąłem jeszcze zęby i postanowiłem jak najmniej tracić. Do samej mety.

Doping był niesamowity, kibicie dopisali na trasie. Dobiegłem do 24 kilometra, spotkałem rodziców i Pawła. Z jednej strony cieszę się, że kibicują. Z drugiej serio głupio mi, że poświęcają czas a ja odwalam coś takiego. No nic, myślałem sobie, jeszcze Bielany, wbiegam na Most Gdański i już prawie meta.

Samotność długodystansowca

A co mnie te Bielany wymęczyły. To dla mnie był najtrudniejszy odcinek trasy. Chciałbym biec z kimś, ale nie było takiej opcji. W końcu Podleśna, Gwiaździsta i wybiegamy na Wisłostradę. Długa prosta i wbieg na most. Bałem się, że mnie tam kompletnie postawi. Ale było w 3:58, najwolniejszy kilometr maratonu, ale dalej coś tam pod nogą jeszcze było. Ponownie doping rodziny. Pamiętam jak powiedziałem Pawłowi, że odstawiłem 35 kilometrów żenady. Ehh, ambicja ;)

Ożywienie

Ale już 35 kilometrów za mną, a ja nadal nie mam żadnych oznak takiego typowego kryzysu. Zwyczajnie słaby jestem i biegnę wolniej. Wiem, że nie ma opcji na sub 2:30, ale może jeszcze da się to jakoś ratować. Przyspieszyłem. Kolejne 5 km było naprawdę szybkie. Wróciłem wręcz przez jakieś 4 kilometry do tempa jakim miałem biec cały czas. Zyskałem kilka pozycji i wbiegłem na Most Świętokrzyski. Mocno pod wiatr, na zbiegu mega doping (Damian jesteś mistrzem z tym mikrofonem :) ). Ostatnie dwa kilometry na pewno mogłem pobiec mocniej, może nawet kończąc w 2:31:30, ale nigdzie mi się już nie spieszyło. Rozglądałem się, cieszyłem, że już meta. Jeszcze na ostatnich metrach mega doping z punktu New Balance, ponownie Kasia, która cały maraton dopingowała w 9 miesiącu ciąży. Robiąc 13 tys kroków!!! Taka żona to skarb! Minąłem metę i przyszedł czas refleksji.

Za metą

Większość myśli, że jestem załamany tym biegiem. Na granicy depresji pewnie ;) Nigdy nie byłem typem biegacza, który jest załamany jak mu nie wyjdzie. Zwyczajnie wyciągam wnioski i jadę dalej. Po biegu byłem w sumie szczęśliwy, że to dobiegłem. Ja naprawdę byłem przerażony w okolicach połowy biegu, że będę walczył o 2:40 potykając się o własne nogi na końcu :) Tutaj zagrało jedno, moja chamska wytrzymałość.

Zobaczcie na moje udo. Jeden żel w kieszonce potrafi nieźle poharatać nogę…

Piekielny Team

Zaraz po mnie wbiegł Bartek Falkowski łamiąc 2:35! Mateusz Baran pięknie wypełnił zadanie kończąc w 2:29:40 będąc 3 Polakiem na mecie. Ja skończyłem w 2:31:53. Piekielny Team wypełnił zadanie, pięknie pobiegliśmy a wiem, że kolejne starty będą tylko lepsze. Dzięki chłopaki za wspólne treningi. Jak widać plecy Piotrka oddają :D

Nauczka na przyszłość

Ok, ale pytanie co się stało, bo przecież miałem atakować 2:30. Ba, byłem nawet dość mocno przekonany, że to zrobię. Złożyło się na to kilka rzeczy. Myślałem, że je „przeskoczę”. Ale 10, 14 czy nawet 32 km BNP na treningu to nie 42 kilometry maratonu. A więc trzy najważniejsze rzeczy:

  • Brak ogólnego przygotowania motorycznego. Brak siły, wytrzymałości siłowej. Zwyczajnie byłem słaby. A braki te spotęgowała druga rzecz.
  • Zbyt duża waga. Niestety dodatkowe 3-4 kilo zrobiły swoje. Od czasów kontuzji i tak zrzuciłem już jakieś 5 kilo. Więc nie było tak, że się objadałem. Ale jednak zabrakło czasu i czasem silniejszej woli.
  • No i na koniec zwyczajnie brak czasu na przygotowanie ogólne. Wróciłem po kontuzji i musiałem zacząć robotę maratońską. Nie miałem czasu spokojnie sobie pobiegać. Wejść w rytm, przygotować się do większych objętości. Więc lepiłem ten trening i robiłem co się dało. Tak naprawdę dobrze biegało mi się w ostatnich trzech tygodniach.

Wiem co robić dalej. I to też wskazówka dla Was, jak duże znaczenie mają takie rzeczy. Bez tego nie da się dobrze biegać maratonu. Zwyczajnie jest to zbyt duży i zbyt długi wysiłek.

Plany na przyszłość

Ja jadę dalej. To był tylko przystanek a celem są starty na wiosnę. Atak na życiówkę w maratonie i Wings for Life. W końcu mam dużo czasu. W końcu jestem w pełni zdrowy i bez żadnych kontuzji. Mam nadzieję, że to będzie dobry i owocny czas treningowy. I proszę już mnie nie straszcie dzieckiem. Serio, jak już setna osoba pisze Ci „jak urodzi Ci się dziecko to zobaczysz, na nic nie będziesz miał czasu” to robi Ci się niedobrze. Mam wielu znajomych którzy znakomicie sobie radzą w takiej sytuacji. Mój wrodzony optymizm podpowiada mi, że mogę być świetnym ojcem, mężem a przy okazji super biegać. Wiem, że wtedy usłyszę, że nie poświęcam czasu dziecku. Ale to już Wasze zdanie. Albo Wasza kolejna wymówka…

Podziękowania

No i na koniec wielkie podziękowania dla Kasi i rodziny za doping na trasie i wsparcie poza nią. Dzięki chłopaki z Piekielnego Teamu za wspólne treningi! I wszystkim którzy byli na trasie, całej Warszawie. To co robiliście na trasie, doping który miałem, wsparcie, to było coś niesamowitego!!! Dziękuję Wam za to i obiecuję, że jeszcze nie raz pobiegnę tutaj z lepszym skutkiem.

Dziękuję też tym, którzy byli ze mną w ciężkich chwilach kontuzji.

  • New Balance, jedziemy dalej i 2020 będzie jeszcze lepszy! Dziękuję za wsparcie i atmosferę w zespole!
  • LightBox, wzięliście sobie największego łakomczucha na świecie do współpracy :) Ale myślę, że razem jakoś dajemy radę. Ja po Waszych pudełkach czuję się znakomicie :)
  • Dr Łokieć. Co on się ze mną ma, to ja się dziwie, że mnie nie pogonił. Ogólnie uwierzcie mi, moje ciało nie jest łatwe do „obróbki” dla fizjoterapeuty. Mój charakter tym bardziej :D Ale dajemy razem z Mateuszem radę i będziemy współpracować dalej :)

A teraz kończę i lecę na trening. Nowe wyzwania czekają!

Fot: Jan Nyka, Sportografia

More from Bartosz Olszewski

Podsumowanie tygodnia 2014.07.07 – 2014.07.13

Po tygodniu odpoczynku przyszedł czas na powrót do ciężkiej pracy treningowej. Zwiększa...
Read More